Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eschatologia stosowana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eschatologia stosowana. Pokaż wszystkie posty

5 kwietnia 2026

eschatologia stosowana


"Biegli obydwaj razem (...). Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli Pisma."

Wszyscy wiedzieli, nikt się nie spodziewał.
Bo gdybyśmy, wiedząc, naprawdę i dla siebie samych (także) spodziewali się zmartwychwstania - jak by wyglądały nasze dnie i noce?

4 kwietnia 2026

zanim zmartwychwstanę

Zmartwychwstanie z tej strony życia widać przez prześwity wiary. Ale da się dostrzec. Nawet trzeba wzrok wytężyć, żeby nie stracić z oczu kierunku, w jakim toczy się życie. A toczy się ku wieczności. Bogu Jedynemu dzięki, wiecznie szczęśliwej.


Teraz jeszcze parę innych słów, niż "u mnie jak zwykle pełno pracy: podcasty, telewizja, itp."...


W czasie tego Wielkiego Postu trzech ludzi, którzy pojawili się w moim życiu w całkowicie różny sposób, odeszło do wieczności: Marek przegrał z depresją, ojciec Mikołaj (dla mnie) umarł w opinii świętości, a Pawła najprawdopodobniej dopadła mafia. Trzy tak różne życia, trzy tak różne śmierci, jedna Brama do Życia Wiecznego...
Dlatego moja wielkanocna kartka muzyczna to Stabat Mater, które napisałam parę lat temu. Smutne, ale... między dźwiękami chciało by być o tym, że Boża Miłość sięga tam, gdzie nikt nie potrafi: do głębi umierającej i rodzącej się do Życia Wiecznego duszy.


Błogosławionych Świąt Zmartwychwstania Pańskiego!

3 kwietnia 2026

życiowa świadomość


"Jezus, świadom, że już wszystko się dokonało, aby się wypełniło Pismo, rzekł: + Pragnę."



Czy mając przed oczami koniec własnego życia, dana mi będzie świadomość, że już wszystko się dokonało? I że zostaje tylko ostatnia kropla, taka jak "Pragnę"?

1 kwietnia 2026

wydany


"Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was Mnie wyda."

Jezus wiedział, a mimo to powołał, nie cofnął wybrania i miłości względem niego. Kiedy słyszę o nieprawościach powołanych, nie tyle gorszę się, czy oburzam (Pan Bóg jeden wie, do czego sama byłabym zdolna, gdyby nie Jego miłosierdzie), ale dreszczem przeszywa mnie myśl o ich (lub moim) spotkaniu twarzą w Twarz z mimo wszystko kochającym Jezusem. 

Oby(śmy) żałowali, jak Piotr.

28 marca 2026

krótkowzroczność człowiecza


"Wy nic nie rozumiecie i nie bierzecie tego pod rozwagę".

Faryzeusze główkowali według mądrości etapu. Kaifasz rozsądzał strategicznie. 

A Pan Bóg jedną myślą ogarnia wszystko: i chwilę i wieczność całą.
WIdok dla ludzkiego oka nieosiągalny.

24 marca 2026

zachować cierpliwość


"Podczas drogi jednak lud stracił cierpliwość."

Kto nie uwierzy i nie przygwoździ swojego wzroku do Krzyża, nie ostanie się i nie wytrwa do końca.

20 marca 2026

patrzeć się nie da

"Jest potępieniem naszych zamysłów, sam widok jego jest dla nas przykry, bo życie jego niepodobne do innych i drogi jego odmienne. Uznał nas za coś fałszywego i stroni od dróg naszych jak od nieczystości."

Sąd, jak na innym miejscu mówi Pismo, polega na tym, że ludzie wybrali ciemność, bo nie mogli znieść światła. To nie tak, że tylko świętość nie znosi grzechu. Grzech nie znosi świętości. Półcień jest polem zmagania i wypierania jednego przez drugie. Istnieje tylko do zwycięstwa którejś ze stron. Dlatego konieczne jest zaprzeć się samego siebie, żeby wybrać Życie Wieczne.

15 marca 2026

Co komu miłe


"Badajcie, co jest miłe Panu."

Zazwyczaj jest odwrotnie: całe życie spędzamy na badaniu, co jest nam miłe. 

A potem okazuje się, że była to pogoń za wiatrem.

10 marca 2026

najdłuższa droga


"Oto jesteśmy dziś poniżeni na całej ziemi
z powodu naszych grzechów."

Mówią, że najdłuższa droga to ta od głowy do serca.

Ale mi się zdaje, że dłuższa jest ta, co łączy opłakany stan, w którym się znajdujemy, z grzechami, w których tkwimy i z ich konsekwencjami.

Niechętnie dziś wiążemy te dwie rzeczywistości. Zwlekamy z tym na ostatni skok życia - z czasu w wieczność. Ba, karmimy się nawet nadzieją, że prawo to należy do zmurszałej przeszłości poprzednich, nieoświeconych pokoleń.

A gdyby stanąć przed duchowym lustrem Słowa Bożego takiego, jakim rzeczywiście Jest i przebyć tę drogę wcześniej? Może się okazać, że wszystkie inne drogi - zwłaszcza ta do przebaczenia innym - to żadne drogi: wszystko nagle przybliża się na wyciągnięcie pokornej (wreszcie) ręki.

6 marca 2026

historia świata


"Posłał swoje sługi do rolników, by odebrali plon jemu należny. (...) Chodźcie, zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo."

"Czy nigdy nie czytaliście w Piśmie: „Ten właśnie kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił, i jest cudem w naszych oczach”. Dlatego powiadam wam: królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce."

Nie potrafimy się nauczyć. Moglibyśmy mieć wszystko z ręki Boga - dzięki Jego nieskończonej miłości do nas, a wyciągając sami rękę po wszystko - nie cofając się przed najgorszą niegodziwością - zostajemy z niczym.

27 lutego 2026

Jeszcze

"Dopóki jesteś w drodze".

Od lat, za każdą wiosną, myślę sobie:

I rzekl Bóg: mimo wszystko, dam temu światu jeszcze jeden rok.

Tak samo, o każdym wschodzie słońca możnaby westchąć:

Mimo wszystko, dostałam jeszcze jeden dzień...

19 lutego 2026

kłopotliwy wybór

"Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście."

"Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa."


Są wybory doczesne, których konsekwencje są wieczne.

Są wybory wieczne, których konsekwencje są doczesne.


Zostaliśmy poinformowani, ostrzeżeni i obdarzeni wolnością.

Problem zaś w tym, że nie potrafimy się pogodzić z tym, że wybór jest zawsze: 

"albo-albo", a nie "i to i to".

14 września 2025

Dzieło życia - historyjka z pytaniem

 W Szentkút mam szczęście spotykać się z wiarą prostą i rześką, jak jesienne poranki w górach. Bez wielkich rozpraw, cytatów, uniesień i odkryć intelektualnych Ameryk. Naturalnie wypełnia drobne codzienne zdarzenia, gesty, przemyka między jednym a drugim zdaniem wymienianym w trakcie pracy, a czasem bez skrępowania jaśnieje w zawstydzających prostotą historyjkach.

Péter został zaproszony na pogrzeb dobrej znajomej. Żyła jak żyła, bez Boga, więc i bez zasad innych, niż takie, które jej pasowały. Pogrzeb świecki. I jak referował Péter, wszystko na tym pogrzebie "ę" i "ą", na wysokim poziomie, ale - jakieś puste. Kiedy poprzedniego dnia przyszli się pożegnać z ciałem zmarłej, usłyszał wewnętrzny głos: "Uratuj ją". Ale jak? Po śmierci? W gorącej wierze kąpany, chwycił za Litanię do Najdroższej Krwi Pana Jezusa i żarliwie odmówił ją za znajomą. Cóż mógłby więcej zrobić?... A jednak, po tej modlitwie, jakby znów usłyszał ów wewnętrzny głos: "Uratowałeś ją."

Nadszedł dzień pogrzebu: świeckiego, dopracowanego i zamkniętego w swojej doczesnej pustce i bezradności. W pewnym momencie Péter, jak opowiadał, miał szczególną wizję: oto w wyobraźni, ale tak żywo, jakby to się zdarzyło naprawdę, zobaczył obok siebie twarz swojej zmarłej znajomej, która powiedziała mu tylko jedno słowo: "Dziękuję".

Péter to nie jakiś tam mistyk. To prosty człowiek, żołnierz. Obrócił się do żony i spytał cicho: "Widziałaś kogoś? Słyszałaś coś?". "Nie" - odparła. Więc zrozumiał, że owa znajoma mogła pokazać się na chwilę tylko jemu, aby podziękować. Nie, źle mówię, nie tylko aby podziękować, ale żeby jeszcze podsycić jego żarliwość w nabożeństwie do Dusz Czyśćcowych.

Péter swoją krótką opowieść zakończył tak: "I wiesz co, Siostra? To było moje dzieło życia! Najważniejsza rzecz, jaką zrobiłem! Ty sobie wyobrażasz, co to znaczy uratować komuś życie wieczne?!"

I miał rację. Wszystko inne prędzej czy później diabli biorą i w niebyt niosą. Tylko to, co ratuje i buduje życie wieczne - to jest warte każdej ceny. A tymczasem tu, na ziemi, jest to nie jeden raz cena tak niewielka, że to wieczne dobro lekceważymy.

Ach, jeszcze tytułowe pytanie: "A Ty, co uważasz za swoje dzieło życia? Czy w Życiu Wiecznym będzie po nim jakiś ślad?"

6 sierpnia 2025

pór przemienienie

Przedwczoraj wieczorem po cichutku zakradła się jesień. Na próżno wedle prognoz wszelakich Budapeszt i Węgry całe rozpalą się jeszcze letnim żarem. Wczoraj, z mgłą poranną, jak zawsze niespodziewanie i nieodwołalnie, powietrze zapachniało jesienią. Niewytłumaczalnie, ale niezwykle jasno zrozumiałam, że lato już się skończyło. 

Drzewa rosnące na zboczach wzgórz okalających dolinę Szentkút oprósza delikatnie siwizna żółtych liści. Jeszcze zaczesują się zielonym, jak kobiety zaklinające rzeczywistość. Ale już ruszyły pierwsze liściaste piruety i beczki. Pikują ukradkiem, mimochodem, jakby zawstydzone, że tak wcześnie. Ale to już ten czas. To już to powietrze. To już te mgliste i rześkie poranki, to już to znużone upałem westchnienie w koronach drzew. 

Jeśli dobrze wytężę wzrok wyobraźni, widzę usypiający, brązowiejący las i nasze sanktuarium zapadające w zimowy sen.

Tak w głębi serca lubię ten milczący zamach stanu jesieni, kiedy bezceremonialnie siada w cieniu drzew, cierpliwie czekając, aż lato marudnie spakuje swoje żywioły, potem wróci jeszcze ze dwa, trzy razy po zapomniany żar i wyprowadzi się na dobre aż do przyszłego roku.

Lubię, bo czuję się wtedy, jakbym zamykała rozdział. Jeszcze brzmią ostatnie zdania, jeszcze snują się dialogi, ale pod palcami już ostatnia kartka. Zaraz zacznie się nowy. 

Do wczesnej jesieni jeszcze chwila, ale sierpień już ma tę nutę dojrzenia. Jakby pierwsza delikatna kadencja. Ledwie słyszalne pożegnanie z motywem lata. Ledwie słyszalne, ale nieodwołalne. 

Byłoby to podskórnie rozpaczliwe, gdyby nie dziecięca wiara, że gdzieś na początku marca Bóg postanowi jeszcze raz dać światu szansę na rozkwitnienie.

Lubię, bo pór przemienienie to trochę jak życia w połowie przełamanie. Jak młodzieńczą wszechmocą odurzonej lekkomyślności pożegnanie. Jak pierwszych kęsów przemijania z rozmysłem smakowanie.

Jak szlak, który jeszcze granią biegnie, ale już się ku dolinie skłania i lada chwila oswojony krajobraz, który dotąd sycił oczy, zasłoni potężniejąca za plecami nieznana strona góry. 

Byłoby to na wskroś bolesne, gdyby nie dojrzała wiara, że zstępowanie nie oznacza końca wędrowania.

Jak Piotr Jan i Jakub, trzymam to pór przemienienie w tajemnicy. Nikt nie musi o tym wiedzieć, póki nie dojrzeje do jego odczuwania, a kiedy już raz czy drugi odczuje, nie wprawi się powoli w docenianiu pożegnania i powitania.

Bo byłoby to bezradnie gorzkie, gdybyśmy przez to pór przemienienie nie byli tkani do wiecznego nieprzemijania.


28 lipca 2025

A co, kiedy losy się rozplotą, czyli piosenka na czas.

Piosenka niby „na czas”, a powstawała latami. Najpierw jej prosty tekst dojrzewał bardzo długo, chyba ostatnie pięć – sześć lat. Wiele spotkań, oraz splatających się i rozplatających się losów ludzkich budowało ją słowo po słowie. 

Potem ubranie w dźwięki: splatanie i rozplatanie kanonu, przeciągające się nagranie. 

Nie było „na czas”, wręcz przeciwnie – musiało dużo wody upłynąć, najpierw w Kietrzańskiej Troi, a potem w Dunaju, żebym mogła się z Wami podzielić myślami i doświadczeniami, które próbowałam ubrać w słowa i dźwięki. 


W rękach człowieka
życie jak rzeka
pomiędzy palcami przecieka, ucieka
przecieka, ucieka

jak chwycić w ręce
rozbite serce
odzyskać stracone czym więcej, czym prędzej
czym więcej, czym prędzej
czym więcej, czym prędzej

na nasze szczęście
pod Boskim niebem
jest czas dla mnie
jest i dla ciebie
i wyznaczona wszystkim godzina
gdy mój dzień się kończy
a twój się zaczyna

na nasze szczęście
pod Boskim niebem
jest czas dla mnie
jest i dla ciebie
własny czas

na szczęście dla nas
ów palec Boży
to, co rozbite
znów w jedno złoży
o niebo Boskie
jak księgę zwinie
gdy wieczność się zacznie
a nasz czas przeminie

na szczęście dla nas
ów palec Boży
to, co rozbite
znów w jedno złoży
w Jego czas

W rękach człowieka
życie jak rzeka
pomiędzy palcami przecieka, ucieka
przecieka, ucieka
przecieka, ucieka...


25 lutego 2022

Któż, jak Bóg?!

Ten pomnik św. Michała Archanioła w bliskim memu sercu Nagyszőlős (Wynohradiw) powstał z przetopienia pomnika Lenina.
To więcej, niż symbol. 
To właściwy wymiar wojny, której ta agresja militarna jest tylko jedną z bitew.

Módlmy się i czyńmy pokutę za nasze grzechy. 
Prośmy o poświęcenie Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi 
i wynagradzajmy za ogrom zła i zgorszenia popełniane z zimną krwią na całym świecie.

Śmierć jest owocem grzechu. Jeśli go nie nazwiemy po imieniu, nie wyznamy, nie wyrzekniemy się go, żałując jego popełnienia; jeśli nie zadośćuczynimy i nie naprawimy szkód przez niego wyrządzonych...
Mamy najwyżej parę lat, zanim jedna z głów bestii nie otworzy nad nami paszczy. A może nawet mniej.

Zresztą, te bestie cały czas krążą, to wspomagając, to pożerając jedna drugą, nad ludźmi odurzonymi pychą, lenistwem, nieczystością i zachłannością... 
Nie będę się bawić w proroka i nazywać je po imieniu: kto ma oczy i uszy, i trochę rozumu, ten widzi, słyszy i pojmuje.

Jakkolwiek niewiarygodnie by to brzmiało, czyste sumienie jest jak promień światła i świeże powietrze w tym zaduchu. Spowiedź, przemiana własnego życia, częsta Komunia Święta, Adoracja i Różaniec. To jest droga wyzwolenia i ocalenia życia (wiecznego) wśród podstępnych i cynicznych rozgrywek politycznych, ideologicznych i dezinformacyjnych na praktycznie każdej płaszczyźnie życia (w tym także w Kościele).

Jednak to Bóg jest ostatecznym zwycięzcą!




5 grudnia 2021

Nad cuda cud. Opowieść nie tylko wigilijna.

 Ponieważ moja opowieść wigilijna przez Tajemnicę Wcielenia próbuje rzucić promień światła na nasze największe prywatne pytania, niezrozumienia i bunty (tylko promień, więcej się nie dało...), dzielę się nią już teraz.


Nad cuda cud


Pewnego dnia, a był to maj

Z zielonych pól, dostojnych drzew

Stworzył Bóg pachnący oliwką gaj

Ogród jak z baśni, niewinny jak sen

Prawdziwy cud


Zapadła noc, rozpierzchł się maj

Rozległ się trzask, ogłuszył huk

Z diablej zazdrości zatrząsł się gaj

Pozostał chaos, brzydota i gruz

Zniszczony cud


Czy nie mógł Bóg biesa za róg

chwycić, zatrzymać, ratować cud?

Wszechmocny wstał, gdy opadł kurz.

Została grota wśród skalnych wzgórz

Nie wrócił cud.


Złotem biel ścian malował świt

Królewski syn powitał świat

Będzie jak ojciec – nie wątpił w to nikt

Dawcą pokoju na wiele lat

Wielbiony cud


Po murach baszt pełzał już mrok

Na polach jęk, w zaułkach krzyk

Z szatańskiej pychy król stracił wzrok

Tyrana nie chce nad sobą mieć nikt

Odrzucił cud


Czy nie mógł Bóg biesa za róg

chwycić, zatrzymać, ratować cud?

Wszechmocny wstał, gdy opadł kurz.

Znalazł pasterzem wśród skalnych wzgórz

Nie wrócił cud.


Korony drzew otulał cień

W niebo się piął młodzieńczy dąb

wzrastał i czekał na chwały swój dzień

Twardy jak stal wiatr składał mu hołd

Natury cud


Wilgotne łzy zarannej mgły

Pożółkły liść, dąb w oczach nikł

Z czarciej zawiści w pień wbił się grzyb

Po marzeń chwale nie ma już nic

Spróchniały cud


Czy nie mógł Bóg biesa za róg

chwycić, zatrzymać, ratować cud?

Wszechmocny wstał, gdy opadł kurz.

Kawałek pniaka wśród skalnych wzgórz

Nie wrócił cud.


Lecz nadszedł dzień, nastała noc

Bóg całe zło obrócił w proch

Jaskinia ciepła, a z pniaka żłób

Oczom pasterza ukazał się Bóg

Anielski cud.


Większy to kunszt, potężna moc

Chwalebny blask zwycięską noc

Rzuca do drobnych dziecięcych stóp

Sponiewierane, wziął sobie Bóg

Wcielony cud.


Nie pragnął Bóg biesa za róg

chwycić, zatrzymać, ratować cud.

Wszechmocny wstał, gdy opadł kurz.

Dzieciątkiem stał się wśród skalnych wzgórz

Na wieki cud.






31 października 2021

Psikus: zatruty cukierek

Co roku coraz bardziej ulegamy współczesnej niefrasobliwości. Płynącej, jak mi się zdaje, ze słodkiego odurzenia próżnością i przekonaniem o tym, że jesteśmy mądrzejsi od ludzi poprzednich wieków i możemy w supermarkecie świata i epok wybierać co się nam podoba oraz używać bez zwracania uwagi na instrukcję obsługi i przeznaczenie.

I nic nam nie będzie - bo co by nam mogło być?

Tymczasem zwyczaje Halloween mają swoje korzenie, historię i przeznaczenie. Ich propagatorzy mają swoje cele, których nawet nie ukrywają. 

A nawet, patrząc na samą estetykę - naprawdę, takie to zabawne przebierać się za rozkładające się ciała, potępione dusze błąkające się po cmentarzach i na rozstajach dróg, obłąkane kobiety, które zaprzedały duszę diabłu?



Walka ze Złym jest realna i ten nie przebiera w środkach, żeby nas omamić. Ostrzeżenia nie są przesadzone.

Ten, kto je lekceważy i kwituje uśmieszkiem po prostu nigdy nie stanął jeszcze z nim twarzą w pysk.

Ale ten, kto dał się zaszczuć  i wpędzić w nerwicową rozpacz z jego powodu, nigdy nie stał przed Bogiem twarzą w Oblicze.

Bez lęku, ale bądźmy roztropni. Nie wpuszczajmy pogaństwa i kultury "zabawnej śmierci" do swojego domu. 

Ktokolwiek doświadczył na sobie choć troszkę nienawiści i pogardy Złego w stosunku do człowieka wie, że nie ma się z czego śmiać. 

Ktokolwiek stał już na progu prawdziwej, własnej śmierci, nie będzie jej w ten sposób "świętował".

14 sierpnia 2021

O męczeństwie po chrześcijańsku

Zostać męczennikiem – ma sens. Ale nie byle jakim, tylko chrześcijańskim. Tylko takie wyjdzie na dobre nam i przyniesie owoc, o jakim krótkowidzom się nie śniło.

Ostatnio już parę razy usłyszałam od kobiet, które odchodziły od mężów: „Nie zamierzam być męczennicą”. Nie będę tu jednak roztrząsać rodzinnych dramatów, które każą komuś podjąć tak bolesną decyzję, ani też mierzyć poziomu niedojrzałości, która wiedzie innych do zabarykadowania się w wiecznie trwającym, niewymagającym zaparcia się siebie dzieciństwie.

Chodzi o samo męczeństwo.
Po chrześcijańsku.

Bo źle się nam ono kojarzy: jako patologiczna depresyjna rezygnacja wobec doznawanej przemocy. Albo też dokładnie odwrotnie: jako sztuka emocjonalno-moralnego szantażowania wybranych osób poprzez ostentacyjne poświęcanie się i zapracowywanie się na śmierć. Może jeszcze komuś kojarzy się jako interes z Zaświatami – taka islamska promocja łatwego wstępu do Raju.

Tymczasem męczeństwo po chrześcijańsku to miłość. Brzmi sztampowo, prawda? Powiedzmy to więc inaczej: to przełożenie czegoś, a właściwie kogoś, ponad własne dobro, własne pragnienia, własne życie. To właśnie jest miłość. Oddanie życia dla kogoś, za kogoś. Trudna jest ta miłość, właściwie niemożliwa do zrealizowania bez odpowiedniego punktu odniesienia. Tym odniesieniem jest Krzyż i Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa, a konkretniej moje własne życie wieczne i jego cena – wyższa, niż cokolwiek innego na tym świecie.

Jeśli przed oczami mam ten punkt odniesienia w stosunku do mojej osoby, zachowuję go również w stosunku do osoby, którą kocham. Jeśli zaś tracę go, mój egoizm i płytkość bytu prędzej czy później zwycięży moje dobre intencje i powiem sobie: dość! Czemu mam pozwalać moim siłom uchodzić a moim marzeniom obracać się w pył? Czemu nie może być w życiu „po mojemu”? Czemu nie można żyć dla siebie, dla swojej przyjemności i spełnienia?

Jeśli droga do szczęścia, jaką proponuje mi Jezus, który najpierw umarł na krzyżu, a dopiero potem zmartwychwstał i wstąpił do Nieba, nie jest moim świadomym wyborem, to perspektywa męczeństwa napawa lękiem i buntem. Dla instynktu samozachowawczego jest ono przecież złem najgorszym z możliwych. Bez wiary Synowi Bożemu, nadziei na Życie Wieczne i miłości większej, niż miłość własna nikt nie jest w stanie zapanować i nakazać milczenie swojemu instynktowi.

Dziś wspominamy św. Maksymiliana. Wszyscy go podziwiamy, ale jego męczeństwo – jak męczeństwo wszystkich innych świętych – jest „wisienką na torcie”, ostatnim aktem długiego przygotowywania się przez całe życie do dokonania właśnie takiego wyboru. Przygotowania, które nie wiedziało, do czego przygotowuje. Dojrzewania miłości, która nie wiedziała, w jaki sposób ostatecznie się wyrazi. Śmierć męczeńska w chrześcijaństwie jest łaską wstąpienia dokładnie w krwawe ślady Chrystusa. Łaskę otrzymują ci, którzy potrafią ją docenić i jej wyczekiwać z pokornym drżeniem – czy godnie po tych śladach będą stąpać do końca.

Łaskę tą doceniają zaś ci, którzy wiedzą, ile kosztuje życie wieczne. Ci, którzy dojrzewają w miłości z dnia na dzień, którzy „ćwiczą” wybór Krzyża Chrystusowego z dnia na dzień.

Tak, wiem, pięknie to brzmi, ale jak rozpoznać, kiedy to jest autentyczne, a kiedy tylko patologię samoumęczenia pudruje się wielkimi słowami? Pan Jezus mówi: „Po owocach ich poznacie”. Samoumęczenie jest udręką dla otoczenia. Jest suche, bezpłodne i pozostawia po sobie gorycz i niepokój. Dojrzewanie do prawdziwego męczeństwa przynosi owoc – spójrzmy na św. Maksymiliana. Pozostawia po sobie drogę, która pociąga następne pokolenia. Dla otoczenia – w tajemniczy, ale pewny sposób – jest źródłem życia, radości i pokoju.

Odwagi. Warto żyć i umierać dla „Stawki większej, niż życie”.