(para)liturgia abp Fulton John Sheen Akatyst Alfred Delp Antonietta Meo antysemityzm artykuły autobiograficznie Belgia Benedictines of Mary Queen of Apostle Benedykt XVI Betlejem bł. Anna Katzrzyna Emmerich bł. Maria od Męki Pańskiej bohomazy Budapeszt C.S. Lewis celibat Chile Chiny cierpienie Cristina Scuccia Daniel Olbrychski dr Kenneth Howell Droga Krzyżowa dusze w czyśccu cierpiące Egipt eremityzm eschatologia stosowana Etiopia EWTN Film o Basi FMM garnki świętych gender Gianna Jessen Gloria Polo Gorzkie Żale Grupa MoCarta Harald Meldal Eia homeopatia Janusz Radek Jarmark Cudów Jeanne Bigard joga Johann Pachelbel Johann Sebastian Bach kard. Antonio Cañizares Llovera kard. Francis Arinze kard. Raymond Burke Karmel Kenia Khalil Gibran kmiotek teologiczny krajobrazy ducha ks. Bernardo Antonini ks. Guido Marini ks. Kazimierz Matwiejuk ks. Marian Rajchel ks. Mateusz Dziedzic ks. Nicola Bux ks. prof. Józef Naumowicz Ks. Rafał Sorkowicz SChr ks. Roman Kneblewski ks. Sergiusz Orzeszko IDP książka lekko Leszek Kołakowski Leszek Korzeniecki Liban Londyn m. Mary Angelica of the Annunciation PCPA Madagaskar Marek Grechuta maryjnie metropolita Chios Psarry i Oinousses Marek Michael Voris misje Mniszki św. Pawła Pierwszego Pustelnika (paulinki) modlitwa Modlitwa Jezusowa nadinterpretacje Nick Vujicic nowenna o. Adam Bartyzoł CMF o. Anzelm Fraczek OSPE o. Augustyn Pelanowski OSPPE o. Benedict Groeschel CFR o. Joachim Badeni OP o. John O’Malley SI O. Joseph-Marie Verlinde o. Józef Witko OFM o. Mark Kirby OCist Ojcowie Pustyni papistka Passion of the Christ Piotr Jaskiernia (Hiob) poezja pomruki powołanie powołanieRepublika Środkowoafrykańska półgębkiem przez oczy do serca przez uszy do duszy psalmy oparte na faktach psychologia qi Radek Malinowski Real Catholic TV Robert Tekieli Rosalind Moss Rosja Różaniec Rumunia s. Gabrielis Monika von Ballestrem FMM s. Jadwiga Wudarczyk CR s. Władysława Piróg FMM s. Yolanda Moquete FMM Słowo-twórstwo spowiedź Szymon Hołownia św. Ambroży z Mediolanu św. Charbel Makhlouf św. Franciszek z Asyżu św. Józef z Kupertynu św. Pio z Pietrelciny św. Teresa od Jezusa świątecznie Tanzania teatr walka duchowa Wietnam wilcze stada Winogradów Wisława Szymborska Wojciech Cejrowski Wyspa (Ostrov) Yes Prime Minister z lasu przyniesione za życiem

23 lutego 2008

czas na rekolekcje...

W tamtym roku, przebywając niebywałą ilość czasu w pokoju, domu, w łóżku, miałam czas na słuchanie kaset z konferencjami o. Pelanowskiego.
I postanowiłam podzielić się z wami tym świeżym spojrzeniem biblijnym, które na mnie samej wywarło duże wrażenie. Bo to nie chodzi o to, że o. Pelanowski jest dobrym i oryginalnym biblistą. Nie o to również, że potrafi przyciągnąć uwagę. Chodzi o to, że jego czytanie Biblii jest czytaniem... użytkowym! Tak jak rabina w synagodze: Wszelakie metody historyczno-krytyczne zostawia zapaleńcom, a wgłębia się w sam tekst, w jego hebrajsko-grecką głębie, która kryje niebywałą mądrość i jaskrawy konkret duchowy. Wiele z jego obrazów i odniesień jest we mnie żywych do dziś.
Jest to drugi człowiek, spotkany w moim życiu, który ma dar mówienia z matematyczną niemal ścisłością o rzeczywistości duchowej. Pierwszą osobą jest ks. Eugeniusz Derdziuk :)

Tyle gadania, teraz słuchanie:
1.
a)
rekolekcje o. Pelanowskiego 1
b)
rekolekcje o. Pelanowskiego 2
c)
rekolekcje o. Pelanowskiego 3
d)
rekolekcje o. Pelanowskiego 4

22 lutego 2008

wierszydło (improwizacja)

To dla mojej koleżanki ze szpitala - żeby miała co na kartkach świątecznych pisać...

Skoro już się nasiedziałam nad tymi literkami, to je wrzucę... Na moje własne życzenia jeszcze będę musiała popracować.



babie lato

wieczory smutne i dni radosne, twierdze na skale
i domki z kart
czas jednakowo porywa z sobą na wici wspomnień
unosi w dal
ze szczęściem znasz sie tylko przelotnie
babiego lata żal


nie tak spoglądaj, nie tak
lecz pozwól chwilom w przeszłość ulecieć

które nie mają znamienia Krzyża
i tak rozpędzi wiatr
tylko te z twarzą Zmartwychwstałego
dosięga Boski Tkacz
wplata je w Siebie - na wieki wieków
tak stwarza drugi raz
twój własny wszech-trwały-świat


19 lutego 2008

tak sobie tylko

Co wyczytałam w mądrej książce o pisaniu scenariuszy, to wyczytałam. Trochę się przydało, zwłaszcza w kabaretach. Nie narzekam nawet na te wszystkie godziny spędzone przy książkach z reżyserki - a jakże! Czasem sobie marzę, że jeszcze kiedyś się przydadzą... (oj bierze mnie taka ckliwość nieraz, że tak by człowiek wziął tę wizję i wycisnął z niej scenariusz, potem z aktorów siódme poty wykręcił, porozwieszał na scenografii, dmuchnął jakimś niebanalnym dźwiękiem, a to wszystko w dobrym świetle...ech... i schował się potem w mrok sali, spoglądał ukradkiem już nie na scenę, ale na krajobraz twarzy ciekawych...)
Ale nie o tym chciałam. Raczej o życiu, co nauki o nim z tych książek wyciągnęłam. A nauki takie są:

1. Z noweli lepiej nie robić filmu pełnometrażowego, a powieści lepiej nie upychać do etiudy.

2. Geniusz reżysera nie polega na chirurgii tekstu, ale na ponownym "odkryciu" go i nadaniu mu właściwego czasu i właściwej przestrzeni, żeby mógł ożyć.

I tak jest z życiem. Na nic rozciąganie, na nic skracanie. Jest napisane przez Geniusza i trzeba odkryć Jego myśl, żeby nie wyszedł z niego kicz.

... żeby tak umieć z tej tułaczej rólki mojej majstersztyk wystrugać...

18 lutego 2008

w Watykanu do Pekinu... na rowerze!

No i udało się im wygrać z biurokracją. Jadą do Pekinu. Z Watykanu, przez Moskwę. Mam nadzieję, ze co jakiś czas będziemy mogli się dowiedzieć, jak się pedałuje przez Europę i Azję jako Pielgrzym Pokoju.
Tymczasem sprawa przedstawia się tak:
www. wyprawa-roku.pl
choć jeszcze niedawno wszystko wyglądało tak:
http://niebo-do-wynajecia.blog.onet.pl/
Jeśli ktoś jakkolwiek może wspomóc tych dwóch Bożych szaleńców, to serdecznie zapraszam. Jednak zdradzę wam tajemnicę, o której dawno temu powiedział mi Żuraw...
Otóż on nie wierzy w siłę pieniądza. Wcale. Ani polityki, ani układów. Ten śmiałek wierzy w moc modlitwy. I za każdym mailem prosił mnie zawsze i głównie o nią.
Dlatego obstawiajcie ten rowerek (i kamerę Damiana) aktami strzelistymi! Wszechmoc Boga i Jego niezmierzona Pomysłowość z pewnością dzięki takiej pomocy napisze taki scenariusz wyprawy, jakiego nawet absolutnie zwariowany Żuraw nie wymyśli... :)

17 lutego 2008

Piosenka z repertuaru Adama Rymarza ("Desire " sł/muz. Reuben Morgan) w wykonaniu jednego z moich przyjaciół. Fama głosi, że jego słodki głos i niewinny uśmiech mają tajemną moc zjednywania serc... :)

14 lutego 2008

kochać?... to wolno?

"Wyobrażamy sobie kochanków siedzących twarzą w twarz, a przyjaciół ramię przy ramieniu: oczy ich patrzą w dal. (...) Pragnienie czegoś poza przyjaźnią jest koniecznym warunkiem zaprzyjaźnienia się. Gdyby prawdziwa odpowiedź na pytanie: Czy dostrzegasz t samą prawdę? brzmiała: Nie , nie dostrzegam i nic mnie prawda nie obchodzi, chcę po prostu mieć przyjaciela, nie mogła by powstać żadna przyjaźń, (...) nie miałaby się wokół czego owinąć, bo przyjaźń musi posiadać swój ośrodek, choćby była nim pasja do gry w domino lub do białych myszy. Ci, co nic nie posiadają, nie mają się czym dzielić, ci, co nigdzie nie zmierzają, nie mogą mieć towarzyszy podróży" (C.S. Lewis)

Czemu dziś o przyjaźni, a nie o zakochaniu? Przeczytałam kiedyś, że przyjaźń jest najczystszą
formą miłości, jej ostatnim stopniem. Chyba to prawda, bo kiedy zakochanie, czy pożądanie przekwitnie, to cóż za szczęście móc o ukochanej osobie powiedzieć: jest moim przyjacielem...
A w przypadku mojej miłości do spotkanego człowieka cała sztuka polega na tym, żeby od razu zmierzać prosto do przyjaźni... W sztuce tej miłości nie tylko wolno, ale i trzeba się nam, konsekrowanym, wprawiać. Bo jeśli nie taką dam, to żadną. A jeśli żadną, to po cóż istnieję?...

11 lutego 2008

Usiadłam do pisania trzeciego rozdziału - w końcu postanowiłam w miarę regularnie zapełniać kolejne kartki – i... Winnam ci kilka słów wyjaśnienia: 

O wyrobie przetworów z myśli 

Myśli są to zbłąkane wyładowania nad-, pod- i samej świadomości, które czasem przybierają nawet logiczny sens (sens jest kolonią myśli, które łączą się w kształt znośny dla prawidłowego funkcjonowania biednego ich właściciela). U niektórych osobników homo sapiens występują tak obficie, że trzeba je co jakiś czas z powierzchni świata wewnętrznego zbierać i przetwarzać.

Przetwory nadobfitości myśli zwane są popularnie sztuką. Dziś zajmiemy się przetwarzaniem myśli na słowa. Oto mój autorski przepis na lekkostrawny tekścik:

  1. Zbłąkanym myślom należy się z daleka przyjrzeć, czy nie zaczynają gromadzić się w kolonię, ale trzeba pamiętać, aby zachować odpowiedni dystans – myśli nie mogą się zorientować, że są podglądane, w przeciwnym razie zamiast logicznego sensu tworzą tak zwane schematy myślowe.
  2. Kiedy kolonia logicznego sensu jest w miarę stabilna, należy ostrożnie przesadzić ją w pobliże innych sensów, o podobnych kształtach. (U mnie ten proces dokonuje się poza moją świadomością, doprawdy nie wiem, jak one się wzajemnie odnajdują... Podejrzewam, że występują u mnie szczepy myśli koczowniczych...)
  3. Kiedy orientujemy się, że sensu mamy już zdecydowanie za dużo, aby pomieścił się w naszym wewnętrznym świecie, należy przygotować sobie kartkę papieru (albo otworzyć dokument Worda) i wpatrywać się intensywnie w porażającą biel pustej kartki.
  4. Nie zniechęcając się nagłym zniknięciem myśli z pola świadomości, należy siedzieć nieruchomo i łagodnymi wysiłkami woli przywoływać je pojedynczo z powrotem.
  5. Jeśli mimo naszych wysiłków nie reagują, należy zostawić je jeszcze na pewien czas – widocznie są jeszcze niedojrzałe i mają jeszcze dość miejsca w zakamarkach świadomości, żeby się chować przed kartką papieru.
  6. Dojrzałe należy wprowadzić w lekki trans – czyni się to za pomocą rytmu. Poszukiwania odpowiedniego rytmu, który wyprowadzi myśli na kartkę papieru są najprawdopodobniej najtrudniejszym etapem przetworów.
  7. Należy pisać.
  8. Napisany tekst odkładamy do dojrzenia – najlepiej, na co najmniej dwa dni. (W tym czasie puste obszary świadomości mogą zacząć kolonizować tzw. Myśli z zupełnie innej beczki.)
  9. Po dwóch dniach należy powrócić do tekstu, aby pozbyć się wyrazów przypadkowych. (Tu kluczowa uwaga: punkty od 9. do 12. należy wykonywać rano lub - od biedy - za dnia, ponieważ wieczorami i nocami mamy na języku zawsze więcej słów, niż sensu.). Tekst należy po oczyszczeniu odłożyć i do niego nie wracać.
  10. Czynność oczyszczania ze zbędnych słów należy powtarzać kilkakrotnie (w przypadku tekstów do gazety zaleca się powtarzanie tej czynności aż do uzyskania odpowiedniej liczby znaków ze spacjami ;-) )
  11. Potem należy jeszcze raz odłożyć tekst na kilka dni leżakowania (czasem chodzi tu o miesiące, a nawet lata). W tym czasie świadomość zostaje na dobre zamieszkana przez zupełnie inne gatunki myśli, które są słabo lub w ogóle związane z praszczepem przetworzonym w słowa.
  12. Po okresie leżakowania (potocznie nazywa się to: kiedy mi się przypomni, chyba, że jest to tekst pisany na zamówienie, wtedy oczywiście jest to tuż przed terminem oddania tekstu ;-) ) należy skonfrontować przetwór ze świeżymi myślami i ostatecznie poprawić.
I dopiero taki tekst jest wystarczająco lekkostrawny do intelektualnego (tudzież kulturalnego) spożycia.

A te rozdziały, które czytasz, to nie żadne wino sensu, tylko soczek wyciskany przez czeladnika przyuczającego się dopiero do toczenia prawdziwych przetworów...

8 lutego 2008

Degustacja łaski II

II

Pierwszy smak

W tym momencie poczułam, ze jestem straszliwie głodna. Jakbym od miesięcy nie miała nic w ustach. Minęłam wierzbę i brnęłam dalej w ciszę. Było mi tak, jakbym pogrążała się w wodnej głębinie, niżej i niżej... Za każdym krokiem czułam, jak ta cisza przenika moje ubranie, dotyka skóry i przechodzi przez nią, przenikając do szpiku kości. Rzecz dziwna, niepokój, który towarzyszył mi na początku drogi, został chyba przy furtce... A może to sprawa ciszy, która bez mojej wiedzy wdarła się do mojej głowy i uciszyła wszystkie myśli?

Nie dosięgła w każdym razie mojego nosa. Ten tryumfalnie wciągał coraz silniejszy i słodszy zapach pieczonej łaski, który – ponad wszelką wątpliwość – dochodził wprost z otwartych drzwi. Woń była tak intensywna, że nie widziałam już nic dookoła. W głowie dźwięczała tylko jedna myśl: zatopić zęby w smakowitej, chrupiącej, świeżo upieczonej łasce...
Tak znalazłam się na ganku. Podeszłam do drzwi zapukałam.

Dziwne – pomyślałam – nie słyszę własnego pukania... Może ogłuchłam od tej ciszy? Zapukałam powtórnie. Nikt nie odpowiadał. W normalnych warunkach pewnie bym wróciła, ale teraz byłam zniewolona zapachem. Nęcił i przywoływał mnie natarczywie, zagłuszając moją nieśmiałość. Byłam taka głodna, a łaska pachniała tak zapraszająco...

Weszłam do sieni. O, to wiejski domek – ocknęłam się na chwilę, zdumiona. Teraz dotarło do mnie, że jest to drewniana chatka. W półmrok sieni wpadało kilka promieni z kuchennych okien. Domek zdawał się być opuszczony. Nie, niemożliwe – przecież pachniała w nim świeża łaska!

Weszłam do kuchni. Z lewej strony stała najprawdziwsza w świecie stara kaflowa kuchnia na cztery fajerki. Pod fajerkami buzował ogień, a na płycie stał duży garnek z wodą. Z boku były drzwiczki do piekarnika i to właśnie z nich wydobywał się ten czarodziejski zapach. Obok były drugie drzwiczki, przy których stało wiaderko z węglem.
- Ja chyba śnię... – Szepnęłam w duchu. Przez chwilę wydawało mi się, że znów mam pięć lat i jestem u naszej starej sąsiadki.

Spojrzałam po kuchni. Na środku stał okrągły, drewniany stół, nakryty białym obrusem. Na stole stał wielki płaski talerz z rogalikami. Przy nim w szklanym dzbanku czekała na mnie gorąca czekolada.
- To się nazywa degustacja – mruknęłam zadowolona, bo na widok tego jadła przypomniałam sobie, po co tu przyszłam. Usiadłam prędko na jednym z trzech krzeseł i zaczęłam pałaszować rogaliki.
Nigdy nie jadłam czegoś równie pysznego. Ledwie skończyłam pierwszego, przestraszyłam się, że zapomnę jego smaku i sięgnęłam szybko po następny.

Nawet nie spostrzegłam, jak ostatni rogalik właśnie ginął w moich ustach. Nalałam sobie jeszcze czekolady i zaczęłam myśleć o zapachu z piekarnika.
- Powinny już być dobre... Ale... Może zaczekam na gospodarza...
Kończyłam już cały dzbanek czekolady, kiedy odruchowo spojrzałam na zegarek. Była dziewiąta rano.
- Niemożliwe – pomyślałam – przecież siedzę tu już co najmniej pół godziny. Spojrzałam jeszcze raz.
- Eee... Znowu się zepsuł...

Jednak nie chciałam wracać. Dopijałam ostatnią szklankę czekolady i właśnie postanowiłam jednak zajrzeć do piekarnika, kiedy poczułam mdłości.
- No i masz babo placek. Co za dużo to nie zdrowo. Nawet łaska w nadmiarze szkodzi. Co ja teraz zrobię?
Podniosłam się, żeby wyjść z domu, ale nie miałam siły ustać na nogach. Teraz przestraszyłam się nie na żarty.
- Ale głupia gęś ze mnie! Weszłam do pustego domu i rzuciłam się na jedzenie, jak wilk. A może to było zatrute?

Z każdą minutą wydawało mi się to bardziej prawdopodobne. Przed oczami zaczął padać śnieg. Najpierw drobne płatki, potem trochę większe i ciemniejsze. Słabłam coraz bardziej, oparłam głowę o stół. Nie pomogło. Przed oczami latały mi już wielkie czarne płaty. Kątem oka dojrzałam łóżko. Chyba to było łóżko... Nie byłam już w stanie nawet tego ocenić. Wstałam z krzesła i natychmiast upadłam na podłogę. Była dziwnie miękka.
- Co oni dali do tej czekolady? Czemu pachniała jak łaska? Pierwszy raz dałam się tak nabrać... Ale to musiała być łaska... Przecież wiem, jak smakuje... Co to wszystko...

Już nic.

o tym, jak Pan Bóg mi w zachciankach błogoslawi ;-)

To było tak: wczoraj napisała do mnie pewna dziewczyna, borykająca się z dramatyczną sytuacją życiową. I oczekiwała wsparcia, pomocy, w ogóle czegoś mądrego... Ode mnie!

(Swoją drogą zawsze zadziwiam się zaufaniem, jakim ludzie z definicji obdarzają mnie jako siostrę... Znając siebie trochę stwierdzam, że nie mają do tego żadnych podstaw. Z drugiej strony, ponieważ są w rzeczywistej potrzebie, zamiast tłumaczyć, że się przeliczyli, lecę z tym do Boga. Ten, który zna wszystko dokładnie, a przy tym jest Wszechmocny, wie już co z naszymi sprawami zrobić. Dzięki Niemu mogę spokojnie zasnąć, wiedząc, że nie pozostawi wołania bez odpowiedzi... Jeśli powie ktoś, że jest to wiara naiwna i nie na dzisiejsze czasy, to odpowiem, że dla mnie jest to właściwie wiedza - oparta na wielu empirycznych doświadczeniach :) )

Wracając do wczoraj: Otóż udałam się do Boga z pytaniem - Co ja mam niby mądrego powiedzieć?
I tu - cisza. Szperałam w swoim doświadczeniu - nie dość przekonywujące...
Roztrząsałam Słowo Boże... i nic.
Wytężałam duchowe uszy na adoracji... A Pan najzwyczajniej w świecie nie miał mi ni do powiedzenia.
A tymczasem obiecałam dziewczynie, że tego, lub następnego dnia odpiszę. .. i co teraz? Może jutro coś się stanie...

Dzisiaj: otwieram kompa i przeglądam wiadomości... W międzyczasie jedna z sióstr przesyła mi link do obejrzenia. Otwieram, żeby się zaczął zgrywać i dalej czytam. W międzyczasie zaglądam na stronkę z filmem - długi, prawie 45 min... na ekranie widać chłopaka bez rąk i nóg. "Kolejna popisówa" - myślę sobie cynicznie i dalej czytam wiadomości. Jednak - z sympatii dla mojej siostry, która to przysłała - otwieram. I oniemiałam. Od pierwszych sekund widzę, że to jest to! To jest wiadomość dla owej dziewczyny, której bezskutecznie poszukiwałam.

I sama oglądam to ze wzruszeniem. Podwójnym:
Raz, że świadectwo życia tego chłopaka i jego mocnej wiary jest wzmacnia moją.
Dwa, że znowu (choć jestem do tego przyzwyczajona, to za każdym razem przeżywam to, jakby zdarzyło mi się to po raz pierwszy w życiu) widzę, jak doskonały w działaniu jest mój Bóg!

A oto film, który z serca polecam...

PS. W naszych Konstytucjach FMM jest takie wyrażenie, które od początku ogromnie mi się podobało:
"Oczekując wszystkiego od Boga i wszystko Mu oddając..." Sprawdza się na 200% :-)

4 lutego 2008

Degustacja łaski (czyli przekorne opisywanie ducha ciałem) I

Doszłam do wniosku, że moje pióro jest kompletnie zardzewiałe. Dlatego postanowiłam je naostrzyć. Jeśli masz tyle cierpliwości i samozaparcia, żeby śledzić te mozolne zabiegi, to serdecznie zapraszam do czytania :)

Dziś rano na moim biurku w redakcji znalazłam kopertę. W środku było zaproszenie na „Degustację łaski”. Wreszcie – ucieszyłam się i szybko wybiegłam z biura. Miałam pół godziny na dotarcie pod wyznaczony adres.
To przyjęcie nie było reklamowane, ale w gronie znawców łaski o nim było głośno słychać. Właściwie to głośno i cicho, szeptem i porozumiewawczymi spojrzeniami od dawna dawano sobie nawzajem do zrozumienia, że powinno się wreszcie zebrać doborowe towarzystwo łaskawców i łaskbiorców, żeby zorganizować degustację łaski. Trzeba było wreszcie rozpoznać i nazwać prawdziwą łaskę po imieniu.
Tylko nie wiadomo było, kto ma to zrobić, bo organizacji łaskawców nie było. Każdy według własnego uznania udzielał się łaskawie łaskbiorcy. Panowała prawdziwa anarchia. Tak, prawdą było, że podejrzliwi łaskbiorcy teoretycznie mogli powiedzieć: „Łaski bez!” Ale wtedy pozostałyby im tylko ochłapy, które spadały z ręki łaskawego łaskbiorcy pierwszego rzędu. Praktycznie więc wszyscy zdani byli na łaskę łaskawców.
Owi łaskawcy byli ludźmi bardzo sławnymi. Taki na przykład Jan LXIII Łaskawy znany był z tego, że podpisywał kontrakty na wiele lat łaski. Darmowe. Tej odrobiny obowiązkowego uwielbienia dla łaskawcy przecież nie można było nazwać jakąkolwiek ceną... Pewne rzeczy po prostu się łaskawcy należą i już.
Pracowałam w gazecie „Łaska stanu”. Pisałam tam cotygodniowe raporty o akcjach łaski. Nasza ekipa wyznaczała nowe trendy łaskawości i w pewnym sensie decydowała o tym, czy łaski są łaskami, czy tez należy je wycofać z obiegu. W naszym żargonie, kiedy czyjaś łaska zwyżkowała, mówiliśmy na niego „Najłaskawszy”, a kiedy trzeba było łaskawcę dyskredytować, szef rzucał tylko: Jakub I Biedny ma popaść w niełaskę. I było jasne, że Jakub I Biedny stawał się na drugi dzień szarym, bezimiennym łaskbiorcą. Tak więc w praktyce redaktor naczelny „Łaski stanu” był prawdziwym łaskawcą dla łaskawców.
Spodziewałam się, że to on wydał przyjęcie. Był to dość nowatorski pomysł z jego strony. I ryzykowny. Tajemnicą poliszynela był fakt, że większość łask to są produkty łaskopodobne, bo wartość łaskawości, z której wytwarza się prawdziwą łaskę przekracza wszelkie możliwości kontraktów – czysta łaskawość jest darmowa. I przez to dla łaskawców tak trudno dostępna.
W redakcji miałam opinię znawcy łask i potrafiłam ocenić zawartość łaski w łasce z dokładnością do jednej łachy. Spodziewałam się, że na przyjęciu będę w jury i byłam przez to w prawdziwym kłopocie. Nasi sponsorzy zwykle nie przekraczali trzech łach na porcję łaski. Reszta to były konserwanty przyzwoitości, emulgatory zobowiązań, życzliwość o smaku identycznym z naturalną.
Łaksbiorcy konsumowali w pokorze te łaski (sztucznie pędzone w próżni). Nie mieli wyboru. Oni łaskawcom łachy nie dostarczali.
Ale degustacja to co innego. Tu miałabym wyszukać w smaku prawdziwą darmowość łaski. Z pewnością, nie miała szans nią zostać łaska sponsora... Taka degustacja mogła się zmienić demaskację. A wtedy niełaska groziła samemu naczelnemu. Dlatego tym bardziej dziwiłam się, że szef poważnie przejął się szemraniem ludu i zaryzykował degustację łaski.
Tak rozmyślając nad moim trudnym strategicznie położeniem, sprawdziłam jeszcze raz, z niejakim roztargnieniem, adres widniejący na kopercie. Według niej byłam na miejscu.
Ja jednak wyczuwałam tu coś dziwnego... W tym domu, przed którym stałam panowała kompletna cisza. Tak, jakby w zaproszeniu chodziło o zupełnie inny czas, inny dom... A może nawet inną mnie?
Schowałam zaproszenie i otworzyłam furtkę. Cisza była tak wielka, że skrzypiące zawiasy furtki przestraszyły mnie i zawstydziły. Jakbym weszła na przyjęcie w nieodpowiednim stroju i zwróciła na siebie uwagę wszystkich obecnych brakiem manier. A przecież nie było nikogo. Zostawiłam furtkę otwartą. Żeby drugi raz nie skrzypnęła. Ledwie zrobiłam parę kroków do przodu, furtka poruszona jakby podmuchem niewidzialnego wiatru, wolno, piszcząc i jazgocząc zardzewiałymi zawiasami, zaczęła się kołysać to w jedną, to w drugą stronę. Zamarłam. Teraz czułam się, jakbym w tej ciszy zepsuła wszystko, wprowadzając do salonów niewychowanego gbura. Odwróciłam się na pięcie i jednym susem znalazłam się przy winowajczyni. Zgromiłam jej skrzyp jednym trzaśnięciem zamka.
Tymczasem cisza trwała nieporuszona. Jakby nie stało się nic. Przez ten nietakt furtki na chwilę zapomniałam, że cisza jest dziwnym gościem na przyjęciu łaskawców. Teraz, kiedy znów zaczęłam iść ścieżką do drzwi, z powrotem ogarnęła mnie ze wszystkich stron. Szłam wolno. Miałam wrażenie, że zamiast zbliżać się do drzwi, pogrążam się w niej, jak w morzu. Miałam ochotę zawrócić, ale czułam, że z tej toni nie ma powrotu. Rozgarniając witki płaczącej wierzby, pochylonej nad ścieżką, zobaczyłam, że drzwi do domu są otwarte. A ze środka dochodził słodkawy zapach łaski. Pociągnęłam nosem – była prawdziwa!
Tylko ta cisza... Czemu nikogo tu nie ma?

1 lutego 2008

miłość i powołanie...

Jutro Dzień Życia Konsekrowanego...
Znów będę żerować na cudzej twórczości, żeby spróbować choć dotknąć tego ognia, który rodzi się z niepojętej chęci Boga, żeby stwarzać niektórych ludzi z myślą o... Sobie. 
Tak, wprawdzie każdy znajdzie spełnienie w Bogu, są jednak ludzie, którzy zostali już przy stworzeniu (ja przynajmniej, podpierając się Izajaszem, Jeremiaszem i paroma innymi, którzy tego doświadczyli) jakoś niewypowiedzianie naznaczeni, predysponowani do czegoś niewiadomego... 
Potem, żyjąc sobie spokojnie i nieświadomie, zostają nagle dosięgnięci przez Boga, w najmniej spodziewanym momencie, i przez całą resztę życia chodzą z rozdartą duszą.
Nie dziw się, że piszę w sposób tak dramatyczny o powołaniu. Jest to niezwykła właściwość wnętrza człowieka powołanego... Tak piękna, jak straszna. Tak prosta, jak niepojęta. Wreszcie tak rozpalająca ciało, jak kosmicznie przeogromna...
Ale - przy tej całej mistyce powołania - pozostaje się wciąż zwyczajno-szarym ( ;-P ) człowiekiem - z krwi i kości! I chyba o to właśnie Bogu chodziło... (gdy się Wcielał...)
Teraz pora, żebym wreszcie zostawiła cię sam na sam z Khalilem Gibranem... 

Khalil Gibran 

Jezus, Syn Człowieczy 
(fragment) 

Jan na Patmos 

Miłosierny Jezus

Jeszcze raz będę o nim mówił. Bóg nie dal mi zdolności krasomówczych, ale dał mi głos i płomienne usta. Chociaż więc jestem niegodzien doskonałej mowy, przecież przywołam na usta moje serce.
Nie wiem dlaczego, ale Jezus miłował mnie. Ja także Go miłowałem, bo podniósł mojego ducha wysoko, ponad moje możliwości i sprowadził do głębi, których nie byłbym w stanie zgłębić.Miłość jest świętą tajemnicą i dla tych, którzy miłują, pozostaje ona zawsze trudna do wyrażenia słowem. Dla tych jednak, którzy nie miłują, może ona wydawać się śmieszną złudą. 

Jezus wezwał mnie i mojego brata, kiedy pracowaliśmy w polu. Byłem jeszcze bardzo młody i moje usta znały zaledwie głos poranka. Lecz jego głos położył kres mojej pracy zaczął przymierze wielkiej młodzieńczej miłości. Cóż mi więc potem pozostało, jak iść i wielbić piękno tej godziny. 

Czy potrafisz wyobrazić sobie chwałę, której dobroć nie pozwala stać się zbyt chwalebną? Albo piękno, którego światło nie pozwala być zjawą? I czy w swoich snach potrafisz usłyszeć głos, który zawstydza jego własna miłość? 

Wezwał mnie, a ja poszedłem za nim. Tego wieczoru wróciłem jeszcze do rodzinnego domu, by wziąć ze sobą ubranie na zmianę. Powiedziałem do matki: Jezus z Nazaretu chce mnie mieć przy sobie. Odparła: Dziecko, trzymaj się zawsze jego drogi, tak jak twój brat. 

Poszedłem więc za nim. Jego woń stała mi się wezwaniem i rozkazem, zarazem jednak i wyzwoleniem. Bo miłość jest wielkodusznym gospodarzem dla swoich gości, dla nieproszonych jednak jej dom jest mrzonką i przedmiotem pogardy.