18 października 2020

ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: E jak Eklektyzm

Eklektyzm, jak każdy styl, to sprawa gustu. Może się podobać, ale mnie osobiście drażni. Zwłaszcza taki dziki, który jest gotowy łączyć wszystko ze wszystkim jak popadnie. Zdecydowanie wolę – jeśli już – połączenia głęboko przemyślane, harmonijne i powściągliwe. Tyle o sztuce, a co z eklektycznym chrześcijaństwem? Podobnie.

Kościół jest katolicki, a to znaczy, że powszechny. Czyli całe jego dziedzictwo należy do wszystkich jego członków. I odwrotnie: każdy z nas ubogaca (lub zubaża) cał Kościół. I to uprawnia do korzystania z oszałamiającego bogactwa Kościoła rozciągniętego w czasie i przestrzeni.

Jako franciszkanka spokojnie pełnymi garściami mogę (i to czynię) czerpać z doświadczeń św. Teresy od Jezusa, czy Ojców Pustyni. Pobożność różańcowa nie wyklucza praktyki Modlitwy Jezusowej, a zachwyt mojej słowiańskiej duszy nad Boską Liturgią nie umniejsza wcale mojego przywiązania do Tradycji Łacińskiej. Z bogactwa Kościoła Powszechnego wolno a nawet należy korzystać. Gdzie jest więc pies pogrzebany?

W powierzchowności i „ułańskiej fantazji”.

Najlepiej i najszybciej, choć pewnie nieco boleśnie, będzie pokazać to na przykładzie:


Ot, weźmy wspomnianą już Modlitwę Jezusową. W ostatnich dziesięcioleciach szturmem zdobyła wiele środowisk zachodniego chrześcijaństwa. I dobrze, bo to wspaniała droga modlitwy i w sumie, sposób na życie. Tylko że jeśli zgłoszę się na pierwsze lepsze rekolekcje z Modlitwą Jezusową, może się okazać, że potrzebuję do jej praktyki specjalnej poduszki, że muszę opanować pewne techniki... tzw. medytacji chrześcijańskiej. Taka sałatka Duchowości Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Co więcej, mistyki chrześcijańskiej i niechrześcijańskiej (bo, niestety, tzw. medytacja chrześcijańska lekkomyślnie a intensywnie flirtuje z hinduizmem i buddyzmem).


Każdy, kto urodził się i wychował w chrześcijaństwie bizantyjskim na takie cudo otwiera oczy: najpierw ze zdziwienia, potem z niedowierzania, a wreszcie z konsternacji. Modlitwa Jezusowa ma swoje chrześcijańskie korzenie, swoją historię kształtowania się, swoje własne „szkoły” pozostające w ramach chrześcijaństwa wschodniego, a wreszcie ogromne doświadczenie dziesiątków pokoleń praktykujących tę modlitwę. Jest jakby drzewem z własnym pniem, gałęziami i korzeniami.

A tu, eklektycznie, serwuje się ją oderwaną od korzeni i kontekstu, połączoną (nie)zręcznie z technikami medytacji Dalekiego Wschodu.


Modlitwa Jezusowa jest duchową drogą, ale podana w taki sposób, dokąd zaprowadzi?

Druga strona medalu jest nie mniej ważna: dalekowschodnie techniki medytacyjne też mają swoje korzenie, pień, gałęzie, „szkoły” i swój cel, do którego prowadzą. Nie są dziełem przypadku i zostały opracowane i wypróbowane przez pokolenia dążące do nirwany.

Protekcjonalną naiwnością jest sądzić, że ludzie z naszego pokolenia mają prawo i w ogóle są w stanie zerwać gałęzie czy liście z tak różnych drzew i sprawić, żeby stały się żyjącym i przynoszącym dobre owoce nowym drzewem.

Podobnych przykładów można by przytaczać jeszcze wiele. „Ubogacanie” liturgii egzotyką kulturową czy – co gorsza – elementami obcych kultów jest wdzięczną przestrzenią dla takiego bezowocnego eklektyzmu. Czasem ma to swoją tragikomiczną stronę: jak np. namiętne używanie protestanckich (a więc nie uznających realnej obecności Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie) piosenek przy nabożeństwach z wystawieniem Najświętszego Sakramentu. Albo też ułańska fantazja odkrywców „prawdziwej pobożności Starożytnego Kościoła” (ale o tym wspominałam już w Atlasie pod literką A).


Duchowy eklektyzm jest zwierciadłem pokolenia naszych czasów: oderwanego od korzeni, rzuconego w mieszankę ludzi zewsząd, podobnie przesadzonych z własnej ziemi. Łatwo ulec złudzeniu, że świat ducha, tak jak ten materialny, stał się wielkim supermarketem i spacerując między półkami, można wrzucać do swojego koszyka wszystko, co przyciągnie oczy. A potem używać bez czytania opisu produktu i instrukcji obsługi.

Cóż więc, nie wybierać? Nie ubogacać? Ależ tak! Ale z pokorą i uczciwością intelektualną: poznając tak własne dziedzictwo, jak i to, które przyciąga serce swoją odmiennością. Z roztropnością, żeby nie popaść w bałwochwalstwo. I bez łakomstwa, które wszystko pochłania, ale nigdy nie nasyca.