5 kwietnia 2026
eschatologia stosowana
4 kwietnia 2026
zanim zmartwychwstanę
3 kwietnia 2026
życiowa świadomość
1 kwietnia 2026
wydany
"Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was Mnie wyda."
Jezus wiedział, a mimo to powołał, nie cofnął wybrania i miłości względem niego. Kiedy słyszę o nieprawościach powołanych, nie tyle gorszę się, czy oburzam (Pan Bóg jeden wie, do czego sama byłabym zdolna, gdyby nie Jego miłosierdzie), ale dreszczem przeszywa mnie myśl o ich (lub moim) spotkaniu twarzą w Twarz z mimo wszystko kochającym Jezusem.
Oby(śmy) żałowali, jak Piotr.
28 marca 2026
krótkowzroczność człowiecza
"Wy nic nie rozumiecie i nie bierzecie tego pod rozwagę".
Faryzeusze główkowali według mądrości etapu. Kaifasz rozsądzał strategicznie.
A Pan Bóg jedną myślą ogarnia wszystko: i chwilę i wieczność całą.
WIdok dla ludzkiego oka nieosiągalny.
25 marca 2026
mysterium fascinans
"Pan sam"
Historia Zbawienia od początku do końca jest Jego dziełem.
Dziełem człowieka jest powiedzieć: Oto jestem.
24 marca 2026
zachować cierpliwość
"Podczas drogi jednak lud stracił cierpliwość."
Kto nie uwierzy i nie przygwoździ swojego wzroku do Krzyża, nie ostanie się i nie wytrwa do końca.
20 marca 2026
patrzeć się nie da
Sąd, jak na innym miejscu mówi Pismo, polega na tym, że ludzie wybrali ciemność, bo nie mogli znieść światła. To nie tak, że tylko świętość nie znosi grzechu. Grzech nie znosi świętości. Półcień jest polem zmagania i wypierania jednego przez drugie. Istnieje tylko do zwycięstwa którejś ze stron. Dlatego konieczne jest zaprzeć się samego siebie, żeby wybrać Życie Wieczne.
15 marca 2026
Co komu miłe
"Badajcie, co jest miłe Panu."
Zazwyczaj jest odwrotnie: całe życie spędzamy na badaniu, co jest nam miłe.
A potem okazuje się, że była to pogoń za wiatrem.
10 marca 2026
najdłuższa droga
"Oto jesteśmy dziś poniżeni na całej ziemi
z powodu naszych grzechów."
Mówią, że najdłuższa droga to ta od głowy do serca.
Ale mi się zdaje, że dłuższa jest ta, co łączy opłakany stan, w którym się znajdujemy, z grzechami, w których tkwimy i z ich konsekwencjami.
Niechętnie dziś wiążemy te dwie rzeczywistości. Zwlekamy z tym na ostatni skok życia - z czasu w wieczność. Ba, karmimy się nawet nadzieją, że prawo to należy do zmurszałej przeszłości poprzednich, nieoświeconych pokoleń.
A gdyby stanąć przed duchowym lustrem Słowa Bożego takiego, jakim rzeczywiście Jest i przebyć tę drogę wcześniej? Może się okazać, że wszystkie inne drogi - zwłaszcza ta do przebaczenia innym - to żadne drogi: wszystko nagle przybliża się na wyciągnięcie pokornej (wreszcie) ręki.
6 marca 2026
historia świata
"Czy nigdy nie czytaliście w Piśmie: „Ten właśnie kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił, i jest cudem w naszych oczach”. Dlatego powiadam wam: królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce."
Nie potrafimy się nauczyć. Moglibyśmy mieć wszystko z ręki Boga - dzięki Jego nieskończonej miłości do nas, a wyciągając sami rękę po wszystko - nie cofając się przed najgorszą niegodziwością - zostajemy z niczym.
27 lutego 2026
Jeszcze
Od lat, za każdą wiosną, myślę sobie:
I rzekl Bóg: mimo wszystko, dam temu światu jeszcze jeden rok.
Tak samo, o każdym wschodzie słońca możnaby westchąć:
Mimo wszystko, dostałam jeszcze jeden dzień...
19 lutego 2026
kłopotliwy wybór
"Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście."
"Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa."
Są wybory doczesne, których konsekwencje są wieczne.
Są wybory wieczne, których konsekwencje są doczesne.
Zostaliśmy poinformowani, ostrzeżeni i obdarzeni wolnością.
Problem zaś w tym, że nie potrafimy się pogodzić z tym, że wybór jest zawsze:
"albo-albo", a nie "i to i to".
14 września 2025
Dzieło życia - historyjka z pytaniem
W Szentkút mam szczęście spotykać się z wiarą prostą i rześką, jak jesienne poranki w górach. Bez wielkich rozpraw, cytatów, uniesień i odkryć intelektualnych Ameryk. Naturalnie wypełnia drobne codzienne zdarzenia, gesty, przemyka między jednym a drugim zdaniem wymienianym w trakcie pracy, a czasem bez skrępowania jaśnieje w zawstydzających prostotą historyjkach.
Péter został zaproszony na pogrzeb dobrej znajomej. Żyła jak żyła, bez Boga, więc i bez zasad innych, niż takie, które jej pasowały. Pogrzeb świecki. I jak referował Péter, wszystko na tym pogrzebie "ę" i "ą", na wysokim poziomie, ale - jakieś puste. Kiedy poprzedniego dnia przyszli się pożegnać z ciałem zmarłej, usłyszał wewnętrzny głos: "Uratuj ją". Ale jak? Po śmierci? W gorącej wierze kąpany, chwycił za Litanię do Najdroższej Krwi Pana Jezusa i żarliwie odmówił ją za znajomą. Cóż mógłby więcej zrobić?... A jednak, po tej modlitwie, jakby znów usłyszał ów wewnętrzny głos: "Uratowałeś ją."
Péter to nie jakiś tam mistyk. To prosty człowiek, żołnierz. Obrócił się do żony i spytał cicho: "Widziałaś kogoś? Słyszałaś coś?". "Nie" - odparła. Więc zrozumiał, że owa znajoma mogła pokazać się na chwilę tylko jemu, aby podziękować. Nie, źle mówię, nie tylko aby podziękować, ale żeby jeszcze podsycić jego żarliwość w nabożeństwie do Dusz Czyśćcowych.
Péter swoją krótką opowieść zakończył tak: "I wiesz co, Siostra? To było moje dzieło życia! Najważniejsza rzecz, jaką zrobiłem! Ty sobie wyobrażasz, co to znaczy uratować komuś życie wieczne?!"
I miał rację. Wszystko inne prędzej czy później diabli biorą i w niebyt niosą. Tylko to, co ratuje i buduje życie wieczne - to jest warte każdej ceny. A tymczasem tu, na ziemi, jest to nie jeden raz cena tak niewielka, że to wieczne dobro lekceważymy.
Ach, jeszcze tytułowe pytanie: "A Ty, co uważasz za swoje dzieło życia? Czy w Życiu Wiecznym będzie po nim jakiś ślad?"
6 sierpnia 2025
pór przemienienie
Drzewa rosnące na zboczach wzgórz okalających dolinę Szentkút oprósza delikatnie siwizna żółtych liści. Jeszcze zaczesują się zielonym, jak kobiety zaklinające rzeczywistość. Ale już ruszyły pierwsze liściaste piruety i beczki. Pikują ukradkiem, mimochodem, jakby zawstydzone, że tak wcześnie. Ale to już ten czas. To już to powietrze. To już te mgliste i rześkie poranki, to już to znużone upałem westchnienie w koronach drzew.
Jeśli dobrze wytężę wzrok wyobraźni, widzę usypiający, brązowiejący las i nasze sanktuarium zapadające w zimowy sen.
Tak w głębi serca lubię ten milczący zamach stanu jesieni, kiedy bezceremonialnie siada w cieniu drzew, cierpliwie czekając, aż lato marudnie spakuje swoje żywioły, potem wróci jeszcze ze dwa, trzy razy po zapomniany żar i wyprowadzi się na dobre aż do przyszłego roku.
Lubię, bo czuję się wtedy, jakbym zamykała rozdział. Jeszcze brzmią ostatnie zdania, jeszcze snują się dialogi, ale pod palcami już ostatnia kartka. Zaraz zacznie się nowy.
Do wczesnej jesieni jeszcze chwila, ale sierpień już ma tę nutę dojrzenia. Jakby pierwsza delikatna kadencja. Ledwie słyszalne pożegnanie z motywem lata. Ledwie słyszalne, ale nieodwołalne.
Byłoby to podskórnie rozpaczliwe, gdyby nie dziecięca wiara, że gdzieś na początku marca Bóg postanowi jeszcze raz dać światu szansę na rozkwitnienie.
Lubię, bo pór przemienienie to trochę jak życia w połowie przełamanie. Jak młodzieńczą wszechmocą odurzonej lekkomyślności pożegnanie. Jak pierwszych kęsów przemijania z rozmysłem smakowanie.
Jak szlak, który jeszcze granią biegnie, ale już się ku dolinie skłania i lada chwila oswojony krajobraz, który dotąd sycił oczy, zasłoni potężniejąca za plecami nieznana strona góry.
Byłoby to na wskroś bolesne, gdyby nie dojrzała wiara, że zstępowanie nie oznacza końca wędrowania.
Jak Piotr Jan i Jakub, trzymam to pór przemienienie w tajemnicy. Nikt nie musi o tym wiedzieć, póki nie dojrzeje do jego odczuwania, a kiedy już raz czy drugi odczuje, nie wprawi się powoli w docenianiu pożegnania i powitania.
Bo byłoby to bezradnie gorzkie, gdybyśmy przez to pór przemienienie nie byli tkani do wiecznego nieprzemijania.
28 lipca 2025
A co, kiedy losy się rozplotą, czyli piosenka na czas.
Piosenka niby „na czas”, a powstawała latami. Najpierw jej prosty tekst dojrzewał bardzo długo, chyba ostatnie pięć – sześć lat. Wiele spotkań, oraz splatających się i rozplatających się losów ludzkich budowało ją słowo po słowie.
Potem ubranie w dźwięki: splatanie i rozplatanie kanonu, przeciągające się nagranie.
Nie było „na czas”, wręcz przeciwnie – musiało dużo wody upłynąć, najpierw w Kietrzańskiej Troi, a potem w Dunaju, żebym mogła się z Wami podzielić myślami i doświadczeniami, które próbowałam ubrać w słowa i dźwięki.
25 lutego 2022
Któż, jak Bóg?!
5 grudnia 2021
Nad cuda cud. Opowieść nie tylko wigilijna.
Ponieważ moja opowieść wigilijna przez Tajemnicę Wcielenia próbuje rzucić promień światła na nasze największe prywatne pytania, niezrozumienia i bunty (tylko promień, więcej się nie dało...), dzielę się nią już teraz.
Nad cuda cud
Pewnego dnia, a był to maj
Z zielonych pól, dostojnych drzew
Stworzył Bóg pachnący oliwką gaj
Ogród jak z baśni, niewinny jak sen
Prawdziwy cud
Zapadła noc, rozpierzchł się maj
Rozległ się trzask, ogłuszył huk
Z diablej zazdrości zatrząsł się gaj
Pozostał chaos, brzydota i gruz
Zniszczony cud
Czy nie mógł Bóg biesa za róg
chwycić, zatrzymać, ratować cud?
Wszechmocny wstał, gdy opadł kurz.
Została grota wśród skalnych wzgórz
Nie wrócił cud.
Złotem biel ścian malował świt
Królewski syn powitał świat
Będzie jak ojciec – nie wątpił w to nikt
Dawcą pokoju na wiele lat
Wielbiony cud
Po murach baszt pełzał już mrok
Na polach jęk, w zaułkach krzyk
Z szatańskiej pychy król stracił wzrok
Tyrana nie chce nad sobą mieć nikt
Odrzucił cud
Czy nie mógł Bóg biesa za róg
chwycić, zatrzymać, ratować cud?
Wszechmocny wstał, gdy opadł kurz.
Znalazł pasterzem wśród skalnych wzgórz
Nie wrócił cud.
Korony drzew otulał cień
W niebo się piął młodzieńczy dąb
wzrastał i czekał na chwały swój dzień
Twardy jak stal wiatr składał mu hołd
Natury cud
Wilgotne łzy zarannej mgły
Pożółkły liść, dąb w oczach nikł
Z czarciej zawiści w pień wbił się grzyb
Po marzeń chwale nie ma już nic
Spróchniały cud
Czy nie mógł Bóg biesa za róg
chwycić, zatrzymać, ratować cud?
Wszechmocny wstał, gdy opadł kurz.
Kawałek pniaka wśród skalnych wzgórz
Nie wrócił cud.
Lecz nadszedł dzień, nastała noc
Bóg całe zło obrócił w proch
Jaskinia ciepła, a z pniaka żłób
Oczom pasterza ukazał się Bóg
Anielski cud.
Większy to kunszt, potężna moc
Chwalebny blask zwycięską noc
Rzuca do drobnych dziecięcych stóp
Sponiewierane, wziął sobie Bóg
Wcielony cud.
Nie pragnął Bóg biesa za róg
chwycić, zatrzymać, ratować cud.
Wszechmocny wstał, gdy opadł kurz.
Dzieciątkiem stał się wśród skalnych wzgórz
Na wieki cud.
31 października 2021
Psikus: zatruty cukierek
I nic nam nie będzie - bo co by nam mogło być?
Tymczasem zwyczaje Halloween mają swoje korzenie, historię i przeznaczenie. Ich propagatorzy mają swoje cele, których nawet nie ukrywają.
A nawet, patrząc na samą estetykę - naprawdę, takie to zabawne przebierać się za rozkładające się ciała, potępione dusze błąkające się po cmentarzach i na rozstajach dróg, obłąkane kobiety, które zaprzedały duszę diabłu?
Walka ze Złym jest realna i ten nie przebiera w środkach, żeby nas omamić. Ostrzeżenia nie są przesadzone.
Ten, kto je lekceważy i kwituje uśmieszkiem po prostu nigdy nie stanął jeszcze z nim twarzą w pysk.
Ale ten, kto dał się zaszczuć i wpędzić w nerwicową rozpacz z jego powodu, nigdy nie stał przed Bogiem twarzą w Oblicze.
Bez lęku, ale bądźmy roztropni. Nie wpuszczajmy pogaństwa i kultury "zabawnej śmierci" do swojego domu.
Ktokolwiek doświadczył na sobie choć troszkę nienawiści i pogardy Złego w stosunku do człowieka wie, że nie ma się z czego śmiać.
Ktokolwiek stał już na progu prawdziwej, własnej śmierci, nie będzie jej w ten sposób "świętował".
14 sierpnia 2021
O męczeństwie po chrześcijańsku
Zostać męczennikiem – ma sens. Ale nie byle jakim, tylko chrześcijańskim. Tylko takie wyjdzie na dobre nam i przyniesie owoc, o jakim krótkowidzom się nie śniło.
Ostatnio już parę razy usłyszałam od kobiet, które odchodziły od mężów: „Nie zamierzam być męczennicą”. Nie będę tu jednak roztrząsać rodzinnych dramatów, które każą komuś podjąć tak bolesną decyzję, ani też mierzyć poziomu niedojrzałości, która wiedzie innych do zabarykadowania się w wiecznie trwającym, niewymagającym zaparcia się siebie dzieciństwie.
Chodzi o samo
męczeństwo.
Po chrześcijańsku.
Bo źle się nam ono kojarzy: jako patologiczna depresyjna rezygnacja wobec doznawanej przemocy. Albo też dokładnie odwrotnie: jako sztuka emocjonalno-moralnego szantażowania wybranych osób poprzez ostentacyjne poświęcanie się i zapracowywanie się na śmierć. Może jeszcze komuś kojarzy się jako interes z Zaświatami – taka islamska promocja łatwego wstępu do Raju.
Tymczasem męczeństwo po chrześcijańsku to miłość. Brzmi sztampowo, prawda? Powiedzmy to więc inaczej: to przełożenie czegoś, a właściwie kogoś, ponad własne dobro, własne pragnienia, własne życie. To właśnie jest miłość. Oddanie życia dla kogoś, za kogoś. Trudna jest ta miłość, właściwie niemożliwa do zrealizowania bez odpowiedniego punktu odniesienia. Tym odniesieniem jest Krzyż i Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa, a konkretniej moje własne życie wieczne i jego cena – wyższa, niż cokolwiek innego na tym świecie.
Jeśli przed oczami mam ten punkt odniesienia w stosunku do mojej osoby, zachowuję go również w stosunku do osoby, którą kocham. Jeśli zaś tracę go, mój egoizm i płytkość bytu prędzej czy później zwycięży moje dobre intencje i powiem sobie: dość! Czemu mam pozwalać moim siłom uchodzić a moim marzeniom obracać się w pył? Czemu nie może być w życiu „po mojemu”? Czemu nie można żyć dla siebie, dla swojej przyjemności i spełnienia?
Jeśli droga do szczęścia, jaką proponuje mi Jezus, który najpierw umarł na krzyżu, a dopiero potem zmartwychwstał i wstąpił do Nieba, nie jest moim świadomym wyborem, to perspektywa męczeństwa napawa lękiem i buntem. Dla instynktu samozachowawczego jest ono przecież złem najgorszym z możliwych. Bez wiary Synowi Bożemu, nadziei na Życie Wieczne i miłości większej, niż miłość własna nikt nie jest w stanie zapanować i nakazać milczenie swojemu instynktowi.
Łaskę tą doceniają zaś ci, którzy wiedzą, ile kosztuje życie wieczne. Ci, którzy dojrzewają w miłości z dnia na dzień, którzy „ćwiczą” wybór Krzyża Chrystusowego z dnia na dzień.
Tak, wiem, pięknie to brzmi, ale jak rozpoznać, kiedy to jest autentyczne, a kiedy tylko patologię samoumęczenia pudruje się wielkimi słowami? Pan Jezus mówi: „Po owocach ich poznacie”. Samoumęczenie jest udręką dla otoczenia. Jest suche, bezpłodne i pozostawia po sobie gorycz i niepokój. Dojrzewanie do prawdziwego męczeństwa przynosi owoc – spójrzmy na św. Maksymiliana. Pozostawia po sobie drogę, która pociąga następne pokolenia. Dla otoczenia – w tajemniczy, ale pewny sposób – jest źródłem życia, radości i pokoju.
Odwagi. Warto żyć i umierać dla „Stawki większej, niż życie”.
-
►
2021
(30)
- ► października (3)
-
►
2020
(25)
- ► października (2)
-
►
2013
(16)
- ► października (1)
-
►
2012
(14)
- ► października (1)
-
►
2011
(24)
- ► października (2)
-
►
2010
(42)
- ► października (3)
-
►
2009
(43)
- ► października (4)
-
►
2008
(42)
- ► października (4)


















