(para)liturgia abp Fulton John Sheen Akatyst Alfred Delp Antonietta Meo antysemityzm artykuły autobiograficznie Belgia Benedictines of Mary Queen of Apostle Benedykt XVI Betlejem bł. Anna Katzrzyna Emmerich bł. Maria od Męki Pańskiej bohomazy Budapeszt C.S. Lewis celibat Chile Chiny cierpienie Cristina Scuccia Daniel Olbrychski dr Kenneth Howell Droga Krzyżowa dusze w czyśccu cierpiące Egipt eremityzm eschatologia stosowana Etiopia EWTN Film o Basi FMM garnki świętych gender Gianna Jessen Gloria Polo Gorzkie Żale Grupa MoCarta Harald Meldal Eia homeopatia Janusz Radek Jarmark Cudów Jeanne Bigard joga Johann Pachelbel Johann Sebastian Bach kard. Antonio Cañizares Llovera kard. Francis Arinze kard. Raymond Burke Karmel Kenia Khalil Gibran kmiotek teologiczny krajobrazy ducha ks. Bernardo Antonini ks. Guido Marini ks. Kazimierz Matwiejuk ks. Marian Rajchel ks. Mateusz Dziedzic ks. Nicola Bux ks. prof. Józef Naumowicz Ks. Rafał Sorkowicz SChr ks. Roman Kneblewski ks. Sergiusz Orzeszko IDP książka lekko Leszek Kołakowski Leszek Korzeniecki Liban Londyn m. Mary Angelica of the Annunciation PCPA Madagaskar Marek Grechuta maryjnie metropolita Chios Psarry i Oinousses Marek Michael Voris misje Mniszki św. Pawła Pierwszego Pustelnika (paulinki) modlitwa Modlitwa Jezusowa nadinterpretacje Nick Vujicic nowenna o. Adam Bartyzoł CMF o. Anzelm Fraczek OSPE o. Augustyn Pelanowski OSPPE o. Benedict Groeschel CFR o. Joachim Badeni OP o. John O’Malley SI O. Joseph-Marie Verlinde o. Józef Witko OFM o. Mark Kirby OCist Ojcowie Pustyni papistka Passion of the Christ Piotr Jaskiernia (Hiob) poezja pomruki powołanie powołanieRepublika Środkowoafrykańska półgębkiem przez oczy do serca przez uszy do duszy psalmy oparte na faktach psychologia qi Radek Malinowski Real Catholic TV Robert Tekieli Rosalind Moss Rosja Różaniec Rumunia s. Gabrielis Monika von Ballestrem FMM s. Jadwiga Wudarczyk CR s. Władysława Piróg FMM s. Yolanda Moquete FMM Słowo-twórstwo spowiedź Szymon Hołownia św. Ambroży z Mediolanu św. Charbel Makhlouf św. Franciszek z Asyżu św. Józef z Kupertynu św. Pio z Pietrelciny św. Teresa od Jezusa świątecznie Tanzania teatr walka duchowa Wietnam wilcze stada Winogradów Wisława Szymborska Wojciech Cejrowski Wyspa (Ostrov) Yes Prime Minister z lasu przyniesione za życiem

29 maja 2014

o celibacie - ekspert praktykujący

Kochamy ekspertów, specjalistów i znawców tematu. Z tytułami i elokwencją medialną. Nic to, że najczęściej samozwańczy lub namaszczeni przez media. Wierzymy takim bardziej, niż Bogu na niebie...

Celibat. Wdzięczny i wiecznie gorący temat. Na jego temat najchętniej wypowiadają się ci, którzy go nie praktykują lub ci, którzy szukają oswobodzenia z jego "kajdan". Tymczasem rzadko kto pokusi się spytać o celibat celibatariusza, i jeszcze - dodajmy - szczęśliwego celibatariusza. Czemu?
Wysłuchanie szczęśliwego kapłana wymaga wysiłku: celibat ze względu na Jezusa Chrystusa wymaga wiary w Niego. Zarówno od tego, kto żyje w celibacie, jak i od tego, kto chce zrozumieć celibat. Bez przyjęcia prawdy (z jej logiką i konsekwencjami), że Bóg jest Bogiem, celibat jawi się jako wszystko możliwe (patologia lub jej źródło, system społeczno-ekonomiczny formacji kościelnych, relikt czasów zabobonnych, nieludzkie wymagania, których nikt nie jest w stanie spełnić, itp.) tylko nie to, czym jest w Kościele i dla samych celibatariuszy.

Poniżej wypowiedzi abpa Fultona J. Sheena. Przeżył całe swoje życie tak szczęśliwie, że starają się o nazwanie go "błogosławionym". Zapraszam do lektury i do dania wiary nam, żyjącym w czystości ze względu na Chrystusa, że w najwyższym stopniu rzeczywista jest więź i przynależność do żywego Boga. I że sprawia ona, że człowiek powołany i należący do Boga jest szczęśliwy tylko wtedy, kiedy wobec kolejnej próby wybiera Boga samego. Módlmy się za tych, którzy stoją wobec takich prób, żeby wytrwali na drodze do prawdziwego szczęścia.


Libido lub popęd seksualny jest jednym z najsilniejszych instynktów człowieka. Jednym z największych mitów związanych z niektórymi rodzajami edukacji seksualnej jest założenie, iż jeśli dzieci poznają niektóre ze złych skutków ekscesów seksualnych, będą one unikać lekkomyślnych zachowań w tej dziedzinie. Jest to nieprawda. Żaden śmiertelnik, który widzi drzwi opatrzone napisem gorączka tyfoidalna, nie odczuwa potrzeby wtargnięcia do środka, aby zarazić się chorobą. Lecz gdy na drzwiach widnieje słowo seks, pojawia się potrzeba przełamania barier.

[...]

Uwierzcie mi, że pokusa złamania ślubów czystości jest zjawiskiem częstym i silnym; w samotności łatwo jest wyobraźni szukać schronienia w myśli: Jezabel mnie rozumie. Gdy celibatariusz łamie swoje śluby i bierze sobie Jezabel, często musi praktykować wiele spośród tych samych cnót wyrzeczenia, które winien był zachowywać zanim porzucił kapłaństwo i które, gdyby tylko praktykował je na plebanii, pozwoliłyby mu dochować ślubu czystości i uczyniłyby go człowiekiem szczęśliwym. Gdy erotomania bierze we władanie środki komunikacji i gdy kontakty towarzyskie stają się coraz łatwiejsze, iskry łatwo zamieniają się w płomienie a umiłowanie cnoty łatwo przeradza się w miłość do konkretnej osoby, która ucieleśnia te cnoty. Jeśli ksiądz jest lubiany lub cieszy się popularnością, dochowywanie wierności niewidzialnej miłości Chrystusa stanowi prawdziwą walkę. Każde najdrobniejsze naruszenie obowiązków stanu kapłańskiego wywołuje wewnętrzne cierpienie. Jak twierdzi św. Paweł, może wynikać to z bliskiego związku ciała i duszy. Zdecydowanie mniej żalu wiąże się z grzechem pychy niż z nieczystym pragnieniem. Dlatego Pismo Święte trafnie napomina: Nie zasmucajcie Ducha Świętego.

Kapłan postrzega grzech w jego prawdziwej naturze, nie tylko jako złamanie prawa. Nikt, kto przekroczył limit prędkości, nie pochyla się nad kierownicą po powrocie do garażu, aby odmówić Akt Żalu. Lecz gdy my w jakikolwiek sposób narazimy na szwank miłość Chrystusa w naszej duszy i zbagatelizujemy naszą rolę jako Jego ambasadorów, wiemy, że grzech jest zranieniem kogoś, kogo kochamy. Wyobraź sobie dwóch mężczyzn, którzy poślubili złośnice; jeden z nich był uprzednio żonaty z uroczą, piękną żoną, która umarła. Drugi nigdy przedtem nie był żonaty. Który z nich bardziej będzie cierpiał z powodu żony-sekutnicy? Z pewnością ten, który dostąpił uprzednio lepszej miłości. Podobnie jest z nami: torturują nas wyrzuty sumienia, niepokój i smutek - nie dlatego, że złamaliśmy prawo kościelne - ta myśl nigdy nie przychodzi nam do głowy. Dlatego, że zdradziliśmy najlepszą z miłości.

Gdybym miał wybrać jedną scenę w Piśmie Świętym, która najlepiej opisuje walkę toczącą się w duszy kapłana, byłaby to scena opisująca duchowe doświadczenia Jakuba. Gdy był on młodym człowiekiem, miał wizję drabiny - sen o chwale i o Bożej opiece, mimo iż zawarł on z Bogiem rodzaj umowy. Tak wielu z nas rozpoczyna swoje kapłańskie życie w pokoju, sympatycznej atmosferze i na zielonych pastwiskach. Dwadzieścia lat później życie się zmienia, jak wówczas, gdy Jakub stawił czoła Ezawowi. Kryzys duchowy dopada niektórych na początku ich drogi kapłańskiej, lecz inni, z powodu słabości lub wad ich własnego charakteru, padają ofiarą tego kryzysu w późniejszym wieku.

Jakub mocował się z kimś. Nie wiedział, kto jest jego przeciwnikiem, tylko że zmaga się z jakąś postacią. Po chwili obaj przeciwnicy stali się bardziej widoczni w świetle poranka. [Ową postacią był] Niebiański Zapaśnik, który w końcu dotknął stawu biodrowego Jakuba i unieruchomił go. Wówczas walka zmieniła swoją naturę; siła ustąpiła błaganiu, aby Anioł nie odchodził, dopóki nie pobłogosławi Jakuba.

Podobnie w naszym życiu Chrystus pojawia się jako przeciwnik w nocy naszej duszy, gdy jesteśmy przepełnieni wstydem za to, co uczyniliśmy. Gdy siłujemy się z wielkim przeciwnikiem w naszym sercu, unikamy Jego wzroku i spuszczamy nasze głowy ze wstydu. Jesteśmy w konflikcie z samymi sobą i w konflikcie z Nim. Krążymy po omacku w ciemnościach i zapominamy, że nawet w ciemnościach On siłuje się z nami i zachęca nas do powrotu. Gdy sumienie zmaga się z kapłanem, zawsze ma ono postać Chrystusa; spotyka On nas w naszych godzinach ciszy; przemawia On do nas nawet wśród zgiełku; konfrontuje nas z wizją tego, jacy moglibyśmy być.

[...]

Dochowanie celibatu jest dozgonnym wysiłkiem, częściowo na skutek ludzkiej słabości. Dwie wielkie tragedie życia polegają na tym, że dostajemy to, czego chcemy i że nie dostajemy tego, czego chcemy. Ptaki w klatce chcą się uwolnić, a ptaki na wolności pragną znaleźć się w klatce. Rozmowa o miłości nigdy nie jest tym samym, co miłość. Rozmowa o cebuli nigdy nie powoduje, że z naszych oczu zaczną płynąć łzy.

[...]

Jest doświadczeniem każdego kapłana, a na pewno było tak w moim własnym przypadku, że najtrudniej jest przyprowadzić na powrót do Chrystusa te dusze, które zgrzeszyły pychą i samowolą, ponieważ pycha nadyma ich ego. Ogromne wyzwanie stanowi także prowadzenie do Chrystusa tych dusz, które stały się chciwe i zachłanne, ponieważ pieniądze są rodzajem ekonomicznej gwarancji nieśmiertelności: Zobaczcie, ile posiadam. Moje stodoły są pełne.

Celibat jest dochowywany najlepiej i rozumiany najlepiej przez wzgląd na Chrystusa. My, kapłani, naśladujemy Go. Nosimy krzyż, aby przedłużać Jego odkupienie i każde naruszenie celibatu zawsze interpretowane jest przez dobrych kapłanów jako zranienie Chrystusa. Mąż nigdy by nie powiedział: Wiem, że podbiłem żonie oko, rozbiłem jej też nos, biłem ją, ale nigdy nie ugryzłem jej w ucho. Jeśli mąż prawdziwie kocha swoją żonę, nie zacznie wprowadzać stopniowań odnośnie do tego, jak bardzo ją zranił. Mimo że ksiądz w stosunku do Chrystusa nie próbuje definiować stopnia, w jakim Go zranił, nawet nasze najmniejsze przewinienie boli nas, albowiem zraniliśmy naszego Zbawiciela. Jeśli należę do nowego rodzaju ludzkiego, który został zrodzony z Dziewicy, dlaczego miałbym nie żyć wyłącznie dla Pana? Nigdy nie czułem, że wyrzekłem się miłości poprzez przyjęcie ślubu celibatu; po prostu wybrałem wyższy rodzaj miłości. Jeśli ktokolwiek sądzi, że celibat działa szkodliwie na psychikę kapłanów, powinien zakraść się na spotkanie księży. Jestem pewien, że wśród księży panuje weselszy nastrój niż wśród jakiejkolwiek grupy zawodowej na świecie.

Im bardziej kochamy Chrystusa, tym łatwiej jest należeć wyłącznie do Niego. Skąd wiem, że jestem w łachmanach? Ponieważ widzę Jego piękno w stule i ornacie Jego kapłaństwa. Skąd wiem, że każda sadzawka, z której piję, jest zatęchła? Ponieważ widzę, jak świeże wody wypływają z Jego boku. Podróż kapłańskiego życia prowadzi zatem nie do bagien i mokradeł, lecz do oceanu miłości. Wykrywam wszystkie złe dźwięki w moim życiu przysłuchując się muzyce Jego głosu. Gdy trzyma mnie On w swoich ramionach, poznaję głębokość mojej skruchy. Pragnę wtedy, gdy znajduję się u Jego wód. To na widok Jego Eucharystycznej Manny odczuwam głód. Łkam, gdy spogląda na mnie z uśmiechem. To z powodu Jego miłości nie mogę znieść samego siebie. To Jego miłosierdzie przepełnia mnie skruchą. Możemy mieć aniołów, aby nas strzegli - tak - ale aniołowie nas nie osądzają. Jedynie Doskonała Dobroć nas osądzi i w tym musimy pokładać naszą jedyną nadzieję. I to nas ratuje. Zatem pokładam ufność w Jego miłosierdziu i kocham Go ponad wszelkie miłości, i nigdy nie zdołam Mu podziękować za to, że otrzymałem łaskę kapłaństwa. Wstąpiłem w stan kapłański z głębokim poczuciem niegodności. Kończę swe kapłańskie życie w jeszcze głębszym poczuciem niegodności i mimo, iż chodzę w łachmanach, pamiętam, że syn marnotrawny został przyodziany w szatę sprawiedliwości.

23 maja 2014

Wilcze doły trywialne

http://pl.wikipedia.org/wiki/Wilcze_do%C5%82y_%28fortyfikacja%29

http://pl.wikipedia.org/wiki/Wilcze_do%C5%82y_%28fortyfikacja%29Rzecz o duchowej walce bez fajerwerków. 
Trywialnej, niedocenianej pułapce Złego.
Gorąco polecam nie tylko przeczytanie, ale także odważne zanurkowanie w głębię własnego serca: czy aby nie wykrwawiam się właśnie, tkwiąc w wilczym dole?



O. Józef Witko: Uraza to najniebezpieczniejsza pułapka złego ducha

- Jeśli nie przebaczam, sam siebie krzywdzę. Ten człowiek może już dawno o mnie zapomniał, ale we mnie ta nienawiść będzie trwała i będzie mnie niszczyć – mówi dla Fronda.pl ojciec Józef Witko.

Co się dzieje z człowiekiem, który nie chce przebaczyć doznanych krzywd?

Żeby Piotr i inni mogli zrozumieć, czym jest przebaczenie, Jezus opowiedział przypowieść o nielitościwym dłużniku. W tej przypowieści król daruje swemu słudze ogromny dług – 10 tysięcy talentów. Ale ten, któremu podarowano dług, nie mógł podarować stu denarów swemu współsłudze. Jezus mówi, że rozgniewany król kazał tego sługę wtrącić do więzienia, dopóki mu całego długu nie odda. Został on wydany katom. Analogiczna sytuacja ma miejsce, kiedy my nie chcemy przebaczyć bliźniemu – też zostajemy wydani katom. Owi kaci, to złe duchy, które mają dostęp do nas z powodu naszego zamknięcia sie, braku przebaczenia, na człowieka, który nas zranił. Złe duchy mogą nas wtedy dręczyć psychicznie (np. przez koszmary nocne, natrętne lub samobójcze myśli, niechęć do życia), mogą powodować problemy w relacjach, zgorzknienie, złość i gniew. Mogą także powodować różnego rodzaju problemy zdrowotne jak nadciśnienie, problemy z sercem, bóle głowy, bóle stawów, a nawet raka. Zdarzają się nawet przypadki opętania z powodu nienawiści, bo im częściej toleruję brak przebaczenia, który przeradza się w nienawiść, tym trudniej jest mi kochać i coraz większa jest władza złych duchów nade mną.

W swojej książce „Uzdrawiająca moc przebaczenia” pisze Ojciec, że uraza jest najniebezpieczniejszą pułapką, jaką zastawia na nas zły duch

Uraza nas zamyka i na człowieka i na Boga. Bóg jest miłością, pisze św. Jan. A skoro tak, to w momencie dopuszczenia urazy do serca, zamykam się na miłość. Bóg nie tylko jest miłością, ale też i źródłem miłości. Zatem zamknięcie się na miłość jest poniekąd też zamknięciem się na Boga. Pułapka złego ducha polega na tym, że my często nie zdajemy sobie sprawę z tego, że uraza jest tak niebezpieczna. Wmawiamy sobie np.: „mam prawo milczeć, mam prawo się do ciebie nie odzywać, bo mnie skrzywdziłeś, mam prawo być złym, mam prawo być urażonym, itd”. Uraza zamyka nam serce i osłabia miłość, aż w pewnym momencie stajemy się niezdolni do miłości. A przecież zostaliśmy stworzeni do relacji opartych na miłości i szacunku. A skoro tak, uraza jest bardzo niebezpieczną przynętą, która pozbawia nas możliwości okazywania miłości i szacunku, a tym samym doświadczania tego samego od innych. Kiedy Jezus mówi o czasach ostatecznych, to mówi, że pojawią się takie znaki, jak głód, trzęsienia ziemi, zaraza wojny… I dodaje: Ale to jeszcze nie będzie koniec, to będzie dopiero początek boleści (Mk 13,8). Mówi, że koniec nastąpi wtedy, kiedy osłabnie miłość wielu. Ten opis wydaje mi się bardzo trafny, bo kiedy nie będzie miłości, to już nie będzie świata, zło go zniszczy – ludzie się pozabijają.

Dlaczego tak trudno przebaczyć?

Myślę, że główną przyczyną braku przebaczenia jest brak świadomości tego, jak jest ono ważne, czyli brak poważnego potraktowania słów Chrystusa o konieczności przebaczania. Szatan ma tak ogromny wpływ, że wydaje nam się, że brak przebaczenia sprawia jakąś ulgę w cierpieniu. Ale prawda jest inna – tak naprawdę to ja cierpię, nie zaś ten drugi człowiek. Jeśli nie przebaczam, sam siebie krzywdzę, sam siebie niszczę. Ten człowiek może już dawno o mnie zapomniał, ale we mnie ta nienawiść będzie trwała i będzie mnie niszczyć. Brak przebaczenia wynika też z pychy, bo pycha sprawia, że kiedy nie chcę przebaczyć, to czuję, że mam jakąś władzę nad tamtym człowiekiem. Mogę go kontrolować, może nie w rzeczywistości, ale w moim umyśle i mogę go z zemsty krzywdzić. To daje jakąś taką satysfakcję, którą zło bardzo wykorzystuje. Niekiedy wydaje nam się, że jeśli będziemy chowali urazę, to będziemy chronieni i ten ktoś już więcej nas nie zrani. Jednak kiedy przebaczymy, to wówczas przede wszystkim sobie okazujemy miłosierdzie, bo przebaczając, odcinamy się od zgorzknienia, złych uczuć, gniewu i złości oraz nienawiści. O Anselm Grün podkreśla, że przebaczenie dotyczy doznanej krzywdy, więc kiedy przebaczam, odcinam się od tej krzywdy, a tym samym przestaję cierpieć.

Przebaczenie oczywiście nie jest łatwe, dlatego bez pomocy Jezusa jest ono niemożliwe (beze Mnie nic uczynić nie możecie J 15,5). Ono jest łaską. A skoro tak, to muszę o nią prosić. Bóg daje każdemu kto o nią prosi – Proście, a otrzymacie (Łk 11,9). Kiedy uważamy, że sami potrafimy przebaczyć, może to być bardzo złudne. Tak było w przypadku biblijnego Józefa, który został sprzedany przez swoich braci. Jemu wydawało się, że przebaczył, a nawet zapomniał…

….i dopiero spotkanie po latach z braćmi uświadomiło mu, że jednak im nie przebaczył

Kiedy ich zobaczył, to wówczas na nowo odżyły negatywne uczucia, które kiedyś do nich żywił. Dobrze, że na trzy dni wtrącił ich do więzienia, bo nie wiadomo, co by zrobił w tej złości… (śmiech). Ta historia pokazuje, że dopiero spotkanie z drugim człowiekiem może być takim miernikiem, czy rzeczywiście przebaczyliśmy. Podobnie Corrie ten Boom, choć sama głosiła konferencje o ważności przebaczenia po drugiej wojnie światowej, to jednak podczas spotkania ze swoim katem, nie potrafiła wyciągnąć do niego ręki, kiedy chciał się z nią pojednać. W tamtym momencie zrozumiała, że tylko wydawało jej się, że przebaczyła. Ale gdy zwróciła się w modlitwie do Pana Boga, by pomógł jej przebaczyć, pokonała wewnętrzne opory i stała się zdolna podać rękę temu człowiekowi. Więc tak naprawdę, dopiero w momencie, w którym dojdzie do pojednania, mogę być pewny, że przebaczyłem. Póki to nie nastąpi, każdego dnia muszę modlić się za tego człowieka, bo w ten sposób wyraża się moja miłość i troska o niego.

Jezus wzywał przecież, by nie poprzestawać na samej gotowości do przebaczania, ale by miłować nieprzyjaciół

Jezus mówił: Módlcie się za tych którzy was prześladują, błogosławcie tych, którzy was przeklinają (Mt 5,44). To jest jedyna droga. Jeśli modlę się i błogosławię człowieka, który mnie skrzywdził, to znaczy, że go kocham. Nawet, jeśli uczucia są negatywne. Uczucia są zmienne, choć uzdrowienie uczuć też wymaga czasu.

Co tak naprawdę oznacza postawa obojętności w relacji z bliźnimi?

Kiedy uraza dostanie się do serca, to rodzi złość, gniew, nienawiść. Nienawiść jest jak kij, który ma dwa końce. Z jednej strony jest ta nienawiść czynna, która wyrządza zło bliźniemu poprzez konkretne czyny, a z drugiej jest bierna – mogę traktować drugiego człowieka jak powietrze, czyli z obojętnością. Jestem obojętny wobec drugiego człowieka, obojętny na jego osobę, na jego potrzeby… To świadczy o tym, że dalej jest we mnie nienawiść. Powinniśmy się troszczyć o siebie nawzajem, a więc miłość polega na tym, że nie mogę być obojętny na czyjś brak, na czyjeś cierpienie, trudną sytuację. Jeśli sobie tego nie uświadamiam, to nie mam grzechu, ale konsekwencje są straszne, bo słabnie ogień miłości. Później dziwię się, że jakoś nie potrafię kochać, cieszyć się życiem być cierpliwym… A musi tego być jakaś przyczyna.

Jak zmienia się stan naszego ducha, kiedy przebaczamy?

Przede wszystkim, otwieramy się na Ducha Świętego. Przebaczenie, to otwarcie się na miłość, a wiemy, że Duch Święty jest osobową miłością. Przebaczenie jest możliwie tylko dzięki łasce Bożej, ale kiedy człowiek na to przebaczenie się otwiera, to automatycznie doświadcza obecności Boga. Poprawia się jakość jego modlitwy i uczestnictwa we Mszy św. To jest największa łaska, że teraz staję się zdolny do miłości kogoś, kto mnie skrzywdził. Obecność Ducha Świętego mogę poznać po owocach. Owocem zaś Ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. (Ga 5, 22-23). Im częściej przebaczam, a więc wybieram drogę miłości, tym bardziej wewnętrznie przybliżam się do Boga, a tym samym oddalam się od złego. Coraz częściej będę doświadczał obecności Ducha Świętego przez tę wewnętrzną pewność, że Pan jest ze mną i dzięki Niemu oprę się złu. Rośnie we mnie świadomość, że staję przed wyborem takiej lub innej drogi i wybieram drogę błogosławieństw, a odrzucam drogę urazy i nienawiści.

Rzadko chyba zdarza się tak, aby przebaczenie nastąpiło w jednym momencie np. w czasie nabożeństwa z modlitwą o uzdrowienie, zazwyczaj jest to proces. Na jakie łaski się otwieramy, kiedy wchodzimy na drogę przebaczenia?

Im większa krzywda, tym więcej potrzeba czasu, aby przebaczyć. Każda rana jest inna. Są rany cięte, szarpane, kłute. Każda z tych ran inaczej i w innym czasie się goi. Podobnie rany naszego serca. Wymagają one czasu zanim się zagoją. Pan Bóg może oczywiście udzielić łaski, że przebaczymy w jednym momencie, ale jeśli tego nie czyni, to dlatego, że chce, byśmy dojrzeli do przyjęcia tej łaski. Ja zawsze powtarzam, że im więcej mamy czasu na przyjęcie łaski, tym lepiej, bo jej nie zmarnujemy. Kiedy przechodzę przez proces przebaczenia, mam czas, żeby sobie wiele rzeczy uświadomić. Przede wszystkim to, że to nie jest tylko kwestia między mną, a drugim człowiekiem. Kiedy nie przebaczam, obrażam Pana Boga, nie liczę się z Nim. Uświadamiam sobie też, że ranię samego siebie, bo wybieram nienawiść, która jest zabójcza dla człowieka. To też nie jest bez znaczenia dla Kościoła. Z powodu mojego braku przebaczenia cierpi też Kościół. Muszę zatem za to Pana Boga przeprosić. Nienawiść to straszny grzech, który niszczy miłość, a przecież miłość jest naszym przeznaczeniem. Odkrywam, że jestem wielkim grzesznikiem, bo wybrałem drogę braku przebaczenia. To ogromny dar, jeśli sobie uświadomię, że jestem grzesznikiem, bo dla grzesznika jest przebaczenie, a nie dla tego, który nie uważa się za grzesznika. Łatwiej mi późnej przebaczyć, kiedy sam doświadczyłem Bożego miłosierdzia. Uświadamiam sobie też, że do tego aby przebaczyć, potrzebuję Boga. My nie mamy tej siły, aby przebaczyć sobie czy bliźniemu bez pomocy Boga i bez uprzedniego doświadczenia Jego miłosierdzia nad nami. Ale kiedy doświadczyliśmy Bożego miłosierdzia, to mamy obowiązek przebaczyć sobie i bliźniemu, ponieważ Bóg nam przebaczył. Wiadomo, że grzech dosięga Boga, ale dosięga też stworzenia. Więc dosięga Kościoła, bo nie żyję sam, tylko we wspólnocie. Kiedy wybrałem urazę, to zraniłem Kościół, który jest osłabiony. Jeżeli to sobie uświadamiam, to uświadamiam sobie, że potrzebuję Kościoła do pojednania.

Wkraczając na drogę przebaczenia, uwalniamy się też spod działania złych duchów. Mimo, że nie doszło jeszcze do pojednania czy przebaczenia, to w momencie, kiedy decyduję się przebaczyć, już jestem chroniony Bożą opieką, wyrwany spod panowania zła. Złe duchy oczywiście mogą się wściekać i w jakiś sposób dawać o sobie znać, ale nic nie mogą zrobić, mogą mnie jedynie wystraszyć czy próbować zniechęcić. A ten pokój i radość, które pojawiają się wraz z obecnością Ducha Świętego, są dla mnie znakiem, że idę właściwą drogą.

Bywa jednak tak, że człowiek ma żal do Pana Boga i Panu Bogu nie potrafi przebaczyć, a co dopiero sobie i bliźniemu…

Jeśli mam jakąś urazę do Pana Boga, bo np. mnie nie wysłuchał, dopuścił jakąś chorobę lub nieszczęście czy też zabrał ukochaną osobę, to jest to wyraz ludzkiej pychy, chęci panowania nad czasem, nad czyimś życiem, decydowania o tym co dla mnie jest dobre, a co tym dobrem nie jest. Uświadamiając sobie urazę, gniew, złość, nienawiść powinienem za to przeprosić Pana Boga i prosić Go o łaskę, bym stał się pokorniejszy i bardziej Mu ufał. Ja jestem stworzeniem, a Bóg moim Stwórcą, a także Ojcem, który pragnie dla mnie dobra. Zanim pojednamy się z Bogiem, też może minąć trochę czasu. My niekoniecznie musimy wszystko rozumieć. Chodzi o to, żeby zaufać, że to, co się wydarzyło, też wpisuję się w wolę Bożą. Mimo, że jest to złe, to jednak nie dzieje się to bez woli Bożej, a skoro tak, to Bóg z tego wyprowadza dobro. Więc kiedy dojdzie do pojednania, zaczynam patrzeć na trudne sytuacje, na doznane zło, jako na okazje do doświadczenia dobra, które Bóg z tego zła wyprowadza. Kiedy odkryję w sobie pychę, związaną z chęcią panowania nad drugim człowiekiem, nad czasem i okolicznościami, to pomaga mi to później przebaczyć sobie i drugiemu człowiekowi. Bo kiedy przebaczam człowiekowi, albo sobie, to nie zawsze sobie uświadamiam, że jest we mnie pycha. M.in. dlatego powinniśmy najpierw zacząć od pojednania z Bogiem.

Jak ważne jest przebaczenie, kiedy modlimy się o uzdrowienie duchowe czy fizyczne?

Przebaczenie to pierwszy krok otwarcia się na uzdrowienie. Bez przebaczenia nie ma uzdrowienia fizycznego, jeśli jakaś choroba jest spowodowana brakiem przebaczenia. Natomiast kiedy przebaczam, duchowo od razu zdrowieję. Znam wiele świadectw osób, które zostały uzdrowione nie przez modlitwę o uzdrowienie, tylko dzięki temu, że przebaczyły. Zresztą powrót do zdrowia jest też znakiem, że musiało nastąpić przebaczenie. Pewna osoba chora na raka, przed operacją postanowiła się pojednać ze wszystkimi, z którymi była skonfliktowana. Okazało się, że choroba całkowicie zniknęła.

We wspomnianej książce podkreśla Ojciec, że z przebaczenia powinniśmy uczynić styl życia, tak, aby przebaczać zawsze i wszystkim. Co może nam w tym pomóc?

Jeśli wchodzę na drogę przebaczenia, to uświadamiam sobie, że nie mogę dopuścić do takiego stanu, kiedy po latach dopiero staram się przebaczyć. Jeśli mnie ktoś zrani, od razu, zamiast przekleństwa, wybieram błogosławieństwo. Pan Bóg w Starym Testamencie mówi: Kładę przed tobą życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie życie, abyście żyli. (Pwt 30, 15. 19) Kiedy ktoś np. mówi mi przykre słowo, mam ten moment wyboru: albo zdecyduję się na złość i gniew czyli na przekleństwo, albo przebaczam i decyduję się na błogosławieństwo. Wiadomo, że może się tak zdarzyć, że może się we mnie zrodzić wściekłość, bo ktoś mnie zranił. To normalne, że mamy takie uczucia, ale kiedy sobie już to uświadomimy, trzeba powiedzieć: „Panie Boże, żałuję że się zezłościłem, że wypowiedziałem brzydkie słowa. Przebacz mi, odwołuję te słowa”. Trzeba je wtedy zastąpić dobrymi myślami o tym człowieku i prosić Pana Boga, aby mu pobłogosławił i postanowić, że będę bardziej czujny na to, co mówię i jak się zachowuję. Gdy robię rachunek sumienia każdego dnia wieczorem, to jest mi łatwiej. Jeśli ktoś nie robi rachunku sumienia, to może o tym zapomnieć, a to jest bardzo niebezpieczne. Ludzie mogą nas ranić na różne sposoby, a my nawet sobie nie uświadamiając z jakiego powodu, już inaczej na kogoś patrzymy. Miłość jest osłabiona, a jeśli to się powtarza, może ona zostać zniszczona. Ale jeśli mamy tego świadomość, przebaczymy. Ta miłość nie doznaje wtedy uszczerbku, a mało tego – zyskuje. Wzmacnia się tym doświadczeniem obecności Ducha Świętego.

Rozmawiała Emilia Drożdż

źródło: fronda.pl

6 kwietnia 2014

Czasem brakuje...

Już parę lat bez Gorzkich Żali.
Niepowtarzalnej perły polskiej pobożności pasyjnej, w której dusza, śpiewając cierpienia Chrystusa i Matki Bolesnej, sama rzewnieje.

27 marca 2014

Seryjny kopciuszek atakuje, czyli zakonnica na targowisku próżności.

Przemysł medialny od kilku lat dosłownie produkuje gwiazdy na masową skalę. Najczęściej są to gwiazdki sezonowe, które rodzą się w programach typu Idol, Mam Talent, X Factor, The Voice i tym podobnych, parę zaś miesięcy później więdną w zapomnieniu. Seria tych programów to sukces alchemików show businessu. Formuła działa doskonale, zapewniając stałą publiczność i pieniądze producentom programów, nowe nabytki (najczęściej wokalne) producentom muzycznym i nadzieję, że "kiedyś i mnie się uda" rzeszom śmiałków czekających na eliminacje do następnych sezonów. Swoiste perpetum mobile.

Jak działa ta machina? Otóż sekret jest ten sam, jaki kryje w sobie baśń o kopciuszku:
Cicho i spokojnie żyje sobie niewypowiedzianie piękna dziewczyna... nie zauważona i nie doceniona przez nikogo, wyśmiewana, poniżana i odrzucona. I oto nadchodzi jej dzień, jej cudowny bal, na którym zachwyca księcia, okazuje się najpiękniejsza w całym królestwie, książę traci głowę i... żyją w bogactwie i pomyślności długo i szczęśliwie.

Tak właśnie jest opracowana formuła tego typu programów: na scenę, przynajmniej co jakiś czas, powinien wyjść ktoś, kto wzbudzi silne emocje. Wszystko jedno jakie: małe dziecko, jak Connie Talbot albo staruszka, jak Janey Cutler. Jeszcze lepiej działa niespodzianka ukryta w drobnej Carly Rose Soneclar, dziecinnej Biance Ryan, lub budzącego uśmieszki widowni Johnatana

W przypadku s. Christiny elementem budzącym emocje jest... tak, habit. Działa to równie skutecznie, jak nadwaga Johnatana, czy niewinna buźka Rose. Takie są prawa przemysłu rozrywkowego. Tylko, że przemysł nie zajmuje się człowiekiem, ale używa go do wyprodukowania zysków. Uczestnicy programu przychodzą i odchodzą i są tylko elementami napędowymi. Mniej lub bardziej, zasadę zna każdy i nikt o to nie ma pretensji. Wszyscy świetnie się bawią, a te parę szczęśliwców dostaje wymarzony kontrakt z producentem lub przynajmniej może się poczuć gwiazdą youtube.

Tylko, że w przypadku siostry zakonnej jest trochę inaczej. Odłóżmy emocje, skupmy się na istocie rzeczy. Siostra jest osobą konsekrowaną. Co to znaczy?

Konsekracja, znaczy dosłownie poświęcenie (od łac. consecratio). Termin ten oznacza wyłączenie czegoś ze świeckiego użytku i przeznaczenie przez szczególne błogosławieństwo na użytek służby Bożej. Ponadto z pojęciem konsekracji łączy się błogosławieństwo dokonane przez biskupa i połączone z namaszczeniem osoby lub rzeczy konsekrowanej olejem świętym. Znamy np. konsekrację biskupów, opatów, kapłanów albo ołtarzy, dzwonów itp. 
(Ks. Marian Kowalewski, Mały Słownik Teologiczny, Księgarnia św. Wojciecha 1960)

Niekatolikom może być trudno zrozumieć głęboki smutek na widok kościołów zamienionych na mieszkania. Z architektonicznego punktu widzenia to niecodzienne wyzwanie i najczęściej bardzo ciekawe rozwiązania. Niepowtarzalna koncepcja wnętrza, tajemniczy klimat połączony z nowoczesnością, itp. Nie ma się czego czepić. 


Ale my na budynek, który został zbudowany i przeznaczony TYLKO dla Boga i Najświętszych Czynności, a który teraz służy do czegokolwiek innego, patrzymy z punktu widzenia wiary w prawdziwego Boga. Takie wykorzystanie kościoła jest profanacją, czyli wydarciem go ze sfery świętości i rzuceniem w świeckość.

Spróbujmy, również bez emocji, popatrzeć tak na występ s. Christiny. Jako osoba konsekrowana oddaje całe swoje jestestwo na własność Bogu. Nawet, jeśli nie oddziela się od świata murem klasztornym, nie należy już do świata - pozostaje na świecie tylko dlatego, żeby spełniać wolę Boga. Jest takim "agentem" niebios na ziemi.
 
Problem nie polega na tym, że siostra śpiewa i kocha śpiew. Nawet nie na tym, że śpiewa na scenie i że to nie jest śpiew gregoriański. Krytyka krytyków występu siostry, która sprowadza się do słów "życie zakonne nie jest cmentarzyskiem talentów" to tylko szczęk broni w potyczce słownej. Muzyka chrześcijańska rozwija się całkiem nieźle i ma wielu wykonawców w habitach i sutannach. Można spokojnie rozwijać talent i pozostać "wyłączonym z użytku świeckiego". 

Romans osoby konsekrowanej z przemysłem muzycznym kończy się tragicznie dla samej konsekracji. Artyści, którzy chcą tworzyć nie podlegając jego dyktatom, pozostają artystami niszowymi, ponieważ inaczej musieliby się podporządkować wymaganiom przemysłu. Seria w/w programów nie zajmuje się artystami niszowymi - to (w wypadku sukcesu uczestnika) zasilanie rozrywki dla mas kolejnym PRODUKTEM. Konsekracja, wierność konsekracji i wzrastanie w niej są dla osoby poświęconej Bogu niezwykle wymagające: całe życie jest wybieraniem Boga i tego, czego On chce, aby jeszcze bardziej należeć do Niego, aż do całkowitego zjednoczenia z Nim. W tym zjednoczeniu i byciu całkowicie i bez reszty "Bożym" leży szczęście i spełnienie osoby konsekrowanej. To prawo działa zarówno w zakonach zamkniętych, jak i zajmujących się pracą apostolską.

Naiwnością (wszak siostra nie przekroczyła jeszcze 30 lat; choć jej przełożeni zapewne przekroczyli i tu należy się trochę dziwić...) jest sądzić, że można wejść w tryby przemysłu muzycznego i  częściowo przyjmując reguły gry "rozsadzić system od środka" przez ogień, jaki płonie w sercu.

Od św. Pawła począwszy, przez długą listę świętych (i omal-świętych) można dosadnie się przekonać, że nosimy ten skarb w naczyniach glinianych. Człowiek jest słaby i jak przekonuje historia ot, choćby słynnej Sister Smile, nie potrafi obronić w sobie tego, co najświętsze i najbardziej kruche. I łatwo upada na samo dno.

U s. Christiny dodatkowym niepokojem napawa łatwość kokietowania Złego przez beztroskie (i niestety bezmyślne) używanie znaku powszechnie uznawanego za satanistyczny (W tym momencie, niestety, muszę obalić twierdzenie, jakoby pokazała rogi w znaczeniu "kocham cię". Kontekst wypowiedzi sędziów, a także ich reakcje nie pozwalają obronić takiego usprawiedliwienia). Jeśli s. Christina uparcie będzie kontynuować drogę kariery w przemyśle muzyki świeckiej, szybko znajdzie usprawiedliwienie dla porzucenia życia zakonnego. I tu, coś mi mówi, że spotka ją gorzki zawód. Bowiem z przykrością muszę stwierdzić, że to nie głos zrobił furorę, a głos w habicie. Jeśli siostra przestanie być siostrą, nie utrzyma się w światku rozrywki inaczej, jak tylko przez bycie "celebrytką", czego jej z serca nie życzę.

Moim zdaniem pozostaje nam modlić się za s. Christinę i jej przełożonych o dostrzeżenie drogi s. Christiny w szerszym świetle. I o zawrócenie jej z tej drogi. 
I nie tylko za s. Christinę. Nie ona jedna ulega złudzeniu, że można zapalić Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek.


4 marca 2014

O wojnie światowej, zaklinaniu rzeczywistości i lekarstwie na nie.

Wojna, o której myślę, to wojna trzech frontów:
- front międzynarodowy
- front między światami
- front ludzkiej duszy
Wojna trzech frontów nie ustaje. Nie istnieje zawieszenie broni. Będzie się toczyć do zwycięstwa jednych i klęski drugich - bez przerwy.Co więcej, wszystkie trzy fronty łączą się ze sobą siecią licznych skomplikowanych i prostych jednocześnie więzów.
Na wszystkich trzech frontach można udawać, że wojny nie ma i śmiać się z historyków i twórców teorii spiskowych. Można zaklinać rzeczywistość do granic możliwości. Ale rzeczywistość ma to do siebie, że prędzej, czy później wszelkie iluzje rozbijają się o nią w drobny mak.

Jako że pisanie przychodzi mi z wielkim trudem, a mojej prośby nie chcę dalej odkładać z dnia na dzień, wnikliwą analizę pozostawiam czytelnikom, a sama uronię tylko kilka zakrzywiających czasoprzestrzeń skrótów myślowych. Mianowicie:

O wojnie międzynarodowej pisze każdy, bo Majdan i odpowiedź Putina, a także (nie pierwsze już z serii) ćwiczenia wojsk rosyjskich w okolicach lub na temat Polski, obudziły nas nagle na dotykalną wręcz możliwość wojny. I to światowej. Ba, atomowej również.

Wojna światów toczy się od zarania dziejów, ale jest coraz bardziej dramatyczna i zbiera coraz większe żniwo. Mam na myśli wojnę Szatana przeciwko ludzkości. Zezwolenie na zabijanie dzieci przez własnych rodziców nie tylko w łonie matek, ale i po urodzeniu to tylko jeden z wielu, kolejny i - obawiam się - nie ostatni krok cywilizacji z kwikiem na łeb na szyję pędzącej z urwiska w przepaść. Ofiary i straty tej wojny są nieprzeliczone. Zamordowane dzieci, chorzy, starcy; żywi coraz bardziej spętani nałogami i perwersjami upadlającymi człowieka, a hołubionymi i umacnianymi przez coraz bardziej absurdalne prawo. 

Na froncie ludzkiej duszy zaś... Lektura dzieł pochodzących z różnych wieków pokazuje, że problem istniał zawsze i zawsze rozbrzmiewało wołanie o opamiętanie. Innymi słowy człowiek niechętnie przyznaje, że o jego duszę toczy się walka na śmierć i życie i to on sam on uzbraja lub rozbraja obie strony: Boga i szatana. Jak? Wolną wolą. I - nie daj Bóg - do śmierci nieraz udaje, że śmierci nie ma, a jak jest, to wieczności nie ma, jak mimo wszystko i ta istnieje, to nie istnieje grzech. Jeśli i tego nie da się zaprzeczyć, to próbuje zaklinać rzeczywistość i przekonuje siebie i świat dookoła, że właściwie "nic się nie stało", a konsekwencji wiecznych nie ma. I jeśli - nie daj Bóg - do śmierci uda się mu w tym wytrwać, to dopiero kiedy czas się dla niego kończy, i nic już się więcej zaklinać nie da, okazuje się, że się tragicznie mylił.

(tu chwila, albo dwie, na rozmyślanie, podróze w czasie, analizy i syntezy...)


Jesteśmy bezradni. Na wszystkich trzech fronach. Wszystkie trzy nas przerastają, bośmy pył i proch tylko, cokolwiek byśmy sobie o sobie nie wyobrażali. Na wielką politykę wpływu nie mamy. Na duchowe zepsucie cywilizacyjne także nie. Nawet (a mądrość ta z wiekiem przychodzi) na podwórku własnego serca jesteśmy wyjątkowo niegramotni. 

Cóż zrobić?

Moja propozycja to: RÓŻANIEC!


Czemu właśnie ona? Dlatego, że przez jej szczere i z głębi serca odmawianie powierzamy Matce Bożej sprawę wobec której jesteśmy bezradni. Ona, Pełna Łaski, zjednoczona z Trójcą Świętą, jest wstanie przeniknąć niedostępne głębiny ludzkich serc, dosięgnąć węzłów grzechu, które zniewalają człowieka i nie pozwalają mu być szczęśliwym Dzieckiem Bożym. Mocą macierzyńskiej miłości uzdrawia serca z upadlających kajdanów nałogów, przywraca ludzi ludziom, a przede wszystkim rozplątuje drogę człowieka tak, aby mógł bezpiecznie dojść do źródła miłości i swojej ojczyzny - Trójcy Świętej. 
Nie zawsze jest tak, że rozplącze węzeł tak, jak tego oczekujemy. Ponieważ widzi znacznie lepiej, niż my, wie, jak on powstał i gdzie trzeba "pociągnąć", żeby go rozsupłać.
Przez tą nowenną powierzamy w ręce Maryi nasze życie, a zwłaszcza to, wobec czego jesteśmy bezradni. Ponieważ wszystko, co znajdzie sie w rękach Maryi jest oddane Bogu, jest to najlepsza i najkuteczniejsza pomoc, o jaką można prosić. Papież Franciszek miał ponoć powiedzieć kiedyś: 
Jej dłonie mają moc rozwikłać każdy supeł. Plątanina poddana próbom uporządkowania przez kogokolwiek innego, niż Maryja, zapętla się jeszcze bardziej. 

Gorąco zachęcam, nie, proszę każdego, żeby odmówił co najmniej jedną nowennę - za siebie. Nigdy nie wiadomo, ile czasu nam zostało, czy będziemy mieć jeszcze czas żałować, odwrócić się od zła i pokutować za swoje grzechy, wynagradzać i upraszać Boże miłosierdzie dla naszych bliskich. Nie wiemy, w jakich okolicznościach zejdziemy z tego świata: być może nawet wtedy nie będzie czasu. Ten czas mamy TERAZ. 
Komu starczy czasu i gorliwości, zachęcam do kolejnej nowenny: o pokój, o opamiętanie i zawrócenie z drogi zatracenia, którą podążają kolejne kraje wprowadzając zbrodnicze ustawy, o nawrócenie bliskich...

Grzech ma konsekwencje. Jak uczy św. Paweł, a życie wielokrotnie pokazuje, grzech gdy dojrzeje, rodzi śmierć. 
Ale dobro, modlitwa i ufność także mają konsekwencje: przemagają zło i rodzą życie. Żadne dobro nie zginie bezowocnie.
Tylko bezczynność nie rodzi nic. Kolejny dzień bagatelizowania, zaklinania rzeczywistości i odkładania na później, to dzień stracony. Wyobraźmy sobie wojnę, w której mimo napaści agresora, wojsko z dnia na dzień odciągałoby operacje obronne.


Na koniec chcę zachęcić do lektury Tajemnicy Fatimskiej. Zwykle skupiamy się na niezwykłościach i próbujemy rozwikłać apokaliptyczną zagadkę trzeciej tajemnicy. Ale ta tajemnica jest o nas: o zagrożeniu piekłem przez bagatelizowanie zła i lenistwa w dobrym, o gorzkim i okrutnym losie świata wydanego na pastwę rozszalałego zła przez naszą opieszałość. O tym wreszcie, że jesteśmy niewyobrażalnie potężni jeśli powierzamy się Bogu - że rękami splecionymi różańcem można zmienić bieg świata. I przez to jesteśmy odpowiedzialni i za swoje zbawienie i za zbawienie innych ludzi. A to jedyna rzecz, której nie wolno nam zaprzepaścić.

11 lutego 2014

Mądrego to i przyjemnie posłuchać: depresja; duch rozsądku i duch nierozsąku.

Mądrego to i przyjemnie posłuchać: Niewidzialni wrogowie

Z księdzem Marianem Rajchelem, egzorcystą diecezji przemyskiej i psychologiem, rozmawia Robert Krawiec OFMCap.


Niewidzialni wrogowie


Ludzie nie wierzą w istnienie piekła, bo jest to dla nich łatwiejsze. Ale też ukrywanie swojego działania wobec ludzi leży w interesie złego ducha i jest jednym ze skuteczniejszych jego działań.



Tabu w Kościele

Podobno wielu księży nie wierzy w istnienie złego ducha i w opętanie?

Przytoczę słowa złego ducha usłyszane podczas przeprowadzania egzorcyzmu: „Bo wielu księży myśli, że ja jestem tylko w piekle”. Nie, zły duch jest tam, gdzie ludzie go wpuszczą.

— W wielu diecezjach, seminariach w Polsce i na świecie nie mówi się o piekle, złym duchu i opętaniach. Dlaczego?

Również zadaję sobie to pytanie. Był to temat tabu. W Kościele egzorcyzmy stały się jakby sprawą wstydliwą, II Sobór Watykański ją ominął. Uważam, że doświadczenia egzorcystów powinno się zebrać i włączyć do nauki teologii i ascezy, czyli wierności na co dzień Panu Bogu. Powinniśmy się uczyć, jak rozpoznać wroga, przewidzieć, kiedy i w jaki sposób zły duch zaatakuje. W ten sposób łatwiej będzie nam się przed nim bronić.

— W większości ludzie także nie wierzą w istnienie piekła i działanie diabła...

W 1972 roku papież Paweł VI powiedział, że zły duch rządzi światem, że wtargnął w historię za pozwoleniem ludzi. Po tej wypowiedzi świat był oburzony, a media opluwały papieża, grzmiąc: Jak w XX wieku można mówić o szatanie! Ale w tym samym czasie w wielu państwach rejestrowano kościoły satanistów, kościół Lucyfera. Tak wygląda nasza cywilizacja: oficjalnie mówi się co innego, a w praktyce jest co innego.

Ludzie nie wierzą w istnienie piekła, bo jest to dla nich łatwiejsze, a ukrywanie swojego działania wobec ludzi leży w interesie złego ducha, stanowiąc zarazem jedną ze skuteczniejszych jego akcji.

— Czy musimy wierzyć w istnienie diabła, aby się zbawić i być w Kościele? Nigdy przecież nie stwierdzono dogmatu o istnieniu złych duchów. Dlaczego?

Bo nigdy w Kościele nie było z tą prawdą problemów. Kościół nigdy nie wątpił w istnienie i szkodliwe działanie złego ducha. Biblia wyraźnie stwierdza, kto skusił pierwszych rodziców do grzechu, kto kusił Pana Jezusa. Tu nie ma wątpliwości! Pytanie dotyczy konieczności uwierzenia. Mamy obowiązek wierzyć w prawdy wiary, choć nie wszystkie zostały zdogmatyzowane. Trzeba wierzyć zarówno w istnienie aniołów, jak i złych duchów. Bez tej wiary nie da się być w Kościele. 

Egzorcyści

Słysząc o szatanie, ludzie boją się i myślą: „Jeśli zostawię złego ducha w spokoju, to i on zostawi mnie, a jeśli będę z nim walczył, to on mnie zaatakuje”. Czy boi się ksiądz diabła?

Oczywiście, że się go boję! I nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Chciałbym go mocą Bożą wyrzucać z ludzi jak najczęściej. Nie ma co ryzykować. Czy jest taki człowiek, który się go nie boi?! To wielki błąd, jeśli ktokolwiek udaje, że jest mocniejszy od złego ducha.

— Czy zły duch uprzykrza życie i utrudnia posługę również egzorcyście?

Świeży przykład może być? Wczoraj o godzinie 23.54, po modlitwie nad opętaną dziewczyną, dostałem bardzo „miły” SMS (zachowałem wiadomość w poczcie, jakby ktoś nie wierzył): „Pożałujesz tego, marny klecho, dotknij mnie jeszcze raz tymi wyświęconymi łapami i swoimi zabawkami, a cię zabiję! Dość już tego, dość, dość, dość... Dość mówię!”. Aż się z tego ucieszyłem. Dlaczego? Bo niekiedy się wydaje, że nasze modlitwy nic nie znaczą, a gdy zły duch się wścieka, to znaczy, że mocno ucierpiał i jest porządnie trafiony.

Inny SMS był taki: „Zdechniesz za to, co zrobiłeś, nie boję się Pani Niebieskiej ani ciebie z tymi zabawkami”. Znowu kłamstwo w wydaniu złego ducha: „nie boję się”, a równocześnie „zdechniesz za to, co zrobiłeś”. Można wyczuć, z kim ma się do czynienia!

Módlcie się za egzorcystów, gdyż nie wolno nam popełnić żadnego błędu, bo wtedy rzeczywiście zły duch może się zemścić.

— Arcybiskup Emmanuel Milingo był egzorcystą w Afryce i we Włoszech. Jednak wystąpił z Kościoła.

A dlaczego Judasz odszedł od Pana Jezusa?...

— bo człowiek jest wolny...

...tylko u Pana Boga jest wolny! U złego ducha jest zniewolony! Bóg nigdy nie zmusza człowieka, tylko składa propozycje: „Jeśli chcesz, to pójdź za mną”. Pan Bóg namawia, podaje argumenty, podsuwa projekty, ale nigdy nie zmusza. A działanie i opętanie złego ducha polega na przymusie, wzięciu człowieka we władanie, zniewoleniu go i degradacji.

— Czy ze złym duchem można rozmawiać?

Spotkałem egzorcystów, którzy przyjmowali jak objawienie wszystko, co zły duch im powiedział. Uważam, że tego robić nie wolno, gdyż zły duch to ojciec kłamstwa. On, nawet przymuszony rozkazem wyznania jakiejś prawdy, dorzuci jeszcze jakiegoś śmiecia. Kiedyś zapytałem złego ducha: „Co zrobić, żebyś z tej osoby wyszedł?”. „Odmówić «Ojcze nasz» po francusku” — usłyszałem odpowiedź. I dwie osoby z zespołu egzorcystów odmówiły modlitwę po francusku! Mówiłem im, że tego nie trzeba robić, lecz one się pomodliły, co oczywiście nic nie pomogło.

Niekiedy sam zły duch rozpoznaje nasze myśli. Pewnego razu zastanawiałem się, czy osoba jest opętana, dręczona, czy tylko udaje. I w myślach rozkazywałem złemu duchowi: „Jeśli jesteś w tej osobie, to w Imię Jezusa powiedz, jakie jest twoje imię”. Po chwili ciszy zły duch objawił się w tej osobie. „Chcesz znać moje imię? Powiem ci” — przemówił.

Czasem trzeba rozkazywać złemu duchowi, by podał imię, to pomaga przy uwolnieniu.

— Czytałem, że w Polsce jest około sześćdziesięciu księży egzorcystów i każdego dnia mają co robić. Co znaczy dla księdza być egzorcystą?

Przyznam się, że dla mnie posługa egzorcysty jest teologią praktyczną, której w seminarium nie było. Dzięki niej wiele douczyłem się o Bogu, o człowieku i złym duchu. To nie jest tylko problem dręczeń. Ile satanizmu jest w naszym życiu społecznym, narodowym, a nawet kulturalnym. Ile kłamstw, obłudy, podpuszczania...

Bardziej rozumiem, że Chrystus przyszedł nas wybawić od potwornego zła. Zbawiciel aż taką wielką cenę za nas zapłacił. Gdyby był to drobiazg, Bóg wysłałby anioła. Jezus sam przyszedł jako człowiek, by pokazać nam sposób życia w prawdzie i świętości oraz unaocznić niebezpieczeństwa grożące człowiekowi. To dają mi egzorcyzmy.

Z drugiej strony posługa ta pokazuje mi, że ludzie często nie wiedzą, co w życiu czynią. Nie wiedzieli, bo skazali niewinnego Chrystusa i jeszcze z Niego szydzili. Nie wierzyli, że jest Bogiem i mieli silnego kusiciela. Ludzie opętani i dręczeni na początku dziwią się mojej życzliwości, bo uważają się za odsuniętych, potępionych, napiętnowanych, a tymczasem spotykają się z radością, miłością i słowami: „Dobrze, dziecko Boże, że wracasz”. My, egzorcyści, cieszymy się każdym dobrem i martwimy każdym ustępstwem na rzecz zła. To pogłębia duszpasterską więź z przychodzącymi do nas ludźmi. Niedawno pewna pani powiedziała: „Ja tak bardzo bałam się przyjechać do księdza”. Później pozbyła się tego strachu.

— Zastanawiam się, dlaczego jeden egzorcyzm nie wystarczy, lecz trzeba go powtarzać.

Kiedyś dziewczyna zdiagnozowana jako opętana zachowywała się na egzorcyzmie spokojnie, cicho, tylko delikatnie drżąc. Za drugim razem było tak samo, czyli bez większych objawów opętania. Wówczas wziąłem ją na bok i zapytałem, co robi w trakcie egzorcyzmu — czy odnawia pakt z szatanem. Kiwnęła głową, że tak: aby nie było objawów, w tym czasie ona ponownie oddawała się złemu duchowi. Na co taki egzorcyzm? Na nic! Nigdy modlitwa nie działa wbrew woli człowieka.

U osób, które nie chcą być uwolnione, zło wraca. Jeśli zaś człowiek wytrwa na egzorcyzmie — niekiedy całe miesiące — to wyjdzie spod wpływu złego ducha.

— Czy zdarza się, że egzorcyzm w jakimś przypadku nie skutkuje?

Niestety, może tak być. Mamy jako egzorcyści świadomość, że nie wszystko może się udać. Zdarza się, że na skutek działania złego ducha nie dochodzi do egzorcyzmu. W pewnym przypadku szatan tak bał się egzorcyzmu, że doprowadził do samobójstwa młodego chłopaka, zanim udało mu się ze mną spotkać. Jak opowiadali później jego koledzy, którzy wieźli go do mnie, chłopak nie wysiadł normalnie z samochodu, ale coś go wydarło przez okienko w drzwiach, i od razu pobiegł do Sanu odebrać sobie życie.

— Czy można egzorcyzmować kogoś wbrew jego woli?

Nie. Egzorcyzm to nie czary, wymaga zaangażowania opętanego, konieczna jest jego chęć poprawy i powrotu do Boga. On sam musi walczyć o uwolnienie od złego ducha. Jeżeli tego nie robi, modlitwa egzorcysty nic nie pomoże. Opętanie to stopniowa degradacja, a egzorcyzm jest procesem powrotu do Boga.

— Ile egzorcyzmów ksiądz przeprowadził?

Nie wiem, bo ich nie liczę. Trochę by się tego uzbierało. Kiedyś w jednym miesiącu miałem sto dwadzieścia spotkań (wiele zakończonych egzorcyzmowaniem).

— Czy miał ksiądz jakiś widowiskowy egzorcyzm?

Wszystkie egzorcyzmy takie są... Kiedyś modliliśmy się nad chłopakiem, maturzystą. Objawy opętania wystąpiły w szkole. Młodzież natychmiast szukała księdza. Pytałem ich, jak poznali, że potrzebna jest pomoc egzorcysty, przecież mogli zadzwonić po psychologa czy psychiatrę? Chłopcy powiedzieli: „Bo ten szczupły chłopak miał taką siłę, żeśmy w czterech nie mogli mu dać rady”, a dziewczyny stwierdziły: „Bo takim wzrokiem na nas patrzył, jakby chciał nas wszystkich w klasie pozabijać”. Odbył się pierwszy egzorcyzm, podczas którego chłopak krzyczał: „Ja wam tego nie daruję!”, a po chwili ciszy spokojne powiedział: „Macie szczęście, że On tu jest i Ona!” (zły duch bardzo niechętnie wypowiada imiona Jezusa i Maryi; jego słowa znaczyły, że wspiera nas Pan Jezus i Maryja). Czego więcej potrzeba! To był najkrótszy egzorcyzm w mojej karierze, dwa razy spotkaliśmy się na modlitwie i spokój. Czy to nie jest widowiskowe?

Metody złego ducha

W jaki sposób zły duch wpływa na ludzi?

Szatan działa na dwa sposoby: zwyczajnie kusi do złego lub działa w sposób nadzwyczajny, czyli stosuje dręczenia i opętania.

— Zły duch manifestuje, że kogoś opętał, czy też jak najdłużej się ukrywa?

Dziwne zachowanie siedmioletniej dziewczynki zaniepokoiło rodziców — podejrzewali, że została opętana, ale po modlitwie nie było objawów. Kiedy zdejmowałem stułę i odkładałem krzyż po modlitwie nad jej krewną, po której też nie było objawów opętania, nagle usłyszałem: „Bo ja się mogę ukryć”. Dla mnie była to nauka, aby nigdy nie być łatwowiernym; jak po pierwszych modlitwach działanie złego ducha się nie ujawniło, to wcale nie oznacza, że człowiek jest wolny.

Zły duch może się ukryć i chętnie to robi, ale gdy zostanie „namierzony”, wówczas nie ma interesu w ukrywaniu się. Może najwyżej udawać, że już wyszedł, co też jest niebezpieczne.

— Czy opętanym można zostać bezwiednie, bez własnej woli?

Tak, można nim stać się bez własnej winy. Może to sprawić czyjaś wina. Najmłodsze opętane dziecko, z którym miałem do czynienia, miało dwa i pół roku! Po wysłuchaniu opowieści jego rodziców i własnej obserwacji nietypowych wrzasków nie miałem wątpliwości, że chodzi o opętanie. Było ono spowodowane obciążeniami pokoleniowymi.

— Co jest celem działania złego ducha?

Kiedyś upadłe duchy odrzuciły Pana Boga i od tamtej pory prowadzą niszczycielską walkę z ludźmi. Chcą zdobyć nasze dusze na wieczność pod swoje okrutne panowanie w piekle. Robią zatem wszystko, by doprowadzić nas do zatracenia, moralnej i fizycznej degradacji.

Zły duch stara się sięgnąć do duszy — dostęp do niej wiedzie przez grzech ciężki. Natomiast bezpośrednio może opanować nasze ciało: podczas dręczenia człowiek często jest jak sparaliżowany, nie może ruszyć ręką ani nogą, nie potrafi wypowiedzieć słowa. Wolne pozostają tylko myśli. W myślach trzeba się modlić: Maryjo, ratuj! Jezu, ratuj! Po takiej modlitwie ataki i dręczenia złego ducha po jakimś czasie ustąpią.

— Można skutecznie powstrzymać negatywne działanie złego ducha?

„Zło dobrem zwyciężaj!” Jeśli grzech odrywa nas od Boga i oddaje pod panowanie złego ducha, to nasze wyzwolenie i bezpieczeństwo polega na zjednoczeniu się ze Stwórcą. Człowiek będący blisko Boga może cierpieć, ale nie będzie to cierpienie, które wywoła bunt przeciwko Stwórcy. Ludzie uwolnieni z opętania szybko pogłębiają wiarę, codziennie uczestniczą w Eucharystii i mają wewnętrzne wyczucie dobra i zła. Niekiedy świadomie i ofiarnie znoszą skutki grzechów bliskich z rodziny.

— Czy przebywanie w sekcie satanistycznej zawsze kończy się opętaniem?

Oczywiście, że tak! Wejście do sekty satanistycznej oznacza oddanie duszy szatanowi. To nie może się skończyć inaczej, jak opętaniem. Osobie, która świadomie weszła w satanizm i oddała się złemu duchowi, będzie bardzo trudno wyjść z sekty, z tego paktu.

— Gdzie udają się złe duchy po wypędzeniu ich z osób opętanych?

Oby do piekła! Ja zawsze modlę się, aby wróciły tam, skąd przyszły. Zawsze pod krzyż je odsyłam, bo wiem, że Pan Jezus wskaże, gdzie jest ich miejsce.

Jednak przypomnijmy sobie scenę z Ewangelii, kiedy złe duchy prosiły Chrystusa: „Pozwól nam wejść w świnie”, co znaczy, że one w tym miejscu pozostały. Dlaczego Jezus im na to pozwolił? Ponieważ mieszkańcy miasteczka, gdy zobaczyli, co się stało, prosili Go, aby odszedł z jego granic — bardziej chcieli być ze złymi duchami niż z Panem Jezusem. Dlatego Chrystus nie wyrzucił złych duchów do piekła, bo to było wbrew woli tamtych ludzi.

Po egzorcyzmie upadli aniołowie odchodzą do piekła, ale mogą też pozostać, aby kusić kolejnych ludzi.

Modlimy się, aby złe duchy już nikogo nie kusiły, aby Pan Bóg usunął je ze świata i wyrzucił do piekła raz na zawsze.

Opętanie

Słyszałem, że osoby opętane przy pierwszym kontakcie są uśmiechnięte i miłe, ale później wpadają w trans i mają siłę kilku dorosłych ludzi...

Może tak być. Objawy występują przed modlitwą egzorcyzmu i po niej. Bywa, że ktoś już na powitanie mnie opluje (raz na przywitanie opętana dziewczyna nawet mnie pogryzła). Niekiedy od razu widać wściekłość. Czasami dopiero podczas egzorcyzmu manifestuje się obecność złego ducha albo po kilku modlitwach. Każdy zły duch ma swoje imię. Poznanie go, a później wypowiedzenie podczas egzorcyzmu jest dla diabła ogromnym ciosem. Dla niego opuszczenie zdobyczy jest porażką, odczuwa to jako powtórne skazanie na potępienie.

— Ile procent zgłaszających się przypadków to faktyczne opętania?

Tych mocno opętanych nie jest wielu, bo około pięć procent wszystkich zgłaszających się do mnie osób. Natomiast olbrzymia większość przypadków to dręczenia, różne problemy psychiczne, małżeńskie, rodzinne, wychowawcze, niepowodzenia życiowe, nieszczęścia — takie rozmaitości.

— Jak odróżnić opętanie od choroby psychicznej?

Najtrudniejszy przypadek mamy wtedy, gdy jednocześnie występuje opętanie i choroba psychiczna. Jeśli mamy do czynienia tylko z chorobą psychiczną, to stosunkowo łatwo ją rozpoznać. Niedawno pewna chora osoba znalazła adresy wszystkich egzorcystów w Polsce, skserowała swoje dane i wysłała do nas siedem stron maszynopisu, w którym jednoznacznie stwierdziła, że jest to jedno z największych opętań w ostatnim stuleciu; wymieniła, ilu ma w sobie nieczystych duchów i prosiła, aby ją ratować. Po kilku miesiącach napisała, że to wstyd dla polskich egzorcystów, że nikt jej nie odpowiedział. Każdy egzorcysta łatwo się zorientował, że jest to choroba psychiczna. Opętany nie wie, co się z nim dzieje.

Kiedyś zatelefonowała do mnie z drugiego końca diecezji pielęgniarka: „Proszę księdza, mam pacjenta, wydaje się, że jest opętany”. Potem poprosiła go do telefonu. Chłopak powiedział, jak ma na imię i jeszcze jedno zdanie. Po czym jak nie ryknie do słuchawki, aż mi ciarki przeszły po plecach. Od razu powiedziałem, żeby przyjechali do mnie na egzorcyzmy. Wtedy nie miałem żadnych wątpliwości co do opętania.

Czasami trudno jest rozeznać, więc trzeba zadać pytania dotyczące przeszłości, żeby dowiedzieć się, co mogło spowodować wejście w krąg działania złego ducha.

Nie przypominam sobie, aby jakiś psychiatra odesłał kogoś do egzorcysty, natomiast każdy egzorcysta odesłał wiele osób do psychiatry — kapłan egzorcysta jest specjalistą tylko od sfery duchowej i świata nadprzyrodzonego. Niestety, psychiatrzy często błędnie uważają, że posiadają całą wiedzę o człowieku. Gdy słyszą o wizjach, twierdzą, że to schizofrenia. Gdy widzą pacjenta rzucającego się z wielką siłą, diagnozują, że to tylko padaczka.

Pewna dziewczyna odczuwająca silne dręczenia, chodziła do psychologa, który zabronił jej kontaktować się ze mną. Po roku dziewczyna przyszła rozbita psychicznie i duchowo do tego stopnia, że nie chciała żyć i stwierdziła, że jest ateistką.

W przypadku dręczeń i opętań potrzeba większej współpracy między lekarzami i egzorcystami. Niektórzy chorzy psychicznie poza chorobą mają dodatkowy problem natury duchowej. Jest w nich coś jeszcze, co nie daje im spokoju — zły duch.

— Nauka nie działa na złego ducha? Medycyna przegrywa z opętaniem?

Czy jest pigułka na złego ducha? Długi kontakt ze złem musi się odbić na człowieku, dlatego niekiedy i psychikę potrzeba wzmocnić. To jest tylko podprowadzenie do egzorcyzmu. Nawet naukowiec może zostać opętany. Na złego ducha działa tylko modlitwa! Uwolnienie od zła dokonuje się tylko przy pomocy Kościoła, każdy egzorcyzm to modlitwa w imieniu Kościoła.

Medycyna przynależy do innej sfery życia. Jeśli ktoś leczy się psychiatrycznie, zawsze mu mówię, że najpierw należy dokończyć leczenie, a dopiero później przyjść do mnie na modlitwę. Nigdy egzorcysta nie może powiedzieć do chorego psychicznie, żeby nie brał leków, bo to byłaby pycha i zarozumiałość.

Walka ze złym duchem

Wielu ludzi bagatelizuje znaczenie wróżek, treningów umysłu, zajęć, na których można nauczyć się wyzwalania energii. Dlaczego wróżby, seanse spirytystyczne, astrologia, amulety i sekty okultystyczne nam szkodzą?

Ponieważ jest to inicjacja kontaktu ze złym duchem. Skąd wróżka wie o pewnych sprawach? Przecież karty są dla każdego człowieka takie same. Ona wie, bo ma udział w tajemnej wiedzy złego ducha, a to jest odwrotność charyzmatu proroctwa w Kościele. Pan Bóg dawał i daje ludziom dar przepowiadania i poznania przyszłości, na przykład na modlitwach o uzdrowienie. Diabeł też daje poznanie przyszłości do złego udziału. Więc wróżka musi mieć potężny kontakt, umowę ze złym duchem, jeśli mówi prawdę o naszym życiu. Takie wróżki są najgroźniejsze, bo gdy któraś plecie głupoty, to tylko uczy się wróżyć. Często podczas egzorcyzmów słyszymy, jak zły duch oddane mu wróżki nazywa „moje siostrzyczki”! To też coś mówi!

Seanse spirytystyczne polegają na wywoływaniu duchów. To nie dziadek czy babcia wychodzą z czyśćca na przepustkę, bo się dzieci bawią, ale zły duch odpowiada, który zna wywoływane zmarłe osoby i intencje dzieci, bo one wcześniej o tym mówią. Taki kontakt ze złym duchem negatywnie odbije się na człowieku nawet po dziesięciu czy dwudziestu latach. Osoby dręczone czy opętane zawsze pytamy w wywiadzie przed egzorcyzmem, czy nie było w dzieciństwie takich zabaw. Niestety, dzisiaj seanse spirytystyczne to dość modna praktyka wśród studentów. Nasza przyszła elita tak się zabawia! A raz otwarta furtka jest bardzo trudna do zamknięcia.

Często w sektach okultystycznych prosi się o pomoc przewodników duchowych, których przedstawia się jako istoty opiekuńcze. W rzeczywistości jest to kontakt ze złym duchem! Adeptów pyta się: „Czy wyrzekają się przeszłości?”. Jesteśmy przyzwyczajeni, że w sakramencie pokuty wyrzekamy się grzesznej przeszłości. A im chodzi o przeszłość katolicką, aby w ten sposób została odrzucona cała nasza duchowa obrona i kontakt z Panem Bogiem. Po złożeniu takiego przyrzeczenia, bardzo trudno później wyjść z sekty. Ten, kto uczestniczy w takich praktykach, sam wystawia się na nadzwyczajne działanie Złego.

— Czy złego ducha trzeba zwalczać, czy go lekceważyć?

Nigdy nie lekceważyć! Wroga się nie lekceważy. Kto tak czyni, ten przegrywa walkę. Trzeba wiedzieć, że diabeł jest niebezpieczny. Należy z nim walczyć, ale nie samemu, tylko mocą Bożą. Do najważniejszych środków zapobiegawczych należą: życie w stanie łaski Bożej, wierność modlitwie i zamknięcie drogi złemu duchowi, czyli trzymanie się z dala od wszelkich form okultyzmu. Życie w łasce uświęcającej oznacza brak grzechów ciężkich. Jeśli jednak się przydarzą, trzeba natychmiast skorzystać z sakramentu spowiedzi. W sprawach duchowych ważne jest, aby odciąć się od korzeni zła. Jeśli zdarzy się złe słowo, natychmiast trzeba zniwelować je dobrym, wyrażając skruchę: „Jezu, ufam Tobie! Jezu, kocham Ciebie!”. Pomaga też woda święcona, olej i sól egzorcyzmowana.

— W kilku modlitewnikach spotkałem modlitwy — egzorcyzmy. Można wypowiadać egzorcyzmy nad sobą samym i innymi osobami?

Sami z siebie nie mamy nad złym duchem żadnej mocy. Możemy tylko powiedzieć: „W imię Jezusa Chrystusa idź precz ode mnie!”. Tylko rodzice mogą wypowiadać nad małymi dziećmi takie modlitwy — związek dzieci z rodzicami jest tu bardzo istotny. Nie radzę czynić tego wobec innych osób. Lepiej powiedzieć: „Panie Boże, Ty to zrób”. W niektórych modlitewnikach zatwierdzonych przez Kościół bez wcześniejszej konsultacji z księżmi egzorcystami proponuje się takie modlitwy dla wszystkich. A szkoda.

Dlaczego Bóg zezwala na zło

Dlaczego Bóg pozwala na kuszenie człowieka i dopuszcza cierpienie?

To odwieczna pretensja do Pana Boga. A On dał wyraźne przykazanie: „nie będziesz korzystał z owoców tego drzewa”, co znaczy, że zakazał pewnych czynów. Człowiek dał się wciągnąć w bunt przeciwko Bogu.

Jeśli ktoś przez swoje złe czyny oddał siebie szatanowi, to zły duch uważa go za swoją własność. Jego potomstwo też. W magii jest specjalny rytuał, podczas którego otrzymuje się szczególną moc od złego ducha w zamian za ofiarowanie swojej duszy i potomstwa do któregoś pokolenia. Nie znaczy to, że ludzie ci są z góry przeznaczeni do piekła. W życiu takie osoby będą o wiele częściej atakowane, mając o wiele mniejsze szanse na pokonanie pokus. Pan Bóg o tym wie i przygotowuje dla tych ludzi większą łaskę. Tylko czy oni zechcą z niej skorzystać?...

Trzeba mieć poczucie odpowiedzialności, bo żyjemy nie tylko dla siebie, ale także dla innych.

— Czy złemu duchowi zostały wyznaczone granice działania i szkodzenia ludziom?

Granice złu wyznaczamy my. Gdyby nie było grzechów na ziemi, zły duch nie miałby żadnej mocy nad nami. Ile złych duchów wyzwalamy swoimi grzechami ciężkimi, by działały na ziemi?

— Dlaczego diabeł nie przebywa w piekle, gdzie jest jego miejsce, tylko w świecie, by kusić ludzi?

„Nie wyrzucaj mnie. Dłużej tu nie mogę wytrzymać” — kiedyś mówił do mnie zły duch podczas egzorcyzmów. „No to się wynoś z tej osoby w imię Jezusa” — rozkazuję mu. „Gdzie ja pójdę?”. „Idź tam, skądżeś przyszedł”. „Ale tam jest jeszcze gorzej” — odpowiada mi.

Szkodzenie człowiekowi przynosi tylko pewną ulgę złym duchom, bo nie mają z tego żadnego pożytku ani zasług. Nazywamy to diabelską złośliwością. Diabły cieszą się, kiedy człowiek się martwi i narażony jest na niebezpieczeństwo. Cieszą się też, że dokuczyły Panu Bogu, który nas kocha jak własne dzieci i tyle zainwestował w nasze zbawienie. Odczuwają satysfakcję, że znienawidzonych przez siebie ludzi gnębią, bo sami, potępieni, do Boga wrócić już nie mogą, a my możemy zająć ich miejsce w niebie. I to stanowi przedmiot ich zazdrości: szatan zazdrości człowiekowi jego pozycji, obietnicy nieba i tego, że jest kochany przez Boga.

Są takie przypuszczenia, że jeśli zły duch da się wyrzucić z człowieka i wróci do swojego miejsca w piekle, to będzie tam gnębiony jeszcze bardziej przez innych potępionych. W piekle nie ma przyjaźni i miłości pomiędzy diabłami. Sataniści mylą się, uważając, że będą przyjaciółmi szatana. W piekle nie ma przyjaciół i solidarności, tam jest tylko wzajemna nienawiść.

— Czasami ludzie pytają, czy diabeł może się nawrócić i zbawić? Czy jest on zdolny do uczynienia jakiegoś dobra?

Nie! Proszę się nie łudzić. Zły duch swoją wolną wolę już tak ustawił przeciwko Panu Bogu, że nikt tego nie zmieni. Stwórca mógłby przywrócić mu ją przy użyciu siły, ale tego nie robi. Nikt tak nie szanuje naszej wolnej woli, jak Pan Bóg.

„Głos Ojca Pio” [70/4/2011]

www.glosojcapio.pl

Ksiądz prałat Marian Rajchel (ur. w 1937 roku) jest jednym z egzorcystów archidiecezji przemyskiej. Wykładał psychologię w Wyższym Seminarium Duchownym w Przemyślu i w Gródku Jagiellońskim na Ukrainie. Od ponad trzydziestu lat pracuje w Jarosławiu, gdzie przez dwadzieścia dwa lata był proboszczem parafii NMP Królowej Polski. Dał się tam poznać jako znakomity organizator: zainicjował wykłady biblijne, poradnictwo rodzinne, kuchnię dla bezdomnych im. Brata Alberta, świetlicę dla dzieci z rodzin patologicznych, spotkania dla osób starszych, niepełnosprawnych i Anonimowych Alkoholików. Rozpoczął też ewangelizację przez media — zorganizował pierwszą w archidiecezji przemyskiej katolicką rozgłośnię radiową „Ave Maria”. Za zasługi dla miasta Jarosławia otrzymał Złotą Odznakę oraz Nagrodę Zarządu Województwa Podkarpackiego.