(para)liturgia abp Fulton John Sheen Akatyst Alfred Delp Antonietta Meo antysemityzm artykuły autobiograficznie Belgia Benedictines of Mary Queen of Apostle Benedykt XVI Betlejem bł. Anna Katzrzyna Emmerich bł. Maria od Męki Pańskiej bohomazy Budapeszt C.S. Lewis celibat Chile Chiny cierpienie Cristina Scuccia Daniel Olbrychski dr Kenneth Howell Droga Krzyżowa dusze w czyśccu cierpiące Egipt eremityzm eschatologia stosowana Etiopia EWTN Film o Basi FMM garnki świętych gender Gianna Jessen Gloria Polo Gorzkie Żale Grupa MoCarta Harald Meldal Eia homeopatia Janusz Radek Jarmark Cudów Jeanne Bigard joga Johann Pachelbel Johann Sebastian Bach kard. Antonio Cañizares Llovera kard. Francis Arinze kard. Raymond Burke Karmel Kenia Khalil Gibran kmiotek teologiczny krajobrazy ducha ks. Bernardo Antonini ks. Guido Marini ks. Kazimierz Matwiejuk ks. Marian Rajchel ks. Mateusz Dziedzic ks. Nicola Bux ks. prof. Józef Naumowicz Ks. Rafał Sorkowicz SChr ks. Roman Kneblewski ks. Sergiusz Orzeszko IDP książka lekko Leszek Kołakowski Leszek Korzeniecki Liban Londyn m. Mary Angelica of the Annunciation PCPA Madagaskar Marek Grechuta maryjnie metropolita Chios Psarry i Oinousses Marek Michael Voris misje Mniszki św. Pawła Pierwszego Pustelnika (paulinki) modlitwa Modlitwa Jezusowa nadinterpretacje Nick Vujicic nowenna o. Adam Bartyzoł CMF o. Anzelm Fraczek OSPE o. Augustyn Pelanowski OSPPE o. Benedict Groeschel CFR o. Joachim Badeni OP o. John O’Malley SI O. Joseph-Marie Verlinde o. Józef Witko OFM o. Mark Kirby OCist Ojcowie Pustyni papistka Passion of the Christ Piotr Jaskiernia (Hiob) poezja pomruki powołanie powołanieRepublika Środkowoafrykańska półgębkiem przez oczy do serca przez uszy do duszy psalmy oparte na faktach psychologia qi Radek Malinowski Real Catholic TV Robert Tekieli Rosalind Moss Rosja Różaniec Rumunia s. Gabrielis Monika von Ballestrem FMM s. Jadwiga Wudarczyk CR s. Władysława Piróg FMM s. Yolanda Moquete FMM Słowo-twórstwo spowiedź Szymon Hołownia św. Ambroży z Mediolanu św. Charbel Makhlouf św. Franciszek z Asyżu św. Józef z Kupertynu św. Pio z Pietrelciny św. Teresa od Jezusa świątecznie Tanzania teatr walka duchowa Wietnam wilcze stada Winogradów Wisława Szymborska Wojciech Cejrowski Wyspa (Ostrov) Yes Prime Minister z lasu przyniesione za życiem

30 stycznia 2008

Requiem dla Kenii II


To jeszcze ciepły, świeżo czytany list Radka: 

Spokój po (przed) burzy. 

Wtorek, 29 stycznia. Po wyjątkowo ciężkim weekendzie każdy ma nadzieję na lepsze. Drastycznie spada liczba zabitych – z kilkudziesięciu do kilku dziennie. Postęp! Jednocześnie negocjacje nabierają prędkości. Koffi Annan pokazuje swoją klasę dyplomatyczną i tworzy coś na kształt kenijskiego okrągłego stołu - dla opozycji i rządu.. Udowadnia też polityczną dalekowzroczność, ogłaszając tematy negocjacji: te najpilniejsze - zakończenie przemocy i rozstrzygniecie sporu wokół wyborów, ale i te, które wydają się mniej pilne, ale tak naprawdę, będące prawdziwą przyczyną konfliktu: sprawiedliwsza redystrybucja majątku narodowego oraz rozwiązanie kwestii własności ziemi. Własność ziemi – przekleństwo Afryki. Problem, który od RPA po Sudan jest przyczyną niepokojów, nienawiści, wojen czy przemocy. Prawie wszędzie historia się powtórzyła: kolonialiści mieli w zwyczaju wybierać sobie najbardziej urodzajne ziemie i siłą wyrzucać od stuleci mieszkających tam rolników. Po odzyskaniu niepodległości, większość białych farmerów musiała opuścić to, co kiedyś sami zabrali. Nowi władcy zamiast przywrócić własność prawowitym właścicielom, na zdobytych latyfundiach osadzali swoich ziomków i przyjaciół. W Afryce, bez systemu ewidencji, ksiąg wieczystych, praw własności, kto mógł to oprotestować? Ale pamiętano. Dla prostych ludzi termin zasiedzenia nie obowiązuje – nawet po 100 latach. Efekty były widoczne w ostatnim miesiącu. Dlatego taką wartość ma „mapa do pokoju” według Kofiego Annana – porusza kwestie, których nikt się z kenijskich polityków poruszyć nie raczył. Kenia wreszcie doczekała się swojego męża stanu – szkoda tylko, że tymczasowo i z importu. Nic dziwnego, że prości ludzie wzdychają – „ach, gdyby tak tych dwóch ( prezydenta i lidera opozycji), gdzieś wywieźć, a za prezydenta mieć Kofiego Annana!
Tymczasem, te iskry nadziei przygaszone są przez morderstwo – a raczej egzekucję polityczną. Młody - 39 letni parlamentarzysta, Mugabe Were, wraca do domu w nocy z poniedziałku na wtorek. Reprezentuje jeden ze slumsów Nairobi – Embakasi. Jest tam bohaterem – mimo młodego wieku, udało mu się zbudować kilka podstawowych instytucji użytku publicznego. W życiu slumsu, – które bardziej przypomina przetrwanie w dżungli, gdzie ścieki płyną obok domów, a ludzie są niemożebnie ściśnięci, gdzie notorycznie dochodzi do przestępstw i przemocy jest to nowa jakość. Polityk troszczy się o swój okręg wyborczy, buduje, organizuje, planuje – taki polityk to szczególny dar. Bohater biedoty. Nadzieja na realną poprawę. Aż do wczoraj. Wieczorem Were podjeżdża do bramy swojej rezydencji. Tam otrzymuje strzał w głowę.
Na reakcję nie trzeba czekać. Zamieszki w slumsach, zamieszki w miejscu zabójstwa. Na miejscu śmierci ludzie próbują się gromadzić na modlitwie, ale zgromadzonych gonią młodziki w policyjnych mundurach. Ktoś otwiera bramę, ludzie chowają się w na podwórzu i w domu zamordowanego Were. Policja też czuje się zaproszona, i tak dla rutyny ostrzeliwuje dom z gazu łzawiącego.
Wieczorem prezydent Kibaki wygłasza przemówienie – to raz pierwszy od wielu dni. Mamy jednak prezydenta!. Potępia zamach i mówi o pojednaniu. Obok lider opozycji mówi o politycznej egzekucji i cytuje Martina Lutera Kinga – o sprawiedliwości. Ten opozycyjny śpiew o sprawiedliwości, przeplatany swoistym: „Kochajmy się” ze strony rządu trwa już miesiąc.
Nadzieja na rozmowy jest jednak jednocześnie dzwonkiem alarmowym: każdy zaczyna liczyć koszta ostatniego miesiąca. Do Kenijczyków dociera, że do spalonych domów, setek zabitych ludzi, zniszczonych małżeństw, wkrótce dojdą nowe wydatki. Tak naprawdę Kenia dopiero teraz zacznie płacić cenę chaosu. Port w Mombasie zwyczajnie się zaczopował. Można by zrobić wystawę: „Kontenery świata”. Linia kolejowa łącząca Mombasę z Uganda została zniszczona w trzech miejscach. Ceny żywności wzrosły o 40 %. Do Czerwca pracę ma stracić 400 tysięcy ludzi. O turystyce – dźwigni kenijskiej gospodarki nikt już nie śmie nawet wspominać.
I wreszcie najgorsze – przyjdzie płacić cenę za nienawiść, za palenie domów sąsiadom, za polowania na ludzi jak na zwierzęta. Za gwałcenie kobiet na oczach bliskich. Tego żaden ekonomista nie podsumuje. 
Po południu idę do jednego ze slumsów – sąsiadującego z Embakasi. Znajomi mi odradzają. „Nie ma zamieszek, ale wiesz – jest takie napięcie.” Ja jednak napięcia nie czuję. Może nie mam takiego wyczucia, które buduje się przecież z pokolenia na pokolenie. Pierwsze, co zwraca moja uwagę, to pusta szkoła. Następnie puste drogi, brak publicznego transportu. Wreszcie, zaraz przy wejściu do slumsu jakiś 12 - 15 letni chłopak krzyczy: Mzungu! ( Biały!) - i ręką wykonuje ruch podrzynania gardła. Zły omen… Zawracam.

Requiem dla Kenii



Ostatnio dostałam list od jednej z sióstr, która ma stały kontakt z naszym znajomym misjonarzem w Kenii. Polskie media zajmuja się tylko produktami wiadomościopodobnymi, podczas gdy prawdziwe newsy ze świata rzadko kiedy docierają do naszej świadomości. Wystarczy poczytać, posłuchać, pooglądać obcojęzycznych stacji. A i to nie zastąpi relacji naocznego świadka świeże wiadomości z Kenii od naprawdę niezależnego korespondenta :)

Radek Malinowski, Kenia:


Prezydencki Gambit.

Staliśmy się kulturą obrazu. Wartościowy tekst, informacja, czy wypowiedź nie wyzwoli takich reakcji, jak obraz. Zdjęcia nie wymagają wysiłku czytania, refleksji, osądu. Wystarczy je tylko zobaczyć. Trzy lata temu, świat obiegła informacja, że w zachodniej części Sudanu doszło do starć pomiędzy armią a ruchem oporu. Dla kraju toczącego wojnę na południu i wschodzie była to zła wiadomości. Rebelię udało się jednak zdusić w zarodku. Ile przy tym wiosek spalono. Ilu ludzi zabito? Ile kobiet zostało zgwałconych? Konia z rzędem temu, kto to wie. Takie są reguły w dobie globalnej wioski. Sudan – w ostatnich dwudziestu latach wojna domowa pochłonęła liczbę ofiar, porównywalną do liczby osób zabitych w hitlerowskich obozach koncentracyjnych. Niestety – tylko w matematyce 1=1. 
A szkoda. Bo, w Kenii, w przedziwny sposób przeplata się stare z nowym. Odżyły konflikty etniczne, ludzie zaczęli się identyfikować według przynależności plemiennej, strona rządową zachowuje się dalej w dobrze znanym Afryce, bizantyjskim stylu. Tak jak wzdłuż i wszerz Czarnego Lądu.
A jednak: coś drgnęło. Kenia zmienia się i nastąpiła nowa jakość.
W rozgrywce o fotel prezydenta Kenii są zaangażowane rożne siły: dyplomaci, specjalni wysłannicy, USA, Unia Europejska, Bank Światowy, Unia Afrykańska, wreszcie różnorakie organizacje pozarządowe. W Nairobi aż roi się od konwojów policyjnych. Jeden wysłannik jeszcze nie zdążył wyjechać, a tu już przylatuje inny. Prezydent Kibaki doskonale wie, że czas działa na jego korzyść, wiec podsuwa opozycji mniej znaczące pionki, byleby tylko wygrać całą rozgrywkę.
Na starcie lider opozycji, Raila Odinga otrzymuje propozycję udziału w rządzie – na niebagatelnym stanowisku, bo premiera. Sęk w tym, ze konstytucja nie przewiduje takiego stanowiska. Wygrany – przegrany lider opozycji z góry odrzuca taki kompromis. Skoro wygrał wybory prezydenckie, dlaczego ma zrezygnować ze swoich praw na rzecz urzędu, który nie istnieje? Tym bardziej, ze Raila czuje poparcie - poparcie różnych organizacji pozarządowych i dyplomatyczne wreszcie poparcie ulicy, która wyjdzie na jedno jego skinienie,
Rozumie to prezydent Kibaki. By zyskać na czasie, przyjmuje kolejnych negocjatorów – Desmonda Tutu, następnie wysłannika USA, czy prezydenta Ghany. Wreszcie jest szansa na rozmowy: za cenę spokoju – za cenę odwołania demonstracji. Prezydent zgadza się na spotkanie a negocjatorzy naciskają na opozycje, by ofertę przyjąć. Obiecują pomoc. Odprężony Raila odwołuje wiece. życie wraca do „normy”.
Kiedy jest nadzieja na polityczne rozwiązanie dzień przed spotkaniem prezydent ogłasza nowy skład rządu i wyznacza datę sesji nowego parlamentu. Mianując ministrów – zamyka w zasadzie opozycji pole kompromisu. W rezultacie do spotkania nie dochodzi. Efekt? - Na środę – 13 zapowiedziane są nowe demonstracje. Opozycja, straciwszy już dwa tygodnie wyciąga do walki swoje najsilniejsze figury: tłumy. 

Parlament 

W międzyczasie dochodzi do pierwszej sesji parlamentu: najpierw trzeba wybrać przewodniczącego – pozornie proste zadanie. Skoro rząd jednak nie zatroszczył się, by przy „właściwym” liczeniu głosów prezydenckich, odpowiednio policzyć parlamentarne, jest w mniejszości.. By zniwelować ten mankament tymczasowy przewodniczący zarządza wybory Marszalka w trybie tajnym. Opozycja protestuje. Zaczyna się głosowanie. Posłowie blokują urnę z glosami. Trwa spektakl, któremu przygląda się Prezydent. Niestety – tam nie da się wprowadzić policji. W końcu jednak rząd musi ustąpić. Opozycja jawnie i przejrzyście wygrywa wszystkie głosowania: parlament jest pomarańczowy! Czując swoja siłę, pomarańcze zaczynają debatę, – którego prezydenta wspomnieć w przysiędze, która każdy poseł wkrótce ma złożyć: urzędującego - Kibakiego, czy lidera opozycji: Raile. Trwa dyskusja, emocje sięgają zenitu. Upokorzony prezydent musi się temu bezsilnie przyglądać. To tylko przedsmak przyszłych batalii, jakie nastąpią pomiędzy: rządem i parlamentem. 
Ulica 
Pierwszy dzień demonstracji. W całym kraju napięcie. Pozamykane sklepy, na ulicach nie ma korków. Wielu ludzi pozostaje w domach. Każda ze stron wyczerpała już pośrednie możliwości, pozostaje sięgnąć po ostateczne atuty. Opozycja wzywa na ulice tłumy. Prezydent policję i wojsko. Od rana trwa ulewa - tak jakby natura chciała przerwać ten spektakl chaosu.
W samo południe deszcz ustępuje. Na niebie pokazuje się słońce, a na ulicach demonstranci. Dochodzi do starć Policja gazem łzawiącym, pałkami i ostrą amunicją rozpędza tłumy. Nie dopuszcza ich do centrum miasta. Liderzy opozycji, którzy przezornie wykupili pokoje w jednym ze stołecznych hoteli, wychodzą przed budynek. Tylko po to by zostać ostrzelanym gazem. Gdzieś w środku tego chaosu grupa urzędników próbuje się wydostać z miasta. Gromadzą się na przystanku w oczekiwaniu na autobus. Tworzą nielegalne zgromadzenie. Są ostrzelani gazem. Elegancko ubrane kobiety próbują uciekać do domów na przedmieściach - policja popędzą je pałkami. Są zabici i ranni.
Drugi dzień demonstracji. Siły rządowe spychają demonstrantów do ich mateczników – slumsów. Splądrowany jest kolejowy skład towarowy. Większość pracowników, nauczonych doświadczeniem poprzedniego dnia zostaje w domach. Nieczynne są biura, instytucje, firmy. Wieczorem podawane są rezultaty starć. W ramach przywracania porządku konstytucyjnego zabito 13 letnie dziecko.
Ostatni dzień tridum. Piątek – dzień modlitw dla muzułmanów. Nikt ich nie zatrzyma w drodze do meczetów. Wierni wybierają te w centrach miast. Po modlitwach zaczynają się protesty – szybko jednak gaszone przez siły policyjne. W Mombasie są zabici i ranni – jednym z ich jest dwuletnia dziewczynka. Przed gazem uciekają też muzułmańscy przywódcy religijni – bardzo nierozsądne działanie ze strony policji. Można sobie pozwolić na strzelanie do biedoty, ale nie do imamów. To może się srogo zemścić.
Na prowincji swoja wolę demonstrują Masajowie – maszerują z palkami i maczetami. Kiedy policja rani córkę ich przywódcy tłum zaczyna falować energią,. Nikt wtedy nie ma odwagi ich zatrzymywać.
W środku Kenii zostają złapani ugandyjscy żołnierze, – co potwierdza plotkę o pomocy militarnej z Ugandy. Jednocześnie żołnierze – niemówiący w żadnym kenijskim języku ostrzeliwują szpital. Ranni są Bogu ducha winni pacjenci i pracownicy. Łkając od gazu, a może i bezsilnej złości demonstrują rany po kulach, łuski i kanistry po broni chemicznej. Pytają się: dlaczego?
Tłum w odpowiedzi niszczy linię kolejowa łączącą Ugandę z portem w Mombasie – ludzie po prostu podnoszą i wywracają tory. To najważniejsze połączenie Kampali z reszta świata. A przynajmniej do 18 stycznia było. Skończył się czas podstawiania pionków. Pozostały najcięższe atuty. Opozycja odwołuje kolejne demonstracje – tylko po to by następnego dnia je znowu zwołać. Ale nie ma już potrzeby by zwoływać demonstracje – regułą jest ze dzień i noc w slumsach dochodzi do zamieszek. Pala się domy. Spełniły się obietnice wyborcze – przynajmniej te, które mówiły ze duża część wyprowadzi się ze slumsów – telewizja pokazuje obandażowane kobiety z resztą dobytku na plecach uciekające do obozów dla uchodźców. Policja podaje ze średnio dziennie jest zabitych 6-7 osób. Inne źródła mówią o 20. Kenię czekają kolejne dni chaosu i dużego spożycia gazu łzawiącego.
Drugiego dnia demonstracji jakiś starszy człowiek znalazł się w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie. W ręku ma torbę z jedzeniem. Wraca z targu gdzie zakupił żywność. Ma 60 lat. Może 70
Próbuje uciekać – jednak wiek mu na to nie pozwala. Dopada go policjant i zaczyna tłuc pałką. Starzec się przewraca, a wściekły młodzik tym bardziej go bije. Ofiara już się nie rusza. Udaje jej się jednak obrócić głowę i spojrzeć w oczy oprawcy. Pomaga. Do młodzika dociera, ze im bardziej go będzie tłukł, tym mniejsze są szanse, by starszy człowiek wykonał jego rozkaz. Kopniakiem wskazuje mu drogę. Starzec podnosi się ciężko, zostawia jedzenie, nawet buty, i kuśtykając oddala się.
Wieczorem Wiceprezydent Oglasza w telewizji ze władze nie potrzebują pomocy z zewnątrz by rozwiązać drobny problem Kenii.

Miesiąc po

Równo miesiąc temu odbyły się w Kenii wybory. Kenijczycy wykazali się wyjątkową cierpliwością i niejednokrotnie stali w kilkusetmetrowych kolejkach, by oddać glos na swojego faworyta. To poświecenie – wybuch obywatelskiego obowiązku - politycy zmarnotrawili. Kenia wciąż zjeżdża na równi pochyłej w kierunku chaosu. Teraz, po miesiącu, wielu ludzi zapomniało, o co walczy – konflikt z politycznego zamienił się w etniczny. Przez cały miesiąc telewizja i prasa pokazują przemoc, zabitych i płonące domy. 31 dni chaosu…
Nadal trwają negocjacje, pod przewodnictwem Kofiego Anana. Wiadomo już, że nie uda się osiągnąć celu, jakim było porozumienie polityczne. Sam Anan deklaruje, że za cel postawił sobie utworzenie planu, według którego obie strony osiągną kompromis. Problem polega na tym, ze tak opozycja jak i rząd nie zamierzają ustępować. Opozycja żąda nowych wyborów. Prezydent albo nic! Druga strona składa propozycje, z których na drugi dzień się wycofuje. Przełomowym momentem miał być piątek – 25 stycznia, kiedy to Raila Odinga spotkał się z prezydentem. Na oczach kamer podano sobie dłonie.
Od tego momentu w jednym tylko mieście Nakuru - zabito 60 ludzi. Na drogach są barykady i bojówki, które polują:, Kikuju na Luo i Kamba, Luo na Kikuju Gdzieś na drodze ukamienowano rektora z jednego seminarium duchownego. Wszędzie ten sam powód – nieodpowiednie korzenie etniczne
Próbowano podpalić kolejny kościół z uchodźcami, ale na szczęście policji udało się przybyć z odsieczą. Zresztą zachodnia część kraju coraz bardziej pogrąża się w anarchii, a rząd ma coraz mniejszą nad nią kontrole utracił kontrole w zachodniej części kraju. Rozlokowano wojsko, które za pomocą helikopterów próbuje monitorować zamieszki, ale jedyna realna pomoc, jaka mogą zapewnić żołnierze, to wywozić osoby, które przynależą do „ nie tej „ grupy plemiennej.. Tylko gdzie ich wywozić – rząd przecież zarządził zamkniecie paru obozów dla uchodźców – by pokazać, ze w Kenii sytuacja powraca do normalności.
Nairobi poza slumsami jest spokojne – czuć jednak napięcie, tak jakby w powietrze było naelektryzowane. W sobotę wybuchły zamieszki w slumsie Mukuru – jeszcze we wtorek tam byłem, i znajomi zapewniali mnie, ze ludzie w tym slumsie nie mogą wywołać rozruchów – zbyt długo tam mieszkają, zbyt dobrze się znają, tworzą solidna wspólnotę. Cztery dni później jedni palili domy innych…

100 kilometrów od stolicy spalono 15 ludzi żywcem – mężczyzn, kobiety, dzieci. Uciekali przed rozszalałym tłumem i zabarykadowali się w małym sklepiku. To był duży błąd. Tłum zablokował drzwi od zewnątrz, poczym oblano budynek ropa i podpalono. Telewizja pokazywała skłębione, na wpół zwęglone ciała, pomieszane z belkami stropowymi. Tak jakby zastygli wtopieni w strukturę budynku. Podsumowawszy pierwszy miesiąc po wyborach, nikt nie oczekuje zbyt wiele w kolejnym. Nawet Koffi Anan ostrzegł, że jeżeli nikt z polityków nie podejmie odpowiednich decyzji, to wkrótce, nikt już nie zatrzyma Kenii na drodze do upadku. 

Requiem dla Kenii 

Poniedziałek 28 stycznia. Cały kraj budzi się po jednym z najkrwawszych weekendów w swojej historii. Jeszcze w piątek, trzy dni wcześniej Kenia była innym krajem. Wprawdzie rozdarta politycznie, jednak pełna nadziei na porozumienie. Koffi Anan – specjalny wysłannik ONZ doprowadził do spektakularnego spotkania pomiędzy rywalami politycznymi. Uścisk dłoni prezydenta i lidera opozycji obiega prasę lokalna i zagraniczną. Żeby jednak rozwiązać ten spór, kenijska polityka potrzebuje męża stanu z prawdziwego zdarzenia. Kogoś, kto potrafi spojrzeć dalej niż czubek własnego nosa. Niestety, jak na razie na arenie politycznej aż roi się od różnej maści epigonów. Ach, gdyby tak przywrócić te chwile piątkowe! Ten moment nadziei, uścisku dłoni. Uśmiech i radość wielu ludzi. Zobaczyć znowu wiadomość, która jest pierwszą od miesiąca wiadomością bez krwi, płomieni i śmierci.
Ale jest poniedziałek. Piątek minął. A wraz z nim skończył się czas, kiedy przemoc była związana z wyborami, z zafałszowaniem wyników. Teraz – istnieje już konflikt etniczny. Na zachodzie Kenii kryterium zabijania jest przynależności do innego plemienia. W jednym mieście przez weekend ginie 60 ludzi. Gdzieś indziej 15 osób jest spalone żywcem. Zapanowało takie zdziczenie obyczajów, że ludzie na drogach polują na ludzi.
Jedną z ofiar jest ksiądz - rektor seminarium duchownego. Zmierza do Nakuru – miasta od początku naznaczonego konfliktem. Niedaleko celu podroży wpada na barykadę z kamieni, zostaje wywleczony z samochodu i bity. Ma na sobie sutannę, wiec nikt nie ma wątpliwości, kim jest ofiara. Mimo błagań o życie tłum go kamieniuje, aż do ostatniego tchu. Nie te plemię…
Mimo to mamy jeszcze nadzieję – radykalne porozumienie pomiędzy politykami byłoby potężnym impulsem dla pokoju i pojednania. Każdy też liczy, ze ten płomień – płomień nienawiści sam się wypali. że nie ma wystarczającego paliwa by podpalić cały kraj. że historia Kenii – oazy spokoju i wzrostu gospodarczego wreszcie każe się o sobie przypomnieć.
Nairobi tymczasem jest spokojne. życie toczy się normalnym rytmem. Rano są niebywałe korki na drogach – tak jakby każdy chciał udowodnić: Nic mi nie jest! Żyję według rutyny. Właśnie jadę do pracy!
Ale jednocześnie czuje się już zapach przemocy. Ostatnie masakry wydarzyły się 60 kilometrów od miasta – to już nie jakaś odległa rzeczywistość – to nie gdzieś indziej – na granicy z Uganda. To już bardzo blisko.
Dzisiaj na zajęciach na uniwersytecie siedziałem koło młodej siostry z Eldoret ( zachód Kenii). Mówi, że boi się o swoich najbliższych, bo wielu z nich mieszka w tym samym mieście, gdzie spalono ową nieszczęsną piętnastkę. Nie może się do nich dodzwonić. Już straciła swojego wujka, któremu ktoś, na początku roku obciął maczetą głowę. Podziwiam ją, że potrafi tak po prostu być. Słuchać wykładów i trwać. Powoli też zaczynam podziwiać siebie samego, za moją umiejętność, która pozwala mi spokojnie koło takiej osoby usiąść i udawać rutynę…

28 stycznia 2008

uprasza się o wiarę w zmartwychwstanie...

Wczoraj jeszcze myślałam, żeby napisac krótką improwizację o tym, jak bardzo bym chciała, żeby ludzie zaczęli wreszcie wierzyć w Zmartwychwstanie. Bo żyją, jakby nie wierzyli. Przekonałam się o tym twardo i konkretnie, kiedy tysiąc razy na dzień otrzymywałam zapewnienia, że wszystko będzie dobrze (czyt. że będę żyć i będę zdrowa), a niepoprawnością polityczną była moja chęć potraktowania śmierci (samej jej możliwości przecież...) jako normalnej rzeczy kolei, więcej - jako mojej drogi życiowej, misji, daru Bożego, co nie jest dopustem, a wyróżnieniem... była ta niepoprawnością chęć pięknego życia i szlachetnej śmierci... przeciez nie da się zmartwychwstać, nie umierając wcześniej - toż to nie wiara, tylko czysta logika - realizm chrześcijański. Idealizm, wbrew pozorom, popycha nas w tę stronę, żeby śmierć - a przez to i Zmartwychwstanie, uważać za coś w zasadzie mitycznego, za ideę, która osobiście nas jakoś ominie... I potem proszę: ani żyć porządnie z radością i ze smakiem, ani umrzeć spokojnie i po chrześcijańsku - profesjonalnie (czyli z zaufaniem w Boże Milosierdzie) się nie umie... A żyć porządnie, to mieć przed oczami to, czego ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało... Tak! I w tym punkcie potrzebna jest wiara. Ale reszta? Zwykła logika chrześcijańska...
No i tak sobie myślalam, żeby to w jakąś formę literacką ubrać... a tu dzisiaj w Newsweeku czytam tekst Szymona Hołowni. Trafił w dziesiątkę w moje przemyśliwania. Tak po Bliskowschodniemu - historią czyjegoś życia to wyjaśnił.
Więc zmiast uczonych wywodów i literackich umizgów:

Szczyt za mgłą (Szymon Hołownia)
NEWSWEEK: We wrześniu 2004 r. okazało się, że twoja żona jest w ciąży. W styczniu dowiedzieliście się, że ma ziarnicę. Wierzysz w Boga. Zapytałeś Go, po co robi takie rzeczy? MICHAŁ PARADOWSKI: Nie pytałem. Założyłem, że to nie może być zbieg okoliczności, że w tym musi być jakiś sens. O dziecko staraliśmy się przecież dobre kilka lat, szykowaliśmy się już do adopcji. Cztery lata po ślubie wybraliśmy się z prywatną pielgrzymką do Rzymu. Kilka tygodni później wczesnym rankiem jechałem do pracy, zadzwoniła Basia. "Chyba jestem w ciąży" - powiedziała. To podobno się zdarza, rodzice przygotowując się do adopcji, odblokowują nieuświadomione mechanizmy, mogą począć dziecko. Choroba przyszła chwilę wcześniej, choć wtedy nie mieliśmy o tym pojęcia. Uwielbialiśmy podróżować, przed wyjazdem do Rzymu wybraliśmy się na Korsykę. To wtedy Basia zauważyła na szyi gulkę wielkości pestki. Lekarze mówili, że to powiększone węzły chłonne, może przeziębienie, badano krew, ale wyniki były OK. W listopadzie szyja zaczęła puchnąć, zrobiono biopsję, ale ona też nic nie wykazała. Odetchnęliśmy. W styczniu szyja nadal puchła, zmieniliśmy więc lekarza. Załatwialiśmy to wszystko w biegu, ja byłem wtedy na kursie menedżerskim w swojej firmie, Basia była dyrektorem personalnym w banku, na izbę przyjęć wbiegliśmy w garniturach, z laptopami. Dwie godziny później Baśka była na stole operacyjnym, pierwsza histopatologia, później druga i diagnoza - ziarnica złośliwa. Co w tej sytuacji z ciążą? - Lekarz, który nas przyjmował, był zdruzgotany, powiedział: przyszliście za późno. Po powrocie do domu rzuciłem się do komputera, szukałem jakiejkolwiek wiedzy. Na stronie warszawskiego Centrum Onkologii znalazłem informację, że mają doświadczenie w leczeniu kobiet w ciąży z ziarnicą bez szkody dla dziecka, że na czterdzieści takich mam zmarła tylko jedna. Powiedzieliśmy o tym szefowi kliniki w pierwszym szpitalu, do którego trafiliśmy. Zbył nasze wątpliwości, powiedział, że jego zdaniem to eksperymenty, a jego zespół może się zająć leczeniem matki. "Zastanówcie się państwo przez weekend i od poniedziałku zaczynamy". "Ale...". "Nie ma żadnego ale, choć to państwa decyzja". Miałem w życiu dwa momenty, gdy czułem, że ziemia osuwa mi się spod nóg. To był pierwszy z nich. Ten człowiek chciał nam zabrać nadzieję. Może chciał ratować, co się da? - Przekreślając dziecko, na które tak bardzo czekaliśmy? Sam dodzwoniłem się więc do doktor Elżbiety Wojciechowskiej-Lampki z Centrum Onkologii. Kazała przyjść z wynikami, powiedziała też: "Na razie nie ruszajcie dzidziusia, to ani nie pomaga, ani nie przeszkadza". To był bardzo ważny weekend. Rozmowy, łzy, modlitwa. Baśka powiedziała krótko: "Jest nadzieja? To, kurczę, walczymy". Ganiałem po laboratoriach z wycinkami węzłów chłonnych, szykowałem przetarte zupki, przełyk Basi był tak wąski, że nie mogła jeść nic innego. Brała sterydy, a gdy w piątym miesiącu zasklepiło się łożysko, rozpoczęła sesje chemii. Trzy dni wlewów, pięć dni dochodzenia do siebie, przerwa na święty spokój, a później znowu. Efekt był natychmiastowy: opuchlizna zeszła w mgnieniu oka, Basia urodziła Mateusza siłami natury. Po porodzie sama brała wózek, szła z małym do lasu. W listopadzie była radioterapia. W trakcie nie wolno się myć, żeby nie drażnić poparzonej skóry. Baśka śmiała się więc, że wszystko jest świetnie ustawione, bo przynajmniej na święta będzie wreszcie czysta. Po świętach zrobiono tomografię - remisja, rak się cofnął. Byliśmy w siódmym niebie. Od połowy lutego Basia miała wrócić do pracy, wynajęliśmy już opiekunkę do dziecka. Ale wtedy zaczęło się znowu: gorączka, bezsenne noce, boleści. Kolejne badanie i diagnoza najgorsza z możliwych: wczesna wznowa. Jeśli nowotwór wraca tak szybko, to znak, że pierwsze uderzeniowe leczenie nie dało żadnych skutków. To był cios. Kiedy człowiek pierwszy raz staje oko w oko z rakiem, ma w sobie wielką siłę, później trudniej zebrać się do walki. Baśka zdecydowała się jednak na kolejne chemie, w listopadzie okazało się, że trzeba przetoczyć jej krew. W mikołajki 2006 r. pojechaliśmy do Bydgoszczy na bardzo dokładne badanie PET. To wtedy dotarło do nas, że zaczynamy przegrywać. Gdy rak pojawia się w płucach, lekarze zmieniają ton: "Współczesna medycyna nie umie, nie zna, nie może". Po długim majowym weekendzie stan Baśki się pogorszył. Trafiła na internę w szpitalu przy ulicy Wołoskiej. W przeddzień jej urodzin zadzwoniła pielęgniarka: "Proszę szybko przyjechać, tylko niech się pan nie denerwuje". Do dziś pamiętam korek przy Galerii Mokotów. Gdy wbiegłem na oddział, Basię podłączano do respiratora. Krzyczałem, ale mnie nie słyszała. To był najgorszy dzień w moim życiu. Poukładany facet nie lubi znaków zapytania. Nawet jak ma przed sobą zły scenariusz, może rzucić pracę, zmienić mieszkanie, cokolwiek. A tu zabierają mi żonę, nie wiem, co się z nią dzieje. Prosiłem wtedy Boga tylko o jedno: żeby dał mi jeszcze czas. Nie prosiłeś Go wtedy o cud? - Cudem było to, że dostałem ten czas. Lekarze nie dawali przecież Baśce większych szans: płuca walczyły ostatkiem sił. A mimo to jej stan się ustabilizował. Nie mogła mówić, więc napisałem jej alfabet na kartce, pokazywała mi litery, a ja powoli składałem z nich zdania. Do dziś mam kilka takich alfabetów, przemoczonych kroplówkami, lekami. W Boże Ciało doktor Wysocki, który opiekował się Basią, zapytał, czy chce zejść z respiratora. Matematyka mówi, że się nie uda, ale życie pisze różne scenariusze. W Baśce znów obudziła się wola walki, cały dzień uczyliśmy się oddychać. Dla mnie to była mistyka czystej próby: a więc świat nie polega na robieniu tabelek w Excelu, świat to prosta sprawa - prosta jak oddychanie. Zastanawiałem się już wtedy, czy nie zabrać Baśki do domu, żeby mogła spokojnie być z nami do końca. Chciałem poszerzyć drzwi, wziąć z hospicjum aparat tlenowy. Lekarze powiedzieli, że jest jeszcze jedna metoda. Nie terapia, eksperyment. Są dwa warunki: świadoma zgoda pacjenta i wydolność oddechowa. Powiedzieliśmy: OK, próbujemy. Kroplówki miały zacząć się w piątek, w czwartek wziąłem Mateusza do szpitala, Baśka była zachwycona, jak sprawnie mały mówi. W nocy przyszło jednak gwałtowne załamanie formy. Rano - zespół ratunkowy, intubacja, znowu respirator. Baśka wróciła na OIOM. Pokazywała mi już wtedy na literkach, żeby nie modlić się o zdrowie, że mam prosić o zbawienie jej duszy. Pytała o znajomych, czy mają jakieś kłopoty, w których intencji mogłaby ofiarować ból. To był ostatni tydzień czerwca, czwartek, drugie urodziny Mateusza. Czytałem Basi listy od znajomych i SMS-y od mojej mamy, u której był nasz syn. Wieczorem była prawie nieprzytomna. Staliśmy przy niej z naszym przyjacielem, dominikaninem Marcinem Mogielskim. Próbowała wyciągnąć do nas ręce, jakby chciała nas przycisnąć do siebie. Nie chciała nas puścić. Marcin wspomniał później, że na kardiomonitorze widział tętno: 145. Ja podobno pytałem: "Basiu, dokąd tak biegniesz?". Następnego dnia byłem w szpitalu po siódmej. Doktor Wysocki z zespołem odchodzili od jej łóżka. Serducho nie wytrzymało tempa. Moja żona umarła. Co się stało z Tobą? - Zmieniłem się w automat. Zadzwoniłem do rodziców, pojechałem do domu. Powiedziałem Mateuszkowi, że mama poszła do nieba, bardzo się z tego ucieszył. Zryczałem się wtedy jak bóbr. Przeczytałem e-mail z czytaniami z Biblii, który każdego dnia wysyłał mi serwis mateusz.pl. Na ten dzień przypadał kawałek ze Świętego Pawła: "W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem". Stałem i patrzyłem w ekran jak głupi. Następne dni to formalności: akty zgonu, ubezpieczenia. Chciałem załatwić to jak najszybciej i wyjechać gdzieś z synem. Jesteś zorganizowanym człowiekiem, śmierć to szczyt dezorganizacji. - Dlatego jestem tak wdzięczny Baśce, że przygotowywała mnie do swojej śmierci. Za to, że gdy przyszło cierpienie, nie uciekaliśmy od niego i od siebie, bo tylko dzięki temu nie popadliśmy w rozpacz. Gdy dowiedzieliśmy się, że będziemy mieć syna, Baśka powiedziała mi coś, co do dziś pamiętam: "Dobrze, że to chłopczyk, będzie ci łatwiej go wychowywać". Nie żachnąłeś się: "Co ty opowiadasz"? - Tu jest kartka, pismo Basi, leżała wtedy na Wołoskiej, widać, że drżała jej ręka. "Kiedy pogrzeb?". Pierwszy i ostatni raz ją wtedy opieprzyłem. Ale dziś widzę, z jak mądrą kobietą miałem szczęście być. Baśka tak ustawiała nasze rozmowy, że rzeczywiście dobrze wykorzystaliśmy ten czas, nie traciliśmy go na zabobony czy histerie.W końcu przez całe nasze wspólne życie było tak, że gdy dochodziliśmy do ściany, dostawaliśmy od Boga nowy plan, na pozór nierealny, ale to był Jego plan. I zawsze się udawał. Plan? - Bóg nie jest kosmicznym sadystą, choroba to nowy plan, coś do przepracowania. Nie ma uniwersalnych metod, każdy pracuje z tym jak umie. A my z Baśką byliśmy klasycznymi absolwentami SGH - dokładni, perfekcyjnie zorganizowani. Do dziś co rano robię sobie karteczkę, na której zapisuję swoje cele. Połowy i tak nie osiągnę, ale to nieważne - planowanie pomaga wybrać z wielu spraw to, co naprawdę się liczy. Tym razem też tak było. Dobrze pa- miętam dzień, gdy w przychodni przy ulicy Bitwy Warszawskiej 1920 r. pierwszy raz padło słowo "nowotwór". Zawsze byłem facetem o dość prostej konstrukcji. Moim szefom mawiałem: pokaż mi szczyt, a ja tam wejdę. Teraz w jednej chwili mój szczyt znalazł się za mgłą. Ta mgła zniknęła tylko dzięki rozmowom z Baśką. Lekarze nas pocieszali, ale my twardo pytaliśmy, co będzie, jeśli się nie uda. I ustaliliśmy cel numer jeden: chcemy wychować nasze dziecko. To był nasz szczyt, nasze Himalaje. Gdy już to wiedzieliśmy, zaczęliśmy planować mniejsze rzeczy. Trzeba było wykończyć mieszkanie, kupiliśmy kawałek ziemi pod Warszawą z myślą o weekendowym domu dla nas i znajomych. Zaczęliśmy słuchać muzyki w dużych dawkach, czytać na głos wierszyki, robić te wszystkie rzeczy, które robią rodzice, gdy się dowiedzą, że są w ciąży. Próba zagadania losu? Ucieczka do przodu? - Nie ucieczka, realizm. Ziarnica to nie katar, a skoro może nas rozłączyć, trzeba sensownie przeżyć każdą chwilę razem. Postanowiliśmy: obcinamy puste przebiegi, bezsensowne wyjścia. Zanim wyjechałem w delegację, zastanawiałem się pięć razy, czy naprawdę muszę jechać. Nie mogę uwierzyć, że nie chcieliście szukać kolejnych terapii, błagać o cudowne uzdrowienie, walczyć? - Walczyliśmy, ale żaden cud nie unieważni śmierci. O tym też gadaliśmy kiedyś z Baśką - ludzie cudownie uzdrowieni przez Jezusa też przecież kiedyś umarli. Baśka walczyła jak bohaterka, nie wiem, co by było, gdybym zobaczył, jak moja ukochana kobieta się załamuje. Te wszystkie chemie, respiratory, miała momenty wahań, pisała mi, że już dłużej nie może, ale później zbierała się w sobie. Czytam jej zapiski z ostatnich tygodni życia. Miłość to nie słodkie wzdychanie, miłość to konkret: "Prasuj Mateuszowi ubranka". "Przed Pierwszą Komunią wyślij go na rekolekcje". "Jak będzie większy, chodź z nim w >>kulturalne<< miejsca, a czasem do knajpy". Mam w komórce jej SMS-a: "Pamiętaj, że wszystko ma sens; i to, że jest Mateusz i to, że jestem chora". Dziś nie ma co dzielić tej sytuacji na czworo, pytać, co by było, gdyby. Gdybyśmy wcześniej rozpoznali chorobę, może Baśka byłaby zdrowa? Ale może wtedy dostalibyśmy zakaz zachodzenia w ciążę i nie byłoby Mateusza? A gdyby go nie było - jak przeszlibyśmy chorobę? Przecież Baśka w szpitalu pytała głównie o niego, czy jest wykąpany, co będzie robił jutro, na podajniku do kroplówek miała jego zdjęcia. Dziś modlę się do Basi, żeby mi pomogła, boję się, żeby nie zafundować małemu wyłącznie męskiego świata. Mateusz przychodzi i pakuje mi się na kolana, pytam go, czy chce jeść, czy coś go boli, a on po prostu chce się przytulić. Wciąż nie łapię jeszcze takich rzeczy. Jak przeżyłeś żałobę? - Też po swojemu, po naszemu. Po pogrzebie pojechaliśmy z całą rodziną na kilka dni nad Zalew Sulejowski. Po powrocie robiłem to, co robiłbym z Baśką, chodziłem na koncerty, uwielbialiśmy Anię Jopek, Anię Dąbrowską, Dorotę Miśkiewicz. Już wtedy docierały do mnie głosy: jesteś w żałobie, co pomyślą ludzie. W moim małżeństwie z Baśką jedną z najpiękniejszych rzeczy było to, że mieliśmy serdecznie w nosie, co ludzie o nas powiedzą. Ludzie widząc stratę, nieszczęście, próbują za wszelką cenę coś powiedzieć, coś zrobić. - Doświadczyliśmy tego, gdy Basia chorowała. Na rozesłany SMS-ami apel o krew zgłosiło się kilkaset osób, przyjaciele modlili się, uruchomili sztafetę różańcową. Inni załatwiali swój lęk przed cierpieniem, rzucając hasła: "Głowa do góry" albo zadając choremu w terminalnej fazie raka pytanie najbardziej kretyńskie z możliwych: "No i jak się czujesz?". Wielkiej pracy wymagało przekonanie, zwłaszcza najbliższych, że jeśli prosisz o obiad, nie musi to być żywność dla pułku wojska na miesiąc, a jeśli podajesz im nazwę maści, dostajesz tylko tę, a nie jeszcze siedem innych. Najbardziej pomagali nam ci znajomi, którzy po prostu wpadali, robili sobie herbatę, opowiadali, co u nich. Szef Baśki - w tajemnicy przed nią - pytał mnie, czy zamiast iść na rentę, nie chciałaby wciąż pracować u niego jako konsultant przez dwie godziny w tygodniu. Niby nic, ale żebyś widział jej minę, jak siedziała z laptopem na łóżku i pisała mu analizy z prawa pracy. Oni utrzymywali nas w świecie zwykłych spraw, zakotwiczali nas w codzienności. Ich dobro wytrzymało też próbę śmierci. Na pogrzebie Basi o nic nie musiałem się troszczyć, ktoś załatwił autokar, resztę ludzi rozwieźli koledzy z pracy. Kolega, aktor, zaśpiewał jej ulubioną pieśń "Zdumienie". Były skrzypki, trąbka. A emocje? Czysty ludzki gniew? Żal? Nie obraziłeś się po tym wszystkim na Boga? - Nie jestem robotem, tęsknię, płaczę. Ale dziś więcej się też modlę. Pamiętam moją żonę, gdy nie mogła już przyjmować komunii, a Marcin dawał jej po prostu hostię w dłonie. Leżała, miała zamknięte oczy, siedzieliśmy, każdy modlił się po cichu. Przez te dwa lata nauczyłem się, że religijność to nie zrywy raz na pół roku i spowiedź od święta, że w życiu nie chodzi o bohaterstwo, dobre życie to sensownie wypełniona codzienność. Przypomniałem sobie, że gdy byłem mały, zbieraliśmy z babcią porzeczki - czynność z pozoru nudna, dłubiesz i dłubiesz, ale to nadaje życiu jakiś rytm. Dziś szukam swojego rytmu. Muszę się wsłuchać, poczekać, nic na siłę. Co powiesz Mateuszowi o Basi? - Cały czas się do tego szykuję. Próbuję zapisywać myśli, boję się, żeby nie spłaszczyć historii do dat w kalendarzu, do nazwisk lekarzy. Basia w szpitalu pisała do niego listy, pozna ją więc z pierwszej ręki. Czytasz to, co napisała? - Ostatnio czytałem wiersze, jakie pisała, gdy jeszcze nie byliśmy małżeństwem. Później już ich nie pisała. Żartowaliśmy, że wzięła się za wcielanie wierszy w życie. Czego ci brakuje najbardziej? - Naszych rozmów. I pytania, co jutro robimy? str. 78

27 stycznia 2008

współlokator

Znamy się dosyć dawno... ale od półtora roku mieszkamy razem. Na stałe.
Jaki jest? Taki zwyczajny... Czasem nieśmiały, ledwie czuję jego obecność. Czasem bywa natarczywy - szarpie mnie w dzień, budzi mnie w nocy i mówi: jestem! jestem! Jest samotny, bo wszyscy nim gardzą. Kiedy jest u mnie przytulam go, żeby wiedział, że nie jest nieproszonym gościem. Naprawdę nim nie jest... Choć czasem trudno z nim wytrzymać. Kedyś miałam go dość, mówiłam sobie w duchu, że lepiej by mi było bez niego. Ale nie mogę mu tego powiedzieć: przyjęłam go pod mój dach. Jest mi bratem... Jest mi dany do śmierci...
Kiedyś, kiedy przychodził tylko w odwiedziny, witałam go uprzejmie, ale żegnałam z ulgą.
Z czasem zaczęłam żałować, kiedy odchodził, choć ulga była nie mniejsza. Wreszcie pewnego dnia przyszedł i powiedział, że pozwolono mu towarzyszyć mi do końca. Cieszył się, jak dziecko, bo wiedział, że rozmawiałam o nim z Bogiem. Zresztą - oboje wiedzieliśmy, że to Jego sprawka, więc od razu uwielbialiśmy Go za to jego wmeldowanie się do mnie. Tak, jest zameldowany. Jak mówiłam, na stałe. Nie, nie wyrzucę go na bruk. Gdzie by poszedł? Ludzie się go boją, nie umieją z nim być... A ja jakoś tak... cieszę się, że Pan go mi dał...
Jaki jest jeszcze? Pobożny. Nie śmiej się, naprawdę, zawsze, kiedy przychodzi, szepcze modlitwę. Nie wiem jaką, ale zaraźliwą. Zaraz zaczynam modlić się wraz z nim. Jest to modlitwa dziękczynna, pokorna i tajemnicza. Czasem bezradna, a nawet śmiertelna. Jest też tak, że stoimy razem przed Panem jak nierozłączne bliźniaki, które stworzył do wspólnej misji.
Jest przy mnie teraz. Śledzi moje słowa. Kiedy dziś się położę, będzie ze mną. Czuję, że ta noc, jak i następny dzień, będą należeć do niego.
Ale muszę ci się przyznać, że czasem tchórzę... czasem też zwyczajnie kalkuluję. Myślę sobie wtedy: nie, dziś cię nie chcę - mam tyle pracy, tyle rozmów, dziś potrzebuję być dla innych, nie dla ciebie. Idź sobie.
I nie mam wyrzutów sumienia. Myślę, że on rozumie. W każdym razie pozwala się wtedy odprawić. I tak prędzej czy później wróci. Mieszka przecież u mnie...
Jak ma na imię? Zwyczajnie, bardzo zwyczajnie: Ból.