25 grudnia 2020

Wielu gromów wspólny błysk: epilog z przesłaniem.

Epilog 

Miałam wielką pokusę (a nawet i zamiar) pokazać zjawisko "strajkujących" "kobiet" w kontekście sztuki manipulacji, wojennego rzemiosła, kataklizmu zwanego rewolucją, a nawet -  w barwach apokaliptycznych. Ale usiadłam i poczekałam aż mi przejdzie. Przeszło. W internecie jest mnóstwo mniej lub bardziej przenikliwych analiz, które bym tylko powielała, a może nawet wykrzywiała, przez mój brak kompetencji do wymądrzania się na tak specjalistyczne tematy. 

Symbol prosty, lecz haniebny. 
Okrzyk hadki, chociaż jędrny. 
Tłumu gniew pieniędzmi tkany. 
Winien znów Ukrzyżowany.


Przesłanie

Kończąc tą serię, chciałabym zdradzić jej źródło:

Oto kiedy wróciłam do Polski i do pracy z naszymi niepełnosprawnymi dziewczynami, okazało się, że od kilku lat część z nich podejmuje się Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. Do dziś nie przyzwyczaiłam się do tego faktu. Za każdym razem, kiedy o tym myślę, ich szczera i naprawdę zaangażowana modlitwa za zagrożone dzieci, robi na mnie prawdziwie piorunujące wrażenie. 

"Jeśli zamilkną, kamienie wołać będą" - ostrzega Jezus. Tu, kiedy miłość matek i ojców zawodzi, Pan Bóg wzbudza duchowe macierzyństwo w dziewczynach, które same matkami nie są być w stanie. 

Co więcej, wedlug wymagań eugeniki, każda jedna nadawałaby się do eksterminacji przed porodem i "wyzwolenia" swojej fizyczne matki z problemu urodzenia dziecka niepełnosprawnego. One same nie są tego świadome. Litują się nad "chorymi dziećmi", które mogą być zabite za to, że są chore. Chcą je chronić tak, jak mogą. (Zasługa Duszpasterstwa na Górze Świętej Anny i moich poprzedniczek).

A są świadome siły swojej modlitwy, bo wielokrotnie się przekonałyśmy, że Pan Bóg ma wyraźną słabość do ich wołania. Dla nich to oczywiste. Dla mnie, w miarę sprawnej intelektualnie - zdrowo upokarzające. Dzięki nim i ja włączyłam się czynnie w Adopcję Dziecka Poczętego. 

Tymczasem wena, stara wariatka, obudziła się po dwudziestu latach i dzięki temu moje życzenia bożonarodzeniowe łączą się w tym roku z piosenką-kolędą o moich Dziewczynach właśnie. Śpiewamy ją wspólnie:

13 grudnia 2020

Wielu gromów wspólny błysk: Biblijna opera mydląca oczy

Biblijna opera mydląca oczy


Nie lubimy granic i zakazów. Mamy to po rodzicach. Pierwszych. Scena spod Drzewa Poznania Dobra i Zła dała początek niezliczonej ilości wariacji, tak na kartach biblijnych, jak i w prywatnym, małym życiu ludzi bezszelestnie przemykających przez scenę tego świata. Zawsze ta sama łasa na pochlebstwa diabła ludzka próżność chciwie łyka słowa takie, jak: "masz prawo", "sama zdecyduj", "nie powól sobie", "masz swój rozum" sugerujące, że Bóg – kiedy zakazuje – jest despotą i tyranem zazdrośnie strzegącym swojej władzy nad decydowaniem co jest dobre, a co złe, która przecież należy się człowiekowi. Jakie to znajome, prawda? Wybór, nie zakaz. Świat, Bóg, i własna boskość na wyciągnięcie ręki według tego, jak widzi je Szatan zostały sprzedane człowiekowi w mistrzowski sposób. A skutek, opłakany i zawsze ten sam, bo człowiek sam z siebie nie potrafi wybrać dobra a zatrzymać się i odwrócić od zła. Wydaje więc samego siebie na pastwę swych nieszczęsnych wyborów.


Kain został ostrzeżony, że grzech leży u jego wrót, ale wybrał zabójstwo, które zmieniło w piekło jego własne życie i życie jego potomków.

Odrzucanie zakazów prawa, które Bóg wpisał w serce człowieka doprowadziło współczesnych Noemu do takiego stopnia niegodziwości, że ściągnęli zagładę na siebie i cały świat. Podobnie, choć w mniejszej skali swoimi czynami skutecznie przywołali na siebie śmierć lubieżni mieszkańcy Sodomy, czy okrutne plemiona zamieszkujące Palestynę przed przybyciem Izraela. 

Co gorsza, Izrael (jak Polacy) "przed szkodą i po szkodzie głupi", do dzisiaj poświęca Boga na ołtarzu kompromisów z narodami ościennymi (w wersji współczesnej z neomarksizmem), które prowadzą wprost do bałwochwalstwa i demoralizacji, aż do kultycznego mordowania dzieci w ofierze Molochowi, tudzież do budowania miast (cywilizacji) na ich szczątkach. A to - od krwi Abla - woła do Nieba o pomstę.

Wybór grzechu to przywoływanie zagłady. Bóg to wie i stawia jasny zakaz - dla naszego dobra. Ale człowiek woli "mieć wybór" z własnego nadania, aby swobodnie, otumaniony iluzją własnej przenikliwości, wybrać własną zagładę.

Nie tylko nie lubimy zakazów. Mierzi nas przypominanie o konsekwencji dokonanych wyborów. Nasza duma tego nie znosi. Do tego stopnia, że w bucie swojej gotowi jesteśmy Bogu przypisywać nieprawość, kiedy zaproszone przez grzech na scenę wkraczają śmierć i zniszczenie.



W Raju były dwa drzewa


Smak raz skosztowanego owocu poznania dobrego i złego pozostaje w ludzkich ustach do końca świata. Bóg zagrodził drogę do Drzewa Życia, aby człowiek sobie i światu nie wyrządził jeszcze większej krzywdy. Jednak w miarę jedzenia apetyt rośnie. Mając owoc z jednego drzewa, kolejne pokolenia atakują straż Drzewa Życia i wyciągają rękę po władzę nad życiem i śmiercią. Cudzą i własną. 

Najprościej uzurpować tę władzę pozbawiając innych prawa do życia. Ale już za progiem czai się, prześlizgując się od absurdu do awangardy i od zgorszenia do afirmacji, nieobliczalny transhumanizm. Selekcja nienaturalna, rozcieńczanie tożsamości, eksperymentalna deformacja osobowości... 

Aż przyjdzie chwila, kiedy próbując wyszarpać gałąź Drzewa Życia spoza granic Wieczności, ściągnie sobie człowiek na głowę – koniec. Granicę i zakaz, którego nawet iluzja bezkarnego wyboru się nie ima.

Krótkowzroczne jest odrzucanie zakazów ustanowionych z myślą o wieczności.

1 grudnia 2020

Wielu gromów wspólny błysk: Hrabianka - perspektywa ma znaczenie.

Hrabianka - perspektywa ma znaczenie


Hrabianka rzeczywiście ma w sobie błękitną krew i nietuzinkową osobowość. Zanim się zestarzała i zwiotczała (niepełnosprawni starzeją się dużo szybciej), była piękną czarnooką dziewczyną o figurze modelki i ujmujących manierach, które rzucały się w oczy nawet pomimo jej upośledzenia. Charakter i wolę życia ma tak silną, że medycyna wobec niej nie ma nic do powiedzenia i wszystkie jesteśmy przekonane, że Hrabianka zejdzie z tego świata tylko wtedy, kiedy uda się ją przekonać Panu Bogu. Już tyle razy wydawało się, że lada godzina wyda ostatnie tchnienie, kiedy dnia następnego odradzała się jak feniks z popiołów, znów pełna nieposkromionej siły woli, aby dopiąć swego.

Jednym słowem: jest naprawdę zjawiskowa. Gdyby była pełnosprawna na sto procent byłaby gwiazdą - sławną, uwielbianą i  znienawidzoną, brylującą na salonach i królującą na okładkach kolorowych pism. Do dziś mam w pamięci, jak paręnaście lat temu oszałamiała na balu karnawałowym jako panna młoda czy znów jak dostojnie się poruszała jako Kleopatra.


Ale Pan Bóg na tym świecie ukrył ją za gęstą zasłoną upośledzenia. Po tamtej stronie Hrabianka rozkwitnie w całej swojej krasie, a ja będę dumna, że zmieniałam jej pampersy i przykrywałam czerwonym kocykiem (na jej uporczywe życzenie) kradzionym sąsiadce. Jednak patrząc na nią bez Boga i wieczności, na łóżku leży tylko chuda i zbrzydła już dziewczyna godna jedynie pustej litości, a dla niektórych – niegodna nawet własnego zaistnienia.



Zjawiskowa Hrabianka uwięziona w niepełnosprawności może nauczyć nas uważniej i pokorniej spojrzeć w swoje własne odbicie: To widzą inni. 
Co widzą, a czego nie widzą, choć jest?
Piękno ukryte pod brzydotą? 
Szpetota przykryta blichtrem? 
Gdzie szukać mojego własnego prawa do zaistnienia?

24 listopada 2020

Wielu gromów wspólny błysk: Eugenika na pstrym koniu jeździ.

 Eugenika na pstrym koniu jeździ


Kiedy karmię lub przewijam nasze leżące dziewczyny, często sobie myślę o tym, jak się nam – (pełno?)sprawnym poprzewracało w głowach. Kim jesteśmy, za kogo się uważamy, żeby decydować, kto może żyć a kto nie może? Już samo postawienie tego pytania u wielu wywołuje bezsilną w argumenty i dlatego agresywną furię. No bo jak tu odmawiać boskich praw człowiekowi, któy ubóstwił sam siebie? 


Ale trzeba wiedzieć, że bycie samozwańczym bogiem  to skazanie się na niepewność i bijatyki na Olimpie. Eugenika kapryśną jest i łatwo może podwyższyć poprzeczkę wymagań. Dzisiaj zespół Downa, jutro minimum 120 punktów IQ, pojutrze maksimum 160 (geniusze też nie są wygodni, za dużo rozumieją). Odpowiednie ciało, odpowiednia osobowość, pożądane zdolności... I co? Może się szybko okazać, że dzisiejszy bóg lub bogini już się do życia nie kwalifikuje... 

Poglądy na prawo do życia drastycznie się zmieniają z chwilą, kiedy dotyczą kogoś osobiście.

Bo łatwo mamimy się niewypowiedzianym dogmatem o konieczności własnego życia. 
Jak to nieraz kąśliwie zauważają słuchający aborcjonistów: "Wszyscy, którzy domagają się aborcji, zdążyli się urodzić". 

Propagatorzy aborcji starają się być głusi na świadectwa ludzi ocalonych z aborcji. Nie mają na nie kontrargumentów. Często zaś sami nie są świadomi, że ich własne życie też było zagrożone. Rada "lekarza", chwila niepewności, zawirowania życiowe, których skutkiem ubocznym jest nie do końca chciane dziecko... Ile tajemnic kryją nie dzielone z nikim wspomnienia rodziców. Cóż za dramat je odkryć. 
Ale – koniec końców – to nie ich wolą człowiek przychodzi na świat. To Bóg tworzy każdego oddzielnie, nie tłumacząc się nikomu, dlaczego tym rodzicom, któych też zresztą stworzył, powierza akurat tego małego człowieka. Również wtedy, gdy z sobie znanych powodów przeznacza mu na ziemi tylko kilka godzin albo dni. 

W spojrzeniu na ludzkie życie potrzeba tej szczypty pokory, która pozwala uznać, że zbyt ograniczeni jesteśmy, żeby przeniknąć, w całości ogarnąć i osądzić Boże zamysły.

17 listopada 2020

Wielu gromów wspólny błysk: Kawoszka i niepełnosprawność w negatywie

Kawoszka i niepełnosprawność w negatywie


Pracuję w DPS-ie dla niepełnosprawnych intelektualnie dziewcząt i kobiet. Pięćdziesiąt takich, które by się z pewnością nie urodziły, gdyby ich matki chciały sobie ułatwić życie. Upośledzone, część z nich fizycznie zdeformowana. Są też takie, które nie mówią lub nie widzą. Na niektóre strach spojrzeć, jeśli się nie jest przyzwyczajonym do widoku niepełnosprawności. 

A jednak, nie ma tam ani jednej, która by nie chciała żyć, która by się – na swoje możliwości – nie cieszyła życiem. Podczas gdy tylu zdrowych i pełno-sprawnych tego nie potrafi... 

Jeśli chcesz się nauczyć cieszyć życiem, przyjedź i pobądź trochę z nimi. Okaże się szybko, że to Ty jesteś niepełnosprawny nie umiejąc żyć w szczerości, prostocie. Szybko zobaczysz, że musisz pokornie nauczyć się patrzeć i słuchać, żeby zacząć widzieć i słyszeć to kim naprawde są, a nie to, co sobie o nich wyobrażasz. 


Jak się w ostatnich dniach okazało, czasem nawet ci, którzy pracują z niepełnosprawnymi, odmawiają im prawa do życia swoim życiem. Fałszywe współczucie narzuca swoją interpretację tam, gdzie nie potrafi porzucić swojej manii wyższości. 

Weźmy Kawoszkę. Jest u nas dziesiątki lat. Nie była na czas poddana fizjoterapii, więc spastyki nie udało się powstrzymać i na pierwszy rzut oka wygląda makabrycznie. Poważne uszkodzenie okołoporodowe skończyło się porażeniem mózgowym. 
Ponoć ma młodszą siosrtę, która nosi jej imię. Taka wersja 2.0, poprawiona... 

Nie mówi, ale łatwo poznać jej osobowość i ją polubić, bo jest niezwykle łagodna, cierpliwa, ma poczucie humoru i nie przezpuści absurdów codzienności bez szerokiego uśmiechu. Poza tym, całkiem zwyczajnie - uwielbia kawę. Ma ciepłe ciemne oczy i – powiem szczerze – nie jeden raz myślałam sobie, co takiego może się dziać w ich głębi: zdradzają - naprawdę – nietuzinkową postać. Że pokręcona, usztywniona i nie mówi? To raczej nam zbywa na inteligencji, żeby księżniczkę uwięzioną w tym ciele odnaleźć, wysłuchać, docenić i pokochać. Czekam na ciał zmartwychwstanie, bo wiem, że wtedy wybiegnie ku nam z uśmiechem tak samo promiennym i to ona będzie nas oprowadzać po Niebie, jak po swoich dobrze znanych włościach.

Tymczasem zmieniamy jej pieluchy, karmimy i przebieramy. Nie ma nikogo, kto by jej nie lubił. Dla kogoś, kto jej nie zna to tylko wegetacja, niegodna prawa do życia. 

Kawoszka ma inne zdanie. Kocha życie takim, jakim jest w stanie je przeżyć. Kto miałby prawo jej je odebrać?

14 listopada 2020

WIelu gromów wspólny błysk: Po ciemku, po wielkiemu ciemku

Przymus wyboru w ciemno


Jak już wspomniałam, w oczy rzuca mi się agresywna kalka myślowa: czy wybór musi być koniecznie dokonany przed urodzeniem dziecka? Pomijam już prawdę oczywistą: jest tyle przypadków mylnych diagnoz... Tyle dzieci miało się urodzić kalekami, a urodziło w bardzo dobrym stanie. Z drugiej strony tyle dzieci miało być zdrowe, a urodzilo się obciążone poważnymi wadami... 

Dlaczego koniecznie trzeba wybierać w ciemno? Ciemne są ekrany ultrasonografu, niewiele widać, łatwo się pomylić. Łatwo się też przestraszyć czegoś, czego się tylko domyślamy. Po ciemku łatwiej nazwać dziecko zlepkiem komórek, a zabójstwo usunięciem.

Nie neguję, że urodzenie i wychowanie dziecka z poważnymi wadami może kogoś przerastać. Ale wybór dokonany po urodzeniu ma zdecydowanie więcej zalet: 
- nie masz na sumieniu życia dziecka, 
-  może żyć swoim życiem, jeśli wada nie jest śmiercionośna,
- nawet jeśli nie jest zdolny przeżyć poza Twoim organizmem, umiera śmiercią naturalną, a nie tragiczną,
- Twoje łono nie stało się miejscem i ofiarą traumatycznej rzezi.


Serce kobiety jest jak przepaść


Głośne krzyki aborcjonistek jakoś nic nie mówią o piekle syndromu poaborcyjnego. Piskliwie zakrzykują księży, że się wtrącają, ale to oni najczęściej w zaciszu konfesjonału wysłuchują łkania, nawet po wielu latach, które nigdy nie udaje się całkowicie zagłuszyć. 

Kobieta i tak w głębi serca wie, że zabiła swoje dziecko. Jeśli głośno krzyczy coś innego, to tak naprawdę stara się zakrzyczeć samą siebie. 

Cóż z tego, jeśli się usprawiedliwia? Miejsce zbrodni nosi w sobie, a raz obudzona więź z życiem, które w sobie nosiła, nie umiera nigdy. Zapytajcie którejkolwiek matki. Nawet tej patologicznej. Serce matki pozostaje przy dziecku na zawsze. po aborcji pępowina macierzyństwa i wyrzutów sumienia rwie w Zaświaty.

W zamieszaniu, wyolbrzymionym lęku, braku wsparcia łatwo jest kobiecie wcisnąć na ramiona ciężar zabójstwa. To zabójcza "ciąża", którą nosi tylko ona. Nie kończy się narodzinami. Z każdym rokiem staje się cięższa, coraz głębiej ukryta i coraz bardziej destrukcyjna. Jest jak zabójczy rak niewidoczny dla wszystkich, z wyjątkiem jej samej. Uwolnić ze śmierci noszonej w łonie może tylko Bóg.

Nie wierzycie? Spytajcie księży spowiadających stare kobiety, które w młodości dokonały aborcji.

11 listopada 2020

Wielu gromów wspólny błysk: Jeśli biologia mówi co innego, to tym gorzej dla biologii.

 

Jeśli biologia mówi co innego, to tym gorzej dla biologii.


W pewnym momencie zaskoczył mnie oczywisty absurd twierdzenia, jakoby wybór był możliwy a nawet konieczny tylko w trakcie ciąży, a nie po jej zakończeniu. 
Dlaczego właściwie nie można doprowadzić ciąży do końca? Nie umiem logicznie odpowiedzieć na to pytanie. 

Z biologicznego punktu widzenia, ciąża jest nie tylko procesem naturalnym, ale – dla organizmu kobiety – jednym z kluczowych, do którego przygotowuje się hormonalnie, metabolicznie. Kiedy kobieta zachodzi w ciążę, jej cały organizm przestawia się na zapewnienie dziecku wszystkiego, co potrzebne do jego rozwoju. Jest tak również wtedy, kiedy dziecko jest mocno uszkodzone, ale żyje. Proces ciążowy, związany z nim metabolizm kobiecy, są "nastawione" na dziewięciomiesięczną "pracę". Jest to proces według planu, który ma swoją dynamikę, swój rytm. Jeśli dziecko w tym czasie obumrze, albo jeśli np. zagnieździ się poza macicą, organizm kobiety reaguje chorobowo. I to jest naturalne. 

Dlaczego wyborem i "ratowaniem" kobiety miałaby być ingerencja, a powiedziałabym nawet z punktu fizjologicznego gwałt, wymuszająca przedwczesny poród (tak bowiem wygląda aborcja eugeniczna) lub – co gorsza, w przypadku skrobanek – mechaniczna rzeź w macicy nastawionej na obronę i wykarmienie zagnieżdżonego tam dziecka?

Ciąża zakończona o czasie jest gwarancją harmonijnego powrotu ogranizmu kobiety do zwykłego trybu funkcjonowania. Naprawdę sądzimy, że wyszarpywanie dziecka w środku ciąży jest dla kobiety "dobrem" i "wyzwoleniem"?


9 listopada 2020

Wielu gromów wspólny błysk: Zmanipuluję Cię, Kochanie

Kolejna próba wywołania rewolucji zwąca siebie "Protestem Kobiet" jest dla mnie rzeczywistością bolesną, ale też wielobarwną. Chciałabym pokazać, jak wygląda w moich oczach, przepuszczona przez różne filtry. Tyle już powiedziano i wykrzyczano, że niechętnie zabieram głos, ale być może te kilka krótkich refleksji pozwoli komuś spojrzeć na ten chaos innymi oczami.



Zmanipuluję Cię, Kochanie

W oparach emocji trudno dostrzec ślady zręcznych cięć i szwów chirurgów uwodzenia. Trzeba naprawdę dużego wysiłku intelektualnego, żeby się zorientować w  tym, że ktoś wielu z nas  profesjonalnie zretuszował postrzeganie rzeczywistości. Eugeniczne blizny są dość świeże, choć plastyka przeprowadzana według szkoły starej jak świat: 

Chodzi mianowicie o to, żeby zbudować nowe skojarzenia, umocnić je w świadomości tak, zeby wydawały się oczywiste i – voilà! 

- Jak doprowadzić do lóżka opierającą się zakochaną? Niech udowodni miłość.

- Jak uprawomocnić niemoralność? Duchem a nie literą. 

- Jak usprawiedliwić agresję? Robiąc z siebie ofiarę.

Prawda, że stare jak świat? I tak samo tutaj: 

- Jak zakrzyczeć w kobiecie macierzyństwo? Przekonać, że w brzuchu siedzi jej zniewolenie, a wolność da jej tylko aborcja. 

Jeden z moich znajomych, Damian Żurawski, na swoim profilu facebookowym ujął to tak:


Etapy zwycięstwa cynicznych mężczyzn nad szukającymi miłości kobietami. 

1. Wmówienie kobiecie że dziecko które nosi w brzuchu jest jej, a nie ich. 

2. Nazwanie dziecka brzuchem. 

3 Nazwanie aborcji - wyborem kobiety. 

Ręce umyte. Można używać do woli.


23 października 2020

Kohelet po godzinach

Kryptopanteiści przychodzą i odchodzą.

A Natura i tak wie swoje. 

- zachichotał Kohelet.

(dzisiaj u nas na porannej adoracji 😇 siedział dobre pół godziny)


18 października 2020

ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: E jak Eklektyzm

Eklektyzm, jak każdy styl, to sprawa gustu. Może się podobać, ale mnie osobiście drażni. Zwłaszcza taki dziki, który jest gotowy łączyć wszystko ze wszystkim jak popadnie. Zdecydowanie wolę – jeśli już – połączenia głęboko przemyślane, harmonijne i powściągliwe. Tyle o sztuce, a co z eklektycznym chrześcijaństwem? Podobnie.

Kościół jest katolicki, a to znaczy, że powszechny. Czyli całe jego dziedzictwo należy do wszystkich jego członków. I odwrotnie: każdy z nas ubogaca (lub zubaża) cał Kościół. I to uprawnia do korzystania z oszałamiającego bogactwa Kościoła rozciągniętego w czasie i przestrzeni.

Jako franciszkanka spokojnie pełnymi garściami mogę (i to czynię) czerpać z doświadczeń św. Teresy od Jezusa, czy Ojców Pustyni. Pobożność różańcowa nie wyklucza praktyki Modlitwy Jezusowej, a zachwyt mojej słowiańskiej duszy nad Boską Liturgią nie umniejsza wcale mojego przywiązania do Tradycji Łacińskiej. Z bogactwa Kościoła Powszechnego wolno a nawet należy korzystać. Gdzie jest więc pies pogrzebany?

W powierzchowności i „ułańskiej fantazji”.

Najlepiej i najszybciej, choć pewnie nieco boleśnie, będzie pokazać to na przykładzie:


Ot, weźmy wspomnianą już Modlitwę Jezusową. W ostatnich dziesięcioleciach szturmem zdobyła wiele środowisk zachodniego chrześcijaństwa. I dobrze, bo to wspaniała droga modlitwy i w sumie, sposób na życie. Tylko że jeśli zgłoszę się na pierwsze lepsze rekolekcje z Modlitwą Jezusową, może się okazać, że potrzebuję do jej praktyki specjalnej poduszki, że muszę opanować pewne techniki... tzw. medytacji chrześcijańskiej. Taka sałatka Duchowości Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Co więcej, mistyki chrześcijańskiej i niechrześcijańskiej (bo, niestety, tzw. medytacja chrześcijańska lekkomyślnie a intensywnie flirtuje z hinduizmem i buddyzmem).


Każdy, kto urodził się i wychował w chrześcijaństwie bizantyjskim na takie cudo otwiera oczy: najpierw ze zdziwienia, potem z niedowierzania, a wreszcie z konsternacji. Modlitwa Jezusowa ma swoje chrześcijańskie korzenie, swoją historię kształtowania się, swoje własne „szkoły” pozostające w ramach chrześcijaństwa wschodniego, a wreszcie ogromne doświadczenie dziesiątków pokoleń praktykujących tę modlitwę. Jest jakby drzewem z własnym pniem, gałęziami i korzeniami.

A tu, eklektycznie, serwuje się ją oderwaną od korzeni i kontekstu, połączoną (nie)zręcznie z technikami medytacji Dalekiego Wschodu.


Modlitwa Jezusowa jest duchową drogą, ale podana w taki sposób, dokąd zaprowadzi?

Druga strona medalu jest nie mniej ważna: dalekowschodnie techniki medytacyjne też mają swoje korzenie, pień, gałęzie, „szkoły” i swój cel, do którego prowadzą. Nie są dziełem przypadku i zostały opracowane i wypróbowane przez pokolenia dążące do nirwany.

Protekcjonalną naiwnością jest sądzić, że ludzie z naszego pokolenia mają prawo i w ogóle są w stanie zerwać gałęzie czy liście z tak różnych drzew i sprawić, żeby stały się żyjącym i przynoszącym dobre owoce nowym drzewem.

Podobnych przykładów można by przytaczać jeszcze wiele. „Ubogacanie” liturgii egzotyką kulturową czy – co gorsza – elementami obcych kultów jest wdzięczną przestrzenią dla takiego bezowocnego eklektyzmu. Czasem ma to swoją tragikomiczną stronę: jak np. namiętne używanie protestanckich (a więc nie uznających realnej obecności Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie) piosenek przy nabożeństwach z wystawieniem Najświętszego Sakramentu. Albo też ułańska fantazja odkrywców „prawdziwej pobożności Starożytnego Kościoła” (ale o tym wspominałam już w Atlasie pod literką A).


Duchowy eklektyzm jest zwierciadłem pokolenia naszych czasów: oderwanego od korzeni, rzuconego w mieszankę ludzi zewsząd, podobnie przesadzonych z własnej ziemi. Łatwo ulec złudzeniu, że świat ducha, tak jak ten materialny, stał się wielkim supermarketem i spacerując między półkami, można wrzucać do swojego koszyka wszystko, co przyciągnie oczy. A potem używać bez czytania opisu produktu i instrukcji obsługi.

Cóż więc, nie wybierać? Nie ubogacać? Ależ tak! Ale z pokorą i uczciwością intelektualną: poznając tak własne dziedzictwo, jak i to, które przyciąga serce swoją odmiennością. Z roztropnością, żeby nie popaść w bałwochwalstwo. I bez łakomstwa, które wszystko pochłania, ale nigdy nie nasyca.


16 września 2020

ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: D jak Dezinformacja

Dezinformacja to coś więcej, niż kłamstwo. Jest finezyjną mieszanką prawdy, półprawdy i... tak, tego też. Podana w sosie niedopowiedzeń, przemilczeń i sugestii powoduje, że odurzona ofiara zatraca wszelki odruch weryfikacji, nawet jeśli isnieje podejrzenie, że coś tu się nie zgadza. 
 

Pierwsza infekcja tym bakcylem miała miejsce pod tajemniczym drzewem, z jakichś powodów przez wielu utożsamianym z jabłonią. Fakt zakazu był prawdą, ale motywy, zasięg i konsekwencje przedstawione przez Wielkiego Dezinformatora zniekształciły obraz Boga nie tylko w oczach Adama i Ewy. Czyż każdy z nas nie mierzy się lub poddaje pokusie utożsamienia sprawiedliwości Bożej z okrucieństwem, a miłosierdzia z pobłażliwością? Albo ile wysiłku i samozaparcia kosztuje pozbycie się odruchów obronnych przed ufnym przyjęciem woli Bożej, kiedy w życiu układa się „nie po naszemu”? Bo gdzieś w podświadomości miota się podejrzenie, że ta „wola Boża” może nie wyjść nam na dobre. Na domiar złego od tamtego momentu z pokolenia na pokolenie obezwładnia nas lepka nić „świętego spokoju” oraz przekonanie, że poszukiwanie i poznanie prawdy nam go zburzy. 
 
Bakcyl ten, stary niemal jak świat, choć nas usypia i rozleniwia, sam nie próżnuje. Infekuje nasze życie wewnętrzne, zniechęca do rachunku sumienia, przesuwa piędź po piędzi granicę miedzy słabością a grzechem, między upadkiem a zatwardziałością, między cierpieniem a buntem. Cały czas przy tym trzyma linię pierwszego ataku, pracując nad ukrytym czy jawnym przekonaniem o własnej boskości i czci, jaka by się z tego tytułu nam należała. 
 

Dezinformacja króluje w kontaktach z innymi. Iluż tragedii możnaby uniknąć, gdyby na przekór podszeptom zazdrości, zawiści, podejrzeń, honoru, żalów, pożądań, żądań i Bóg wie czego jeszcze, nade wszystko i nad siebie samych, kochać prawdę o drugim, czyli zwykłą sprawiedliwość. 
 
Dezinformacja na poziomie społecznym w naszych medialnych czasach jest najbardziej rozwiniętą i najszerzej stosowaną sztuką wojenną. Bezbronny jest ten, kogo ukołyszą macki „świętego spokoju”. 
 
A Kościół? Historia herezji i schizm, spisków i antypapieży mówi sama za siebie. Ale inaczej wygląda na kartach kronik, a inaczej, kiedy się w niej żyje, nie wiedząc, kto mówi prawdę, a kto uwodzi. Komu ufać, a kogo się strzec. Co jest wodą życia, a co ma tylko jej smak. 
Tak się składa, że nie żyjemy w czasach, kiedy o zamęcie można tylko przeczytać. Dziś determinacja i konsekwencja w poznawaniu prawdziwej nauki, którą Kościół głosił niezmiennie od początku, wbrew medialnym modom i ideologicznym powiewom, nie jest cnotą dla wybranych. Jest naszym faktycznym „być albo nie być” w Kościele, przynależeć do Chrystusowego Ciała, prawdziwego i jednego przez wieki, lub dać się ukołysać i wprowadzić do plastycznego Zamku z Piasku – ciała zmałpowanego przez Dezinformatora. 
 

Wyzwanie jest wielkie, a droga przez manipulacje trudna, pełna pułapek i... kolejnych dezinformacji. Ale pociechą niech będzie to, że sama prawda nie jest martwa: jest żywa i żywo zainteresowana tymi, którzy do Niej dążą. Co więcej, nie jest bierną księżniczką na wieży. Wychodzi naprzeciw i walczy o tych, którzy Ją wybiorą i ukochają. Jest realna, jest osobą.
"Ja jestem Prawdą" – powiedział Chrystus. 
A Diabeł? – ten od początku był kłamcą.
 
* * *
 
Pisząc o dezinformacji nie mogłam się powstrzymać przed reklamą jednej z moich ulubionych książek, która zaczyna się tak:

Blakę napisał kiedyś Zaślubiny Nieba z Piekłem, a ja zdecydowałem się napisać o ich rozwodzie nie dlatego, że uważam się za godnego przeciwnika tak wielkiego geniusza, jakim był Blake, ani nawet dlatego, że zrozumiałem choćby po części jego dzieło. Wydaje mi się jednak, że nadzieja dokonania podobnych zaślubin musi tak czy inaczej okazać się płonna. Nadzieja ta opiera się na założeniu, że rzeczywistość nigdy nie każe nam stanąć twarzą w twarz z nieuniknionym „albo - albo" i że, o ile nie zabraknie nam umiejętności, cierpliwości, a nade wszystko czasu, zawsze zdołamy jakoś pogodzić obie skrajności. Nadzieja ta każe nam sądzić, że wystarczy udoskonalić, zaadoptować lub uszlachetnić zło, aby przemieniło się ono w coś dobrego i że nie będziemy nigdy zmuszeni do odrzucenia tego, co chcielibyśmy zatrzymać. Według mnie żywienie podobnej nadziei jest katastrofalną pomyłką. Wyruszając w podróż, nie zawsze zabieramy ze sobą cały swój dobytek, a czeka nas i taka podróż, w którą być może nie będziemy mogli zabrać nawet własnej prawej ręki lub prawego oka. Nie żyjemy w świecie, w którym wszystkie drogi niby promienie okręgu schodzą się w jednym punkcie i gdzie po wyborze którejkolwiek z nich zawsze dojdzie się po wytrwałej wędrówce do tego samego celu. W naszym świecie każda droga po pewnym czasie rozwidla się, a każda z powstałych w ten sposób dróg rozwidla się ponownie i na każdym z takich rozwidleń musimy podejmować decyzje. Nawet życie biologiczne bardziej przypomina rozgałęziające się drzewo niż stojącą sadzawkę - nie zmierza ono ku jedności, ale oddala się od niej, a im wyższy stopień rozwoju, tym bardziej stworzenia różnią się między sobą. Prawdziwe dobro w miarę jak rośnie i osiąga dojrzałość, coraz bardziej różni się nie tylko od zła, ale także od innego, pozornego dobra.

Nie sądzę, że wszyscy wybierający złe drogi muszą zginąć. Uważam jednak, że ratunek dla nich jest tylko jeden: powrót na właściwą drogę. Otrzymawszy zły wynik dodawania, możemy go poprawić tylko wtedy, gdy cofniemy się do miejsca, gdzie popełniliśmy pomyłkę, i zaczniemy liczyć od nowa. Na nic się nie zda brnięcie w błędnych obliczeniach. Zło może zostać zniweczone, ale nie może „rozwinąć się" w coś dobrego. W tym wypadku czas nie jest dobrym lekarzem. Zły czar można przełamać „mruczanym wspak zaklęciem pełnym mocy" albo pozwolić, by działał dalej. Jest to wciąż wybór „albo - albo". Jeśli zechcemy zatrzymać piekło (lub choćby ziemię), nie ujrzymy nieba, a jeśli przyjmiemy niebo, nie zabierzemy z piekła nawet najmniejszych i najbardziej osobistych pamiątek. Wierzę, rzecz jasna, że każdy, kto osiągnie niebo, przekona się, iż pomimo odrzucenia wszystkiego (nawet własnego oka), niczego nie stracił: że to, czego naprawdę pożądał w swoich naj podlej szych nawet pragnieniach, czeka na niego w „Górnej Krainie" o wiele wspanialsze niż to, czego się spodziewał. W tym sensie dla tych, którzy doszli do końca drogi (i dla nikogo innego), powiedzenie, że dobro jest wszystkim, a niebo jest wszędzie, okaże się zgodne z prawdą. Nam jednak, którzy wciąż jeszcze jesteśmy w podróży, nie wolno przyjmować ich punktu widzenia. Moglibyśmy bowiem narazić się na niebezpieczeństwo przekręcenia prawdziwego znaczenia ich słów i uznać, że wszystko jest dobre, a każde miejsce jest niebem.
A co z ziemią? - zapytacie zapewne. Nie sądzę, by ziemia okazała się dla kogokolwiek miejscem wyjątkowym. Jeśli wybierzemy ją zamiast nieba, wyjdzie na jaw, że ziemia zawsze była częścią piekła. A jeśli niebo postawimy wyżej, okaże się, że ziemia zawsze do niego należała.

C.S. Lewis, Podział Ostateczny (tyt. org. "The Great Divorce")



25 sierpnia 2020

Miłość zwycięża osamotnienie, czyli żałoba po katolicku.

 Niewiasto, czego płaczesz? Kogo szukasz?

Przed kilkunastu laty leżałyśmy we trzy na jednej sali w szpitalu onkologicznym.  Każda lepiej lub gorzej, próbowała sobie poradzić z chorobą, ze świństwem, które tłoczono nam do żył i z sobą samą.

Pewnego dnia do jednej z nas przyszła w odwiedziny krewna. Usiadła. Nie wiem, ile czasu była przy jej łóżku, ale dla nas wszystkich było to jak wieczność.

Zastygła bez słowa. W niemym bólu tak despotycznym, że nam – i bez tego ledwie leżącym – niemal brakowało powietrza. Zdawało się, jakbyśmy wszystkie trzy nie istniały. Była tylko owa krewna ze swoim własnym cierpieniem, którego byłyśmy zaledwie tłem, chyba nawet nie przyczyną... Kiedy wyszła, odetchnęłyśmy z ulgą. Wróciło nam prawo do własnego istnienia i własnego cierpienia. Od tamtej pory, kiedykolwiek spotkałam się z członkami rodziny osób chorych na raka, kładłam im na serce, aby nie terroryzowali chorych własną egocentryczną rozpaczą.

Żałoba boli. I tak ma być. W końcu śmierć wydziera nam możliwość przebywania z osobą, którą kochaliśmy. Trzeba ten ból wypłakać, ukołysać wspomnienia, pozwolić się ranie z czasem zabliźnić. Ale kiedy ból staje się dyktatorem, to znak, że nie płaczemy z tęsknoty. Opłakujemy samych siebie, a ściślej biorąc hodujemy udramatyzowane ego, które zmierza do rządów absolutnych nad resztą naszego życia i – jeśli tylko się uda – nad tymi, którzy znajdą się w naszym pobliżu. Taką dyktaturę trzeba koniecznie i czym prędzej obalić. Nie ma nic wspólnego z żałobą, choć na taką chce wyglądać.

 

Czemu szukacie żywego wśród umarłych?

Żałoba pogańska nie ma wyjścia: albo podda się całkowitej rozpaczy, albo będzie się utulać w miękko brzmiących sentencjach, jakoby umarli żyli dalej w naszej pamięci. Formą dbania o byt naszych zmarłych będzie wtedy dostarczanie na groby podgrzewanych wspomnień i odświeżanych uczuć przybranych w wieńce i oświetlanych zniczami. Takie trochę duchowe Dziady.

Prawda jest jednak taka, że w naszej pamięci żyją co najwyżej wspomnienia o naszych zmarłych i nic więcej. Oni sami nie zamieszkują naszych serc. Tak jak tu na ziemi, tak i tam żyją własnym życiem. Tyle, że przekroczyli już próg czasu i przestrzeni. Ich byt nie karmi się naszą pamięcią, uczuciami, nie ogrzewa ich płomień zniczy i nie koi ich widok pięknych kwiatów. Tak naprawdę mają inne potrzeby, które jesteśmy w stanie, a nawet powinniśmy spełnić.

Potrzebują naszej modlitwy za nich, naszych drobnych (a może i większych) wyrzeczeń i jałmużny spełnianych w ich intencji. Najbardziej jednak potrzebują Mszy Świętej odprawianej w ich intencjach, ponieważ jak nic innego, ma ona moc wydobyć ich ze stanu oczyszczenia i wprowadzić w Krainę Szczęścia przekraczającego wszelkie nasze wyobrażenie, do której zresztą my także (mam nadzieję) w głębi naszych serc wzdychamy. Jest to realna i wymierna (po Tamtej Stronie) pomoc naszym zmarłym.

Problemem w naszych czasach jest ogólne zamieszanie, które myli uczucia z wiarą i świat wewnętrzny z transcendencją. Dlatego zdaje się w pierwszym odruchu, że to wspomnienia, kwiaty i znicze są ważniejsze. Dla nas – bo są z naszego świata. Dla nich pomocne jest to, co sięga ich świata, a to już są sprawy wiary, a nie naszych wewnętrznych uczuć. Trudno jest uchwycić wymierność troski o dusze w czyśćcu cierpiące. Ale czy nie na tym właśnie polega wiara, że działamy w nadziei ujrzenia skutków dopiero w Niebie?

 

Nie zatrzymuj Mnie! Jeszcze bowiem nie wstąpiłem…

Pozwolę sobie tu na nadinterpretację słów Pańskich. Chodzi mi bowiem o wielką krzywdę, jaką nieświadomie i z dobrymi intencjami wyrządzamy naszym bliskim zmarłym, kiedy z miłości do nich od razu po śmierci wynosimy ich na prywatne ołtarze.

Swój niewątpliwy i niechlubny udział mają teolodzy i nauczyciele wiary, którzy przez ostatnie dziesięciolecia poszerzają ucho igielne wiodące do Nieba i zwężają szeroką i przestronną drogę wiodącą do zatracenia. Usypiają tym z jednej strony naszą czujność i sprawiają, że nie bierzemy na poważnie słów apostoła „zabiegajcie o wasze zbawienie z bojaźnią i drżeniem” oraz „cierpliwość Pana uważajcie za zbawienną”. Z drugiej strony, kiedy myślimy czy to o naszej własnej, czy o czyjejś śmierci, zręcznie omijamy wszelkie myśli mogące budzić niepokój, wykluczając jakąkolwiek możliwość potępienia i jednym susem przeskakując prawdopodobieństwo oczyszczenia. Zostaje dzięki temu błoga pewność, że śmierć musi prowadzić prościutko do Nieba.

Spójrzmy jednak trochę zdroworozsądkowo w nasze własne serca. Czy przyglądając się sobie mamy ochotę wykrzyknąć „sancto subito”? A znamy siebie lepiej, niż ktokolwiek inny. Co więcej, im jesteśmy starsi, tym pokorniej (Co daj Panie Boże, amen!) spoglądamy na własną kondycję duchową, niezależnie od tego, jak widzą nas ludzie.

A więc, per analogiam, nawet jeśli ktoś wydawał nam się najświątobliwszy lub przeszedł niewyobrażalne cierpienia, nie dajmy się uwieść pokusie kanonizacji. Jeden Pan Bóg jest w stanie osądzić, czy umierając potrzebował oczyszczenia, czy mógł wznieść się prosto do Nieba.

Na wszelki wypadek zatroszczmy się o naszych zmarłych. Kto wie, ile wysiłku, modlitw i ofiary potrzebują, aby oczyścić się z tego, co było ukryte za życia…

Nie zostawiajmy naszych bliskich bez pomocy. Nie zatrzymujmy ich w czyśćcu przez sentyment, nasze sądy lub zaniedbanie. Być może jeszcze nie wstąpili.

 

Przyjdzie zaś kiedyś ten dzień, kiedy i my staniemy za progiem życia i obejrzymy się na tych, co jeszcze zostali w nadziei na pomoc i miłosierdzie.

 

 

20 sierpnia 2020

ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: C jak Cudowności

Z cudami jest ten problem, że dla wiary są jak defibrylator, ale jeśli będą niewłaściwie wykorzystane, mogą tylko zaszkodzić.

Bakcyl stary jak świat: obojętnie, czy jesteśmy głęboko, płytko, czy nie-wierzący, czy przyznajemy to otwarcie, czy gorąco zaprzeczamy, kątem oka wypatrujemy jakiejś manifestacji, teofanii, czegoś, co  nadprzyrodzoną siłą nie znoszącą zaprzeczenia ani sprzeciwu wedrze się w szare życie – cudu.

I nie ma w tym nic złego. Cud też – by tak rzec – stworzenie Boże. Czemu więc miałby być szkodliwy? Czemu podchodzić do niego ostrożnie, a nawet (nieco) przed nim się bronić?

Przychodzą mi na myśl cztery sytuacje z Ewangelii, na których chciałabym oprzeć moje rozważania:

 

„Nie samym chlebem żyje człowiek” – odpowiada wycieńczony z głodu Jezus, w obliczu możliwości przemiany kamieni w pożywienie. Nie należy bagatelizować pierwszego kuszenia. To nie miało być zaspokojenie zachcianki, tylko czterdziestodniowego głodu. Sytuacja graniczna, usprawiedliwiająca oczekiwanie cudu. Jednak Jezus odmówił ingerencji w rzeczywistość. Tak jak zwlekał z uzdrowieniem Łazarza, pozwalając mu umrzeć. Miał po temu ważne powody. Nieumiarkowane pragnienie cudu w sytuacji – z naszego punktu widzenia – absolutnie koniecznej, domaganie się go, szantażowanie Boga („Jeśli nie zobaczę, nie uwierzę”) kryje przewrotną modlitwę: „Bądź wola moja”. Tymczasem Bóg może uznać, że ważniejsze od rozwiązanego problemu, zdrowia, czy nawet życia jest – ot, choćby zbawienie duszy. I cudu nie uczyni, dla naszego dobra.

 

„Nie szukaliście Mnie dlatego, że widzieliście znaki, ale że jedliście chleb do sytości” – wyrzuca Jezus tłumom, które ciągną za Nim wiernie na pustkowie.

Jezus czyni cuda po to, żeby Izraelici uwierzyli w niewiarygodne: że On JEST Synem Ojca i dokonuje Jego dzieł Jego mocą. W innym miejscu wręcz prosi: „Jeśli nie wierzycie Moim słowom, wierzcie przynajmniej Moim dziełom”. Tymczasem tłum „wiernych” jest ciągle głodny nowych cudów. Ze znaków wzbudzających wiarę, uczynił sobie „doładowanie akumulatorów”. Co jakiś czas potrzebuje i poszukuje nowej dawki.

Cuda nie umacniają wiary, dlatego nie dzieją się seryjnie. Bóg wychowując wiarę świętych zawsze prowadzi ich przez noc duchową. Im większy mistyk, tym większej ciemności doświadcza, z tym większą desperacją przedziera się przez słabość natury ludzkiej, wypowiadając wiernie, często wbrew uczuciom, wbrew życiu walącemu się na głowę, a nawet wbrew rozumowi: „Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu!”

Z tej dramatycznej szamotaniny trwającej nieraz kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat, wychodzi – za łaską Bożą – jako gwałtownik jaśniejący wiarą (wiernością) i godny oglądania Boga twarzą w twarz. 

W karmieniu się cudami kryje się jakiś rodzaj lenistwa, które oczekuje, że ponadnaturalne interwencje zmuszą nas do uznania istnienia i mocy Bożej, nie wymagając od naszej woli wysiłku wiary.

 

„Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie, dopuszczający się nieprawości” – Jezusowe oświadczenie mrozi krew w żyłach tym, którzy legitymowali się czynieniem cudów w Jego imię. O jaką nieprawość może tu chodzić? Wygląda mi to na pułapkę, jaką jest „posiadanie” łask, darów i charyzmatów. Przywłaszczenie sobie Bożej mocy i Bożej chwały.

Kiedy patrzę na świętych cudotwórców, wszyscy zgodnie wypierają się cudów, które zdarzyły się za ich pośrednictwem. Utrzymują, że wszystko uczynił Bóg, a ich udział jest w cudzie przypadkowy i właściwie prawie żaden. I w sumie mają rację, ponieważ pokora pozwala im widzieć rzeczy, siebie samych i Boga takimi, jakimi są.

Cudotwórcy, którzy uwierzyli w immunitet swoich charyzmatów wpadają w tę pułapkę razem z „maluczkimi”, którzy w prostocie serca uznali moc wychodzącą od ich duchowych herosów za gwarancję zażyłości z Bogiem i powierzyli swoją wiarę ich domniemanej świętości.

Dlatego nie należy zżymać się na Kościół Święty za Jego pozornie przesadny sceptycyzm i opieszałość w zatwierdzaniu objawień i wynoszeniu na ołtarze. Historia dostarcza zbyt wielu przykładów na zbyt pochopne i entuzjastyczne „imprimatur” wydane świętym-za-życia.

Teraz chyłkiem przemyka się pytanie, jak to możliwe wpaść w pychę i działać cuda mocą Bożą, ale tym problemem zajmiemy się w innym artykule. Teraz niech wystarczy wniosek, że cuda to nie owoce, po których poznaje się drzewo.

 

„Nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, ale że wasze imiona są zapisane w Niebie” – tak Jezus studzi uczniów powracających z pełnej sukcesów wyprawy apostolskiej. Zaiste, niemała to rzecz, zdobywać serca, móc uzdrawiać, wskrzeszać, a nawet – będąc jedynie człowiekiem – rozkazywać potężnym duchom ciemności. Tak samo jak bycie naocznym świadkiem działania mocy Bożej. Ale Jezus zaleca zdrowy dystans: w tym wszystkim chodzi tylko (!) o nasze imiona zapisane w Niebie.

 

Jeśli zaś pozwolimy dawkować sobie słodkie cuda i gorzką noc wiary według recepty Boskiej Opatrzności, po jakimś czasie zasłona materii uniesie się nieco i zobaczymy, że cudem ogromnym i teofanią jest to, co – w niewiedzy swojej – uznawaliśmy za przewidywalną i zamkniętą w swoich prawach rzeczywistość.

30 lipca 2020

ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: B jak Bezstresowi


B jak Bezstresowi


Fenomen i przekleństwo XX wieku. Zrodzony w „Emilu…” Jeana Jaques’a Rousseau wirus wychowania będącego w istocie moderowanym samorozwojem dziecka, w połowie ubiegłego wieku skutecznie zainfekował nasze spojrzenie na małego człowieka. Po kilkuset latach od gwałtownej reakcji obronnej wyglądał już niegroźnie, a nawet przyjaźnie merdał antropocentrycznym ogonkiem.
O jego zgubnych skutkach zaczęliśmy się przekonywać dopiero wtedy, kiedy dzieci wychowywane bezstresowo zaczęły osiągać dorosłość. Potem było tylko gorzej, kiedy pokolenie bezstresowych wzięło się za zakładanie własnych rodzin i przejęło katedry psychologii i pedagogiki. Teraz pierwsze pokolenia samorozwijających się są w wieku przywódców, mężów stanu, mędrców i proroków. Niestety, dzieląc z ojcem wirusa alergię na rzeczywistość, pełnymi garściami czerpią z przywilejów swojego wieku i prowadzą niedobitki cywilizacji w opary absurdu.

W lamencie nad skutkami bezstresowego wychowania wylano już morze atramentu i wystukano miliony tetrabajtów. Nie tracąc czasu i uwagi Szanownego Czytelnika, przejdźmy do katechezy i formacji duchownych i zakonników, bo tam – według mnie – czai się już od wielu dziesiątków lat podstępny „Emil…”.

Moderowany samorozwój kategorycznie odrzuca wpajanie dziecku nauk, których pojąć nie może. A więc lwia część katechezy to piruety wokół subiektywnego doświadczenia (tak przecież, według Rousseau, miał się uczyć mały Emil) ogólnie rozumianej miłości Bożej i Panu Jezusie jako takim. Wychowanie bezstresowe nie toleruje dogmatów, ograniczeń, o karach nie mówiąc. Tak więc wszystko, co w prawdzie i moralności chrześcijańskiej się  z tym wiąże, jest omijane, a kiedy dochodzi się do momentu, że ominąć nie sposób, jest grubo i szczelnie owijane w bawełnę, aby – broń Boże – nie doszło do traumy.

I tak nasz chrześcijański Emilek wzrasta w mniej lub bardziej świadomym poczuciu, że jest panem i centrum świata, którego częścią jest bliżej nieokreślony Bóg, który go stworzył, kocha (Jakiegoś mnie, Panie Boże, stworzył, takiego mnie masz!), chroni i czeka na niego w obowiązkowym Niebie. Prawda, jeszcze umarł za niego. Jest to wzruszające, ale niezrozumiałe, bo Emilek, nie otrzymawszy jasnej nauki o grzechu i jego konsekwencjach, nie dostrzega ani (nie)śmiertelnego niebezpieczeństwa, przed jakim stoi jego dusza, ani ogromu niezasłużonej łaski, którą trzeba cenić nad życie (bo przecież o tym, że naprawdę można skończyć w Piekle i że bez łaski Bożej naprawdę nietrudno tam się znaleźć, uczyć teraz dzieci po prostu nie wypada). Przecież nawet na myśl mu nie przyjdzie, że mogłoby się mu to Niebo NIE NALEŻEĆ z samego faktu zaistnienia.


Nasz bohater dojrzewa w przekonaniu, że jego pragnienia mają moc prawodawczą, ba nawet stwórczą. Nie zna odmowy, nie doświadczył granic, nie słyszał o niebezpieczeństwach. Jest nieświadomy istnienia doczesnych i wiecznych konsekwencji swoich wyborów i czynów. W głębi serca to on jest bogiem, przed którym Bóg zdaje sprawę ze swojej nieudolności i niesubordynacji, kiedy nie chce spełnić jego woli.

Mijają lata i na światło dzienne wychodzi wiotkość jego wiary i życia duchowego. Nie potrafi ani przeciwstawić się pokusom ani walczyć przeciw atakom Złego, ponieważ w bezstresowym chrześcijaństwie nie ma miejsca na rozeznawanie duchów.

Wyhodowana na uczuciach i osobistych doświadczeniach dziczka tożsamości chrześcijańskiej pnie się wedle własnego upodobania, ani myśląc poddawać się przycinaniu. Buntuje się przeciw przynoszeniu owoców innych, niż samozadowolenie czy spełnienie wyhołubionych marzeń o sobie samym i ukształtowaniu podległego sobie świata, Kościoła i Boga na swój własny obraz i podobieństwo.

Wreszcie – jeśli przypadkiem został duchownym, zakonnikiem lub prowadzi bardziej intensywne życie duchowe i w związku z tym solidniej zapoznaje się z Nauką Kościoła – staje się doskonałym zaklinaczem rzeczywistości doczesnej i wiecznej. Tak, aby nawet w najmniejszy sposób nie uwierała jego boskości. Im zręczniejszy, tym bardziej przekonujący i inspirujący dla otoczenia.

Ostatnim rysem Emilka jest całkowity brak odpowiedzialności. Nie, nie chodzi o to, że on się od niej uchyla. Po prostu w toku moderowanego samorozwoju, także w wersji chrześcijańskiej, odpowiedzialność jest pojęciem nieznanym i niezrozumiałym. Dopóki na tronie serca króluje bezstresowy bóg, dopóty on jest jedynym, który nie musi przed nikim za nic odpowiadać. Jeśli przyjąć optykę życia wiecznego, moment Sądu Szczegółowego może skończyć się wieczystą traumą.
 
W ten oto sposób katecheci i wychowawcy Emilka powinni zdobyć Nagrodę Ogrodnika w kategorii Hodowcy Duchowych Narcyzów. Polecam jednak być tu ostrożnym w ocenie, gdyż najprawdopodobniej ci, którzy byli odpowiedzialni za dojrzewanie w wierze owych katechetów i wychowawców, sami też byli godni tej nagrody. Świat już od kilku pokoleń obficie kwitnie narcyzami.

Kiedy się człowiek rozejrzy dookoła, a nawet kiedy wejrzy w siebie, można upaść na duchu – tyle złogów wszędobylskiego bezstresowego chrześcijaństwa.

Ale Opatrzność Boża nie stoi bezczynnie i miłosiernie daje coraz to nowe i jakże zbawienne duchowe sytuacje stresogenne. Tak samo jak ludzi, którzy uparcie i skrycie zadają ciosy naszemu wysublimowanemu samoubóstwieniu. W końcu lepiej teraz solidnie się potłuc o kant rzeczywistości, niż przeżywszy życie w egocentrycznych pieleszach, u progu śmierci zgubnie pretendować do Tronu Najwyższego.

23 lipca 2020

Nabożeństwa ze skutkiem ubocznym

Święto św. Brygidy Szwedzkiej to dobry dzień, aby podumać nad nabożeństwami i nowennami o cudownej mocy i kuszących obietnicach. To ona wszak jest autorką średniowiecznego bestselleru „Tajemnica szczęścia”, po który chrześcijanie wszystkich stanów chętnie sięgają po dziś dzień. Najbardziej znana forma tego nabożeństwa wymaga od nas codziennego poświęcenia przynajmniej 20 minut dziennie na odmówienie i rozważenie piętnastu modlitw do umęczonego Chrystusa, będących jednocześnie prośbą o dobrą śmierć. Do wiernego odmówienia tego nabożeństwa Pan Jezus przypisał szereg obietnic, których spełnienie wielu odprawiających potwierdza.

Jak to działa? Czemu czasami wystarczy jeden okrzyk rozpaczy, obietnica, jęk, a czasem trzeba setek różańców, tysięcy godzin, długich i łzawych lat?

Odpowiedź prosta i wyczerpująca, choć jednocześnie nie zadowala: nie wiem. Jednak to nie głos bezradności, a… doświadczenia i – niech to mądrze zabrzmi – pewnej apofatycznej wiedzy. Na ludzki język to przełożywszy, chodzi o to, że jako człowiek nie potrafię przeniknąć ani rzeczywistości, ani jej Twórcy.

Nie wiem ile i czego potrzeba, i czy w ogóle dobrze dla kogoś, powiedzmy, wyzdrowieć, osiągnąć cel, ominąć przeszkody i żyć długo i szczęśliwie. Głębia mojego ducha nie sięga korzenia grzechu albo nieszczęścia, żeby chwycić go zręcznie i uwolnić udręczonego, nie pozbawiając go przy tym życia. Miłość moja mimo chęci ogromnych, za słaba, żeby uchronić kogoś od złych wyborów, złagodzić konsekwencje, rozplątać zasupłane ścieżki. Nie jestem do tego zdolna.

Zdaje mi się przy tym, że sprawa nie jest zupełnie beznadziejna. Można to jakoś ogarnąć wzrokiem rozumu, pod warunkiem, że nie pozbędziemy się logiki wiary.

Otóż po pierwsze Pan Bóg zna dobrze naturę ludzką i wie, że uczucie w każdym przypadku to tylko zapłon (Och, gdyby mieli to przed oczyma ugodzeni strzałą amora…). Trwałości i (po)wagi słowom i westchnieniom nadają dopiero czyny, wierność i wytrwałość.

W sytuacji odwrotnej, kiedy wiemy lepiej od samego Boga, co jest dobre i pożądane, jeśli tylko nie jesteśmy spętani własnym uporem, czas oraz same teksty modlitw, rozszerzają nasze horyzonty. Zauważyłam to na samej sobie, odprawiając Nowennę do Matki Bożej Rozwiązującej Węzły: kolejne dni coraz bardziej oddają inicjatywę i ostateczny kształt rozwiązania problemu w ręce Matki Bożej, która doskonale zna Wolę Bożą.

Trzecia rzecz to tytułowe skutki uboczne. Czy zauważyliście, jeśli odprawialiście jakieś nabożeństwo lub nowennę wymagającą wysiłku i wytrwałości, że z czasem sami zaczynacie się zmieniać? Nie tego oczekiwaliście, zabierając się do modlitwy…

Kiedy pierwszy raz odprawiałam Tajemnicę Szczęścia, jasno zobaczyłam, że w istocie poświęcam codziennie średnio pół godziny na rozważanie Męki Pana Jezusa i przygotowywanie się do własnej śmierci. Jeszcze bardziej przejmującym odkryciem było doświadczenie, jak po latach odmawiania ModlitwyJezusowej, serce jakby samo z siebie kruszeje coraz jaśniej widząc własną grzeszność i korzy się przed Majestatem Boga, którego widzi w coraz jaśniejszym świetle chwały i świętości. I to się dzieje tak właśnie, jakby przypadkiem. Efekt uboczny, ale przez Boga wzięty pod uwagę i zaplanowany.

Bóg już tak ma, że jeśli chodzi o modlitwę, w tajemniczy sposób łączy i rozdziela łaskę pomiędzy tego, który się modli, a tego, który jest omadlany. Nawet więcej: jej nadmiar rozlewa na tych, którzy nigdy by modlącemu się do głowy nie przyszli, ale Boże Serce zawsze ma przed oczyma ich potrzeby.

Rzecz już ostatnia: skuteczność. Najlepiej zaraz i według naszych oczekiwań. Ale najczęściej – na szczęście dla nas samych i dla tych, za których się wstawiamy – tak się nie dzieje. Znów, przekonała mnie o tym… mulina.

Kilka ładnych lat temu zajmowałam się trochę haftem krzyżykowym. Za punkt honoru poczytywałam sobie „ratować” splątaną mulinę. Ile czasu zajmowało mi znalezienie „kluczowej” nitki i „kluczowego” węzła… Bardzo często, gdybym poszła za pierwszym wrażeniem, wszystko zaplątałoby się jeszcze bardziej. Czasem traciłam już cierpliwość. Ale jedno szarpnięcie i węzeł stawał się twardy jak kamień. Bywało też tak, że trzeba było się przeprosić z nożyczkami. To była wielokrotnie powtarzana lekcja poglądowa, jak Matka Boża zajmuje się splątanymi węzłami ludzkich losów i relacji… Ratuje nas przy tym także z pychy: łatwo przewidzieć, co byśmy zaczęli mniemać o sobie samych, gdyby tak raz i drugi po modlitwie, jak grom z jasnego nieba, runęło wysłuchanie.

Co zatem z modnym szmerem nabożeństw z modlitwą wstawienniczą? Z pewnością, dobre są, ale… Pan Bóg zostawia nam wolność w sposobie modlitwy. Osobiście wolę oprzeć się na uznanej świętości tych, którzy te nabożeństwa otrzymali w darze. Bo zauważcie, że za uznanymi i przez wieki powtarzanymi nabożeństwami stoi dar objawień, świętość tego, który je otrzymał oraz niezliczone pokolenia tych, którzy je „wypróbowali” i przekazali dalej. A to Kościół właśnie.