Pokazywanie postów oznaczonych etykietą półgębkiem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą półgębkiem. Pokaż wszystkie posty

2 lutego 2021

chwila szczerości konsekrowanej

Kryzys życia konsekrowanego (w pojedynkę i zbiorowo) zaczyna się zawsze wtedy (a mówię to także z własnego doświadczenia), kiedy ofiarę ze swojego poświęconego Bogu życia składamy zwróceni w stronę ludzi.

Wszystko wraca na właściwe sobie miejsce, kiedy nasza ofiara dokonuje się w stronę Pana, a On sam - wedle swojego upodobania - rodziela jej owoce dla zbawienia ludzi.


Tak jak w liturgii. Po prostu. (Z)wróćmy się ku Panu.



25 stycznia 2021

Idą nowi starym śladem

 

Kurz się wzbija na Patriarszych Prudach. 
Oto nadchodzą nowi prezesi Massolitu wszechmocni, redaktorzy ponad stan oczytani. Sprężystym krokiem, już bez poetów ikoną podszytych, suną i snują: plany na wieczór, na lata i stulecia. Dla siebie, ludzkości, dla tych co być mają i nie mają. 

Upaja ich ten widok spraw toczących się rytmem wyznaczonym, dopiętych na ostatni guzik tak, że tchu w sumieniu braknie. Błoga zaś bezkarność chłodzi, jak ciepły napój morelowy.


Pieni się w umysłach pycha żywota szyderstwem z bezsilnych pariasów zaprawiona, nie mniej krwawo, niż w Berliozowej czaszce. 
Chwilowo niezwyciężeni, w mniemaniu swoim wznoszą się nad ludzi, anioły i demony. 
Tymczasem jeszcze chwila i nowi podążą starym śladem. 
Nie czytali Starca Bułhakowa. 


Zaprawdę bowiem, dla bezbożnych nowych Michałów Aleksandrowiczów, 
Annuszka nie tylko kupiła olej słonecznikowy, 
ale może go nawet już wylała.


17 lipca 2020

ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: A jak Archeologia

Przygotowuję wiązankę (na pewno niekompletną) zjawisk, na które – moim zdaniem – warto zwrócić uwagę tak w naszym osobistym jak i wspólnotowym życiu chrześcijańskim. Krótkie moje rozważania to raczej przyczynek do obserwacji, przemyśleń, wniosków i przeciwdziałania, niż próba erudycji akrobatycznej.

Zdaje mi się też, że są to zjawiska wielce zaraźliwe i – przynajmniej jako pokusa zainfekowania – nie omijają nikogo.

 

A jak Archeologia

Lubimy zabłysnąć starociem. Najlepiej jak jest co najmniej sprzed Edyktu Mediolańskiego, ociera się o starożytność i kontestuje zwyczaje naszych przodków. Jest więc nasza zdobycz chrześcijańsko antyczna, a zarazem romantycznie rewolucyjna. Tyle że wykopaliska w surowym stanie są bardzo fragmentaryczne i bez pokory, solidnej wiedzy i cierpliwej rekonstrukcji, prowadzą jedynie na manowce wyobraźni.

W efekcie mimo, iż dumnie i szumnie powołujemy się „pierwotne chrześcijaństwo”, w istocie wcielamy w życie nasze własne mniej lub bardziej wysublimowane wyobrażenia o nim.

Może to prowadzić do tak komicznych efektów, jak choćby liturgie niektórych ruchów kościelnych szczycących się tym, że sprawują je tak, jak pierwsi chrześcijanie, akompaniując sobie przy tym rzęsiście hiszpańską gitarrą (widocznie odkryli nieznany instrument liturgiczny z I wieku n.e.). W samej twórczości liturgicznej tychże ruchów, zdecydowanie więcej jest romantycznej wyobraźni charyzmatycznych założycieli, niż faktów.


Drugie niebezpieczeństwo upodobania do staroci to wysyłanie Ducha Świętego na ponad półtora tysiąca lat wakacji. Czyli: wraz z wyjściem chrześcijaństwa z katakumb Duch Święty odfrunął w nieznane, aby powrócić incognito pod koniec XIX w., a całkiem oficjalnie w drugiej połowie wieku XX.

Ta postawa, podskórnie bardzo popularna wśród wielu, została napiętnowana i potępiona jako niebezpieczna dla wiary przez papieża Piusa XII w encyklice Mediator Dei (o czym wie niewielu).

Myślę, że większość gorliwych chrześcijan byłaby zaskoczona, gdyby odkryli, jak wielki wpływ na ich myślenie o Kościele ma ów schemat myślowy, według którego wszystkie albo przynajmniej większość oficjalnych decyzji i praktyk Kościoła od 313 r. były powolnym procesem degradacji, zaprzeczania oryginalnej woli Chrystusa i wprzęgania wiernych w coraz bardziej zmurszałą instytucję, a tragiczny proces przerwała dopiero rewolucja po Soborze Watykańskim II.

Tymczasem Kościół nieprzerwanie wzrastał w rozumieniu i wypełnianiu woli Bożej dzięki nieustannej asystencji Ducha Świętego, który to przeprowadzał Ciało Mistyczne Chrystusa przez niejeden poważny kryzys, ale zawsze ku pełniejszej jedności ze swym Oblubieńcem. Dowody? Wystarczy popatrzeć na świętych.

Wpływy takiego myślenia pokutują chyba najbardziej w sferze teologii, liturgii i duchowości, choć przez to sięgają naszego codziennego życia.

Przykładem może być kuriozalna „liturgiczna choroba kolan”, u nas w Polsce – na szczęście - jeszcze tak nie rozpowszechniona, która każe – powołując się na godność Dzieci Bożych - dumnie odmawiać klękania jako „wyrazu średniowiecznego feudalizmu niezgodnego z praktyką judeochrześcijańską” (nota bene jest to wynik niedoczytania Biblii, gdyż w postawie klęczącej modlono się już w Starym Testamencie, nie wspominając o wiecznej Liturgii Niebieskiej opisanej w Apokalipsie św. Jana).




Pragnienie powrotu do źródeł samo w sobie nie jest złe, ale aby znaleźć źródło nie wolno odstępować strumienia, który z niego wypłynął. Inaczej stracimy i jedno i drugie, utknąwszy przy pulsującym bajorku naszej wyobraźni.

 


14 maja 2015

Kwadratowe uszy, skalpel i analgina, czyli krytycznie o psychologii

Nie wszystko w tym filmie popieram (całkowite wrzucenie chrześcijańskich psychologów do kosza jest moim zdaniem przesadą; warto byłoby też pomówić o granicach psychologii i pokorze koniecznej do uczciwego jej uprawiania), ale myślę, że warto wysłuchać i zastanowić się nad "usuwaniem podstaw stresu", czy innymi problemami poruszonymi w filmie.

Wielokrotnie spotkałam się z osobami właśnie tak "uleczonymi" i tak zabiegającymi o zachowanie braku stresu (za wszelką cenę) jakby chodziło o ich własne zbawienie.

Oczywiście, jak to u protestantów, boleśnie brakuje tu rzeczywistości sakramentalnej. Jakim cudem i darem jest, że możemy przystąpić do sakramentu spowiedzi i otrzymać rzeczywiste odpuszczenie grzechów (jeśli je wyznamy i pozwolimy zoperować Duchowi Świętemu działającemu w Kościele, a nie znieczulimy analginą domniemanej bezgrzeszności)!


27 czerwca 2012

akt strzelisty do języka ojczystego (wymówka)

Zamilkłam. 
Ale tylko po polsku, ponieważ od kilku tygodni dokonuję czynów zuchwałych, pisząc felietony po węgiersku, po czym własnej zuchwałości granice jeszcze przekraczam, odczytując je publicznie w radiu.
Morduję siebie regularnie, przepuszczając myśli przez ubogie sito mojej znajomości tegoż języka. 

I właśnie przed chwilą wyrwał mi się strzelisty akt - kolejne wyznanie miłości do mojego przebogatego i nieposkromionego w zawiłości języka ojczystego, w którym - jak mi się nieraz zdaje - odpowiednio dobranym słowem mogę nadać myśli ów szelmowski błysk w oczach lub też innym, równie zręcznym, wydać czytelnika na pastwę czyhających na jego nieświadomość skojarzeń. A tu po węgiersku... pustkami i sierocymi słowami świecę. Ech, języku ojczysty...

(Felietonów na język polski tłumaczyć nie zamierzam. Raz mi się przydarzyło tłumaczyć swój węgierski artykuł na język polski - dodatkowa męka; przy tym czułam się - jako niewolnik tłumaczonego tekstu - wobec mojego ukochanego języka jak Judasz).

Tymczasem, z podkulonym słownictwem, powracam do mąk twórczych w języku naszych bratanków.

28 grudnia 2010

He's on His way. Herod panikuje, bo Paruzja blisko

Taka własnie mnie refleksja dzisiaj naszła, że choćby to (co poniżej) już jest znakiem zasługującym na uwagę:

Przy pierwszym przyjściu Chrystusa Herod, jako marionetka złego, wytracił wszystkich nowonarodzonych w Betlejem i okolicy. Ze strachu przed utratą władzy. Na próżno: nie udaremnił przyjścia Mesjasza, a Ten też po jego władzę zupełnie nie sięgał. Za to zły - i owszem - stracił zwycięstwo. Zbrodnia tyle bezduszna, co "nieskuteczna" i głupia.

Masowe zabójstwa dzieci nienarodzonych to wg mnie istotny znak, że zły znów panikuje i przez swoje marionetki robi wszystko, żeby drugie przyjście Chrystusa i Jego ostateczne zwycięstwo utopić we krwi pokaźnej części ludzkości. Trzeba przyznać, że znów: zbrodnia tyle bezduszna, co "nieskuteczna" i głupia.

Pierwsze przyjście Chrystusa było ciche i niemal niezauważone. Drugie, to przyjście w chwale, rozbłyśnie od wschodu do zachodu. Uderza podobieństwo proporcji pomiędzy przyjściami i reakcjami złego: teraźniejszy mord niewinnych dzieci odbywa się masowo i na calym świecie, dzieci nawet nie zdążą się urodzić, a już są mordowane, rządzący starają się o to, żeby odbywało się to w świetle prawa, a media starają się przedstawiać aborcję jako dobro lub prawo do brzucha czy czego-tam (a jak język jest używany niewłaściwie i przynosi szkody społeczeństwu i samej osobie? Bacząc na prawo do języka nalezaloby z nim też coś zrobić. Prawo do używania rozumu też by się przydało, bo to co w brzuchu żyje, brzuchem najzwyczajniej w świecie nie jest...). I tu też dochodzimy do najbardziej perfidnej części mordu na wspołczesnych Młodziankach: rękami lekarzy zabijają ich właśni rodzice. Po betlejemskich maleństwach płakały matki. Po dzisiejszych nawet nie ma kto płakać, a jeśli by się komuś zachcialo, jest okrzyknięty fundamentalistą religijnym.

A jednak, jak pierwsza zbrodnia, i ta zakończy się porażką. Dzieci betlejemskie są pierwszymi męczennikami i "towarzyszą Barankowi dokądkolwiek idzie". Wierzę, że współczesne Młodzianki także dostępują chwały. Przyjścia Pana nie udaremnił mord w Betlejem i nie udaremni współczesna rzeź. A dla tego, kto ma oczy otwarte i używa rozumu, jest on wyraźnym znakiem, że Pan jest coraz bliżej, bo Herod wiedząc co nieco, znów wpada w panikę.

5 grudnia 2010

O ciemności i ciemnocie

Chrystus przestrzega przed ciemnością. 
Świat przestrzega przed ciemnotą. 

Ciemność rodzi się z grzechu, jest jego mieszkaniem i w konsekwencji przynosi śmierć. 
Ciemnota to wynik niewiedzy, mieszka w ciasnocie przekonań i w konsekwencji przynosi wstyd światu.

Walka z ciemnością i grzechem to walka z kłamstwem - wymaga przyznania i staniecia w świetle przed  obliczem Boga, któy jest samą Prawdą i Miłosierdziem. Walczy się prawdą i pokorą.
Walka z ciemnotą to  wykorzenianie nieuctwa - wymaga wyparcia się, porzucenia lub udowodnienia swoich przekonań i wpisania ich w ogólnie uznany dorobek nauki. Walczy się wysiłkiem intelektu.

Ciemność jest rzeczywistością obiektywną i niezależną od człowieka - może w niej przebywać, ale nie jest jej twórcą.
Ciemnota jest produktem ludzkiego umysły, a jeszcze bardziej "obszarem" przyjętym i tak nazwanym przez daną grupę społeczną.

Walka z ciemnością to walka o pojedynczego człowieka.
Walka z ciemnotą to walka o postęp ludzkości.

Opuszczenie ciemności lub pozostanie w niej decyduje o wieczności każdego człowieka.
Wyparcie się ciemnoty lub uparte w niej trwanie włącza lub wyklucza z udziału w ogólnoludzkiej wiedzy i samoświadomości.

Może być tak, choć nie musi, jakkolwiek ostatnio tak to właśnie wygląda, że opuszczenie ciemności jest nazywane ciemnotą, a wyrzekanie się ciemnoty jest równoznaczne z trwaniem w ciemności. W takim wypadku, nie mam nic przeciwko byciu ciemniakiem.

Ciemnota mija ze śmiercią i nie szkodzi wieczności. Ciemność z nią tylko zciemnieje.

------------
Uwaga zupełnie poboczna i poniekąd autobiograficzna ;)
Ze wzgledu na wkorzenianie się w ziemię węgierską, blog będzie uzupełniany dużo rzadziej, a możliwość komentarzy będzie wyłączona. Jednakoż zostawiam mój adres e-mailowy - jeśli ktoś będzie chciał napisać, zawsze może liczyć na moją odpowiedź.

27 listopada 2010

prolajfowy Adwent i egzegeza nieuczesana

27 listopada podczas liturgii rozpoczynającej Adwent – czas radosnego oczekiwania na narodzenie Chrystusa – Ojciec Święty Benedykt XVI rozpocznie modlitewne czuwanie w Bazylice św. Piotra na Watykanie w intencji każdego poczynającego się ludzkiego życia. Papież wzywa cały Kościół do przyłączenia się do tej modlitwy.
 TAK! dla Benedykta
Zapraszam też do prywatnego przyłączenia się do tej inicjatywy, nie tylko modlitwą, ale też postem i dobrymi czynami ofiarowanymi w tej intencji.
---------------------------------
A egzegeza?

Z Księgi Rodzaju (ludzkiego) ;)

Przyszło mi na myśl znienacka, że gdyby diabeł zaczął kuszenie od mężczyzny, kobieta zaraz miałaby jakieś złe przeczucia i całe kuszenie diabli by wzięli. A tak, on i ona zaczęli żałować dopiero wtedy, kiedy obojgu otworzyły się oczy.

17 lutego 2010

memento mori - osobiście


W jakiś sposób znalazłam się na świecie. Nie pamiętam dokładnie, jak to się stało, ale fakt faktem – jestem. Moje własne życie przeżywam odtąd w pierwszej osobie. Przydarzyło mi się dzieciństwo, wiek chmurny i durny, młodość i to teraz – też mi się przydarza.

Parę rzeczy, parę miejsc, parę dni i nocy, paru ludzi – wszystko osobiście i niezapomnianie naruszyło granicę mojej monady. Co gorsza, narusza do dziś. Przydarza mi się zło i dobro – osobiście. I walka, własne zwycięstwa i własne porażki.

 
Bóg. On przydarzył mi się najosobiściej. Darzy mi się i – daj Bóg – darzyć się będzie po wieki wieków.





Darzy mi się to życie moje jedyne. I  śmierć też mi się kiedyś przydarzy. W pierwszej, nie innej osobie. A po śmierci wieczność – tak bardzo moja, jak i przemijanie.




Czemu nie myślimy o sobie w pierwszej osobie od początku do nieskończoności? Memento mori. Pokora uskrzydla.








te i inne zdjęcia można znaleźć na tej stronie

30 stycznia 2010

o liturgii i Wadysławie Gomułce


Na jednym z zaprzyjaźnionych blogów przeczytałam kiedyś, że w Katedrze Westminsterskiej przywrócono do liturgicznego użytku główny ołtarz. Bardzo się wtedy ucieszyłam (nie tylko z teologicznego, czy liturgicznego punktu widzenia, ale i z estetyczno-architektonicznej: wreszcie wszystko jest na swoim miejscu i może przemawiać swoim głosem).
Pamiętam, jak zwiedzając wtedy w katedrę, byłam pod wrażeniem kompozycji prezbiterium z ołtarzem w cetrum, które zdawało się zbierać i wznosić modlitwę wzwyż. A nowy ołtarz – z architektonicznego punktu widzenia (wtedy miałam jeszcze niedobór ortodoksji we krwi), zdawał się być z zupełnie innej bajki, w poprzek harmonii bryły.
Niedawno, po raz kolejny usłyszałam, że tego typu hucpy (czyt.: reforma reformy) to „krok do tyłu” (czyt.: to źle).
Przypomniał mi się stary dowcip, wkładany w usta przemawiającego Władysława Gomułki: 
„Rok temu staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy duży krok do przodu!” 

Módlmy się za naszego Papieża, 
Benedykta XVI.
Niech go Pan strzeże, 
zachowa przy życiu, 
darzy szczęściem na ziemi, 
i broni przed nieprzyjaciółmi. 
Amen.

26 listopada 2009

Zamilkłam...

Tak, miesiąc dobiega końca, a tu wygląda na to, że czytelnicy winni się obejść ośmioma odcinkami Teresy (jest mi niesłychanie miło z powodu wszystkich ciepłych reakcji na ten film - co najmniej, jakbym się przyłożyła do jego produkcji ;) ).

Teraz usprawiedliwienie tego, że wpis ten, jakkolwiek istnieje, jest w istocie o niczym:
 Piszę pracę, a to znaczy, że:
- Jestem w stanie przygniecenia przez produkty arcymądrych głów teologicznych. To zdecydowanie za dużo, jak na głowinę prostej, szarej siostry.
- Tkwię aktualnie w jedynie słusznej metaforycznej interpretacji Wcielenia (bo przecież a proiri niemożliwe jest, żeby Bóg wcielił się dosłownie...), nawet nie spoglądając na Rzeczywiste an sich, bo i po co, jak  i tak jest niepoznawalne...
- Przedarłam się przez Kosmoteandryczną Zasadę Bytu, czyli Iśwarę (znanego nam pod pseudonimem Jezus z Nazaretu), który jest Chrystusem (ale broń Boże nie odwrotnie - oj, jaki Boże, przepraszam... toż to przecież absolutnie transcendentny Brahman, a w zasadzie to i nie on, tylko jakaś Ostateczna Rzeczywistość)
- Przede mną łamigłówka leksykalna, jak powiedzieć "jedyny", żeby nie powiedzieć"jedyny", a w ogóle, to zamiast gadać, to lepiej zakasać rękawy i wziąć się za samodzielne wyzwalanie uciśnionego wszechświata, Matki Ziemi i kogo tam w naszej globalnej klasie robotniczej jeszcze znajdziemy, i - Budujemy nowy raj, jeszcze jeden nowy raj, naszym przyszłym lepszym dniom, Ludzkości...

Prawda, że dobrze, że nie piszę? Załatwię sobie jakąś terapię lingwistyczną po ukończeniu tego zjawiska ;)

Wiem, że trywializuję największe sławy teologii pluralistycznej, które mój ograniczony móżdżek ma nieszczęście profanować... Podziwiam niedoścignione konstrukcje intelektualne, jakie wznieśli, jednak żadna nie nadaje się do zamieszkania. Kojarzą mi się z kamienicami w szarym mieście, z którego CS Lewis wyruszył  niezapomnianym busem.
Co jakiś czas czytam kawałeczek Ratziego, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza.
Po tym wszystkim, język angielski zamiast ze swoim uroczym, niepowtarzalnym, wyspiarskim poczuciem humoru, kojarzy mi się tylko z herezją :-P (najpierw to żałowałam, ale teraz dziękuję Bogu, że większość tych dzieł jest nieprzetłumaczona na polski)

Na szczęście dziś natknęłam się Pod Mitrą na dwa w jednym:
Na koniec zdobędę się może na poważniejszą konkluzję:

Teologia, która nie rodzi się z pokornego słuchania Ojca, Syna i Ducha Świętego, 
jest - choćby najmisterniejszym 
- zwykłym plotkarstwem.



20 lipca 2009