25 sierpnia 2020

Miłość zwycięża osamotnienie, czyli żałoba po katolicku.

 Niewiasto, czego płaczesz? Kogo szukasz?

Przed kilkunastu laty leżałyśmy we trzy na jednej sali w szpitalu onkologicznym.  Każda lepiej lub gorzej, próbowała sobie poradzić z chorobą, ze świństwem, które tłoczono nam do żył i z sobą samą.

Pewnego dnia do jednej z nas przyszła w odwiedziny krewna. Usiadła. Nie wiem, ile czasu była przy jej łóżku, ale dla nas wszystkich było to jak wieczność.

Zastygła bez słowa. W niemym bólu tak despotycznym, że nam – i bez tego ledwie leżącym – niemal brakowało powietrza. Zdawało się, jakbyśmy wszystkie trzy nie istniały. Była tylko owa krewna ze swoim własnym cierpieniem, którego byłyśmy zaledwie tłem, chyba nawet nie przyczyną... Kiedy wyszła, odetchnęłyśmy z ulgą. Wróciło nam prawo do własnego istnienia i własnego cierpienia. Od tamtej pory, kiedykolwiek spotkałam się z członkami rodziny osób chorych na raka, kładłam im na serce, aby nie terroryzowali chorych własną egocentryczną rozpaczą.

Żałoba boli. I tak ma być. W końcu śmierć wydziera nam możliwość przebywania z osobą, którą kochaliśmy. Trzeba ten ból wypłakać, ukołysać wspomnienia, pozwolić się ranie z czasem zabliźnić. Ale kiedy ból staje się dyktatorem, to znak, że nie płaczemy z tęsknoty. Opłakujemy samych siebie, a ściślej biorąc hodujemy udramatyzowane ego, które zmierza do rządów absolutnych nad resztą naszego życia i – jeśli tylko się uda – nad tymi, którzy znajdą się w naszym pobliżu. Taką dyktaturę trzeba koniecznie i czym prędzej obalić. Nie ma nic wspólnego z żałobą, choć na taką chce wyglądać.

 

Czemu szukacie żywego wśród umarłych?

Żałoba pogańska nie ma wyjścia: albo podda się całkowitej rozpaczy, albo będzie się utulać w miękko brzmiących sentencjach, jakoby umarli żyli dalej w naszej pamięci. Formą dbania o byt naszych zmarłych będzie wtedy dostarczanie na groby podgrzewanych wspomnień i odświeżanych uczuć przybranych w wieńce i oświetlanych zniczami. Takie trochę duchowe Dziady.

Prawda jest jednak taka, że w naszej pamięci żyją co najwyżej wspomnienia o naszych zmarłych i nic więcej. Oni sami nie zamieszkują naszych serc. Tak jak tu na ziemi, tak i tam żyją własnym życiem. Tyle, że przekroczyli już próg czasu i przestrzeni. Ich byt nie karmi się naszą pamięcią, uczuciami, nie ogrzewa ich płomień zniczy i nie koi ich widok pięknych kwiatów. Tak naprawdę mają inne potrzeby, które jesteśmy w stanie, a nawet powinniśmy spełnić.

Potrzebują naszej modlitwy za nich, naszych drobnych (a może i większych) wyrzeczeń i jałmużny spełnianych w ich intencji. Najbardziej jednak potrzebują Mszy Świętej odprawianej w ich intencjach, ponieważ jak nic innego, ma ona moc wydobyć ich ze stanu oczyszczenia i wprowadzić w Krainę Szczęścia przekraczającego wszelkie nasze wyobrażenie, do której zresztą my także (mam nadzieję) w głębi naszych serc wzdychamy. Jest to realna i wymierna (po Tamtej Stronie) pomoc naszym zmarłym.

Problemem w naszych czasach jest ogólne zamieszanie, które myli uczucia z wiarą i świat wewnętrzny z transcendencją. Dlatego zdaje się w pierwszym odruchu, że to wspomnienia, kwiaty i znicze są ważniejsze. Dla nas – bo są z naszego świata. Dla nich pomocne jest to, co sięga ich świata, a to już są sprawy wiary, a nie naszych wewnętrznych uczuć. Trudno jest uchwycić wymierność troski o dusze w czyśćcu cierpiące. Ale czy nie na tym właśnie polega wiara, że działamy w nadziei ujrzenia skutków dopiero w Niebie?

 

Nie zatrzymuj Mnie! Jeszcze bowiem nie wstąpiłem…

Pozwolę sobie tu na nadinterpretację słów Pańskich. Chodzi mi bowiem o wielką krzywdę, jaką nieświadomie i z dobrymi intencjami wyrządzamy naszym bliskim zmarłym, kiedy z miłości do nich od razu po śmierci wynosimy ich na prywatne ołtarze.

Swój niewątpliwy i niechlubny udział mają teolodzy i nauczyciele wiary, którzy przez ostatnie dziesięciolecia poszerzają ucho igielne wiodące do Nieba i zwężają szeroką i przestronną drogę wiodącą do zatracenia. Usypiają tym z jednej strony naszą czujność i sprawiają, że nie bierzemy na poważnie słów apostoła „zabiegajcie o wasze zbawienie z bojaźnią i drżeniem” oraz „cierpliwość Pana uważajcie za zbawienną”. Z drugiej strony, kiedy myślimy czy to o naszej własnej, czy o czyjejś śmierci, zręcznie omijamy wszelkie myśli mogące budzić niepokój, wykluczając jakąkolwiek możliwość potępienia i jednym susem przeskakując prawdopodobieństwo oczyszczenia. Zostaje dzięki temu błoga pewność, że śmierć musi prowadzić prościutko do Nieba.

Spójrzmy jednak trochę zdroworozsądkowo w nasze własne serca. Czy przyglądając się sobie mamy ochotę wykrzyknąć „sancto subito”? A znamy siebie lepiej, niż ktokolwiek inny. Co więcej, im jesteśmy starsi, tym pokorniej (Co daj Panie Boże, amen!) spoglądamy na własną kondycję duchową, niezależnie od tego, jak widzą nas ludzie.

A więc, per analogiam, nawet jeśli ktoś wydawał nam się najświątobliwszy lub przeszedł niewyobrażalne cierpienia, nie dajmy się uwieść pokusie kanonizacji. Jeden Pan Bóg jest w stanie osądzić, czy umierając potrzebował oczyszczenia, czy mógł wznieść się prosto do Nieba.

Na wszelki wypadek zatroszczmy się o naszych zmarłych. Kto wie, ile wysiłku, modlitw i ofiary potrzebują, aby oczyścić się z tego, co było ukryte za życia…

Nie zostawiajmy naszych bliskich bez pomocy. Nie zatrzymujmy ich w czyśćcu przez sentyment, nasze sądy lub zaniedbanie. Być może jeszcze nie wstąpili.

 

Przyjdzie zaś kiedyś ten dzień, kiedy i my staniemy za progiem życia i obejrzymy się na tych, co jeszcze zostali w nadziei na pomoc i miłosierdzie.