Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nadinterpretacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nadinterpretacje. Pokaż wszystkie posty

11 marca 2026

tak zwana mądrość życiowa


"Strzeżcie ich i wypełniajcie je, bo one są waszą mądrością i umiejętnością."

"Tylko się strzeż bardzo i pilnuj siebie, byś nie zapomniał o tych rzeczach, które widziały twe oczy, by z twego serca nie uszły po wszystkie dni twego życia, ale ucz ich swych synów i wnuków."

Jak mówią, mądrość (ludzka) przychodzi z wiekiem, niestety, najczęściej jest to wieko trumny...

Po drodze jeszcze może przyjść gorzka mądrość życiowa, przed którą tak się broniła Agnieszka Osiecka w piosence "Wielka woda".

A tu, mądrość gotowa, nie gorzka, do wzięcia i zachowania. Do strzeżenia, żeby niemądrze nie wymienić jej na mądrość etapu.

28 lipca 2025

A co, kiedy losy się rozplotą, czyli piosenka na czas.

Piosenka niby „na czas”, a powstawała latami. Najpierw jej prosty tekst dojrzewał bardzo długo, chyba ostatnie pięć – sześć lat. Wiele spotkań, oraz splatających się i rozplatających się losów ludzkich budowało ją słowo po słowie. 

Potem ubranie w dźwięki: splatanie i rozplatanie kanonu, przeciągające się nagranie. 

Nie było „na czas”, wręcz przeciwnie – musiało dużo wody upłynąć, najpierw w Kietrzańskiej Troi, a potem w Dunaju, żebym mogła się z Wami podzielić myślami i doświadczeniami, które próbowałam ubrać w słowa i dźwięki. 


W rękach człowieka
życie jak rzeka
pomiędzy palcami przecieka, ucieka
przecieka, ucieka

jak chwycić w ręce
rozbite serce
odzyskać stracone czym więcej, czym prędzej
czym więcej, czym prędzej
czym więcej, czym prędzej

na nasze szczęście
pod Boskim niebem
jest czas dla mnie
jest i dla ciebie
i wyznaczona wszystkim godzina
gdy mój dzień się kończy
a twój się zaczyna

na nasze szczęście
pod Boskim niebem
jest czas dla mnie
jest i dla ciebie
własny czas

na szczęście dla nas
ów palec Boży
to, co rozbite
znów w jedno złoży
o niebo Boskie
jak księgę zwinie
gdy wieczność się zacznie
a nasz czas przeminie

na szczęście dla nas
ów palec Boży
to, co rozbite
znów w jedno złoży
w Jego czas

W rękach człowieka
życie jak rzeka
pomiędzy palcami przecieka, ucieka
przecieka, ucieka
przecieka, ucieka...


30 stycznia 2022

I o co tyle milczenia?

 Wpadłam dziś na ów kadr. Od dzieciństwa drogi mi Mały Rycerz.

Ale nagle zobaczyłam, że jest to zapis mojej biografii z lat 2015-18. 

Tak właśnie było! Ile w tym prawdy...

(Choć moja Przyjaciółka nie mówiła mi wcale, 

że Ojczyzna potrzebuje mojej szabelki, a Ketling jest umierający... ;) )



2 października 2021

Anioł Stróż: niebezpieczne związki

Dzisiaj Aniołów Stróżów. Gwarantów bezpieczeństwa? - Tak.
Gwarantów świętego spokoju? - Oj, chyba nie...

Kiedy Bóg daje swojemu narodowi Anioła, mówi nie mniej ni więcej, tylko:

Oto Ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem. Szanuj go i bądź uważny na jego słowa. Nie sprzeciwiaj się mu w niczym, gdyż nie przebaczy waszych przewinień, bo imię moje jest w nim. Jeśli będziesz wiernie słuchał jego głosu i wykonywał to wszystko, co ci polecam, będę nieprzyjacielem twoich nieprzyjaciół i będę odnosił się wrogo do odnoszących się tak do ciebie. Mój anioł poprzedzi cię i zaprowadzi do Amoryty, Chetyty, Peryzzyty, Kananejczyka, Chiwwity, Jebusyty, a Ja ich wygładzę.

Wj 23,20-23 

Mówiąc inaczej: Mój Anioł postawi cię oko w oko z twoim wrogiem, któremu musisz stawić czoła, a który chce cię zgładzić. Wprowadzi cię w kłopoty, na które nie masz ochoty. Może nawet "opasze cię i poprowadzi tam, gdzie nie chcesz"... 


A tam, jeśli pozwolisz, Pan - często posługując się swoim Aniołem - okaże swą miłość i chwałę, ratując z rąk nieprzyjaciół. Czasem nawet wyciągając z paszczy lwa albo każąc wielorybowi, żeby wreszcie cię wypluł...

Wszystkie te kłopoty po to, abyś kiedyś uświęcony, oczyszczony i wydoskonalony mógł - razem z nieodłącznym towarzyszem i najwierniej cię kochającą cię istotą - mógł z jaśniejącą twarzą wpatrywać się (jak on już teraz) w Oblicze Najwyższego.

Mam nadzieję, że ta myśl przekorna i piosenka Ray LaMontagne, jeśli zamienić w niej "a woman" na "my angel", pozwoli Ci inaczej spojrzeć na życiowe, małe i duże "trouble, trouble, trouble"...



25 września 2021

Błogosławiony - nagranie z rękopisów

Było to chyba w roku 1999, choć głowy nie dam. Na Kongresie Misyjnym w Częstochowie miałyśmy - jak to się mówiło - animować Różaniec Misyjny.

Na tą okazję powstał "Błogosławiony", który w całości - znów, jeśli dobrze pamiętam - był później wykonywany jeszcze tylko na którymś z FSM-ów na Kalwarii Pacławskiej (dzięki czemu został utrwalony w nutkach i chwytach :) ).

Ponieważ - mimo wszystko - rękopisy nie płoną, możecie go po ponad dwudziestu latach posłuchać. Na razie w wersji surowej. Może kiedyś doczeka się ludzkiej aranżacji ;)
 
UWAGA
Kto w telefonie nie widzi pod tekstem filmu na YT - TUTAJ można zobaczyć ;)



Błogosławiony niech będzie Ten,
co przed wiekami ukochał mnie,
życie za mnie dał,
swym tchnieniem ożywia mnie.

Swym Słowem wypełnia usta me,
posyła do nieznanych serc,
bym pukał i głosił:
jesteś dla Boga wszystkim.

I

Radość rozkwitła w sercu mym pod dotknięciem Twoich rąk
odkąd otarłeś moje łzy, gdy we mnie życie umarło.

- Mario idź i powiedz im: Jeśli uwierzą i będą czekać,
wszystko odzyska sens. Bogiem przestanie być śmierć.

II

Ziarno pokoju jest w sercu mym, jego korzenie splatają mnie.
Jestem pewien, że dajesz mu wzrost, bym go w sercach rozsiewał.

- Idźcie na świat i głoście: Mamy jednego Ojca w Niebie.
Pokój to znaczy miłość, pokój to znaczy życie.

III

Ufność rozlałeś w duszy mej, jak wonny olejek na Twoją cześć.
Znasz moją słabość jak nikt - uczyniłeś mnie Twoim heroldem.

- Nie bójcie się głosić Nieba. Wypełnię was po brzegi prawdą.
Duch Mój rozpali serca, odnowi oblicze ziemi.

IV

Chcę być posłuszna woli Twej, wypełniać Fiat, jak Twoja Matka.
Wyrwałeś śmierci ciało Tej, w której się skryłeś, Najwyższy.

- Szczęśliwi ci, którzy wierzą mi, że każde życie jest święte.
Ja jestem w życiu tym. Ja jestem Życiem sam.

V

Wpatruję się w świętą zmęczoną twarz, dotykam zmarszczonych czuwaniem rąk,
Tej, co spojrzała w oczy Boga i rozjaśniła uśmiechem świat.

- Jeśli ktoś z miłości do Mnie zachowa wszystkie Słowa w sercu,
Ojciec pochyli się, na zawsze zamieszka w nim.

EPILOG

Nie ma miłości większej od tej, gdy Ktoś życie swoje za mnie oddaje.
Wszystkim jest dla mnie mój Bóg, bo ja jestem wszystkim dla Niego.

- Nie wyście Mnie wybrali, lecz Ja wybrałem i przeznaczyłem,
byście przede Mną szli, aby wasz owoc trwał.

25 stycznia 2021

Idą nowi starym śladem

 

Kurz się wzbija na Patriarszych Prudach. 
Oto nadchodzą nowi prezesi Massolitu wszechmocni, redaktorzy ponad stan oczytani. Sprężystym krokiem, już bez poetów ikoną podszytych, suną i snują: plany na wieczór, na lata i stulecia. Dla siebie, ludzkości, dla tych co być mają i nie mają. 

Upaja ich ten widok spraw toczących się rytmem wyznaczonym, dopiętych na ostatni guzik tak, że tchu w sumieniu braknie. Błoga zaś bezkarność chłodzi, jak ciepły napój morelowy.


Pieni się w umysłach pycha żywota szyderstwem z bezsilnych pariasów zaprawiona, nie mniej krwawo, niż w Berliozowej czaszce. 
Chwilowo niezwyciężeni, w mniemaniu swoim wznoszą się nad ludzi, anioły i demony. 
Tymczasem jeszcze chwila i nowi podążą starym śladem. 
Nie czytali Starca Bułhakowa. 


Zaprawdę bowiem, dla bezbożnych nowych Michałów Aleksandrowiczów, 
Annuszka nie tylko kupiła olej słonecznikowy, 
ale może go nawet już wylała.


23 października 2020

Kohelet po godzinach

Kryptopanteiści przychodzą i odchodzą.

A Natura i tak wie swoje. 

- zachichotał Kohelet.

(dzisiaj u nas na porannej adoracji 😇 siedział dobre pół godziny)


25 sierpnia 2020

Miłość zwycięża osamotnienie, czyli żałoba po katolicku.

 Niewiasto, czego płaczesz? Kogo szukasz?

Przed kilkunastu laty leżałyśmy we trzy na jednej sali w szpitalu onkologicznym.  Każda lepiej lub gorzej, próbowała sobie poradzić z chorobą, ze świństwem, które tłoczono nam do żył i z sobą samą.

Pewnego dnia do jednej z nas przyszła w odwiedziny krewna. Usiadła. Nie wiem, ile czasu była przy jej łóżku, ale dla nas wszystkich było to jak wieczność.

Zastygła bez słowa. W niemym bólu tak despotycznym, że nam – i bez tego ledwie leżącym – niemal brakowało powietrza. Zdawało się, jakbyśmy wszystkie trzy nie istniały. Była tylko owa krewna ze swoim własnym cierpieniem, którego byłyśmy zaledwie tłem, chyba nawet nie przyczyną... Kiedy wyszła, odetchnęłyśmy z ulgą. Wróciło nam prawo do własnego istnienia i własnego cierpienia. Od tamtej pory, kiedykolwiek spotkałam się z członkami rodziny osób chorych na raka, kładłam im na serce, aby nie terroryzowali chorych własną egocentryczną rozpaczą.

Żałoba boli. I tak ma być. W końcu śmierć wydziera nam możliwość przebywania z osobą, którą kochaliśmy. Trzeba ten ból wypłakać, ukołysać wspomnienia, pozwolić się ranie z czasem zabliźnić. Ale kiedy ból staje się dyktatorem, to znak, że nie płaczemy z tęsknoty. Opłakujemy samych siebie, a ściślej biorąc hodujemy udramatyzowane ego, które zmierza do rządów absolutnych nad resztą naszego życia i – jeśli tylko się uda – nad tymi, którzy znajdą się w naszym pobliżu. Taką dyktaturę trzeba koniecznie i czym prędzej obalić. Nie ma nic wspólnego z żałobą, choć na taką chce wyglądać.

 

Czemu szukacie żywego wśród umarłych?

Żałoba pogańska nie ma wyjścia: albo podda się całkowitej rozpaczy, albo będzie się utulać w miękko brzmiących sentencjach, jakoby umarli żyli dalej w naszej pamięci. Formą dbania o byt naszych zmarłych będzie wtedy dostarczanie na groby podgrzewanych wspomnień i odświeżanych uczuć przybranych w wieńce i oświetlanych zniczami. Takie trochę duchowe Dziady.

Prawda jest jednak taka, że w naszej pamięci żyją co najwyżej wspomnienia o naszych zmarłych i nic więcej. Oni sami nie zamieszkują naszych serc. Tak jak tu na ziemi, tak i tam żyją własnym życiem. Tyle, że przekroczyli już próg czasu i przestrzeni. Ich byt nie karmi się naszą pamięcią, uczuciami, nie ogrzewa ich płomień zniczy i nie koi ich widok pięknych kwiatów. Tak naprawdę mają inne potrzeby, które jesteśmy w stanie, a nawet powinniśmy spełnić.

Potrzebują naszej modlitwy za nich, naszych drobnych (a może i większych) wyrzeczeń i jałmużny spełnianych w ich intencji. Najbardziej jednak potrzebują Mszy Świętej odprawianej w ich intencjach, ponieważ jak nic innego, ma ona moc wydobyć ich ze stanu oczyszczenia i wprowadzić w Krainę Szczęścia przekraczającego wszelkie nasze wyobrażenie, do której zresztą my także (mam nadzieję) w głębi naszych serc wzdychamy. Jest to realna i wymierna (po Tamtej Stronie) pomoc naszym zmarłym.

Problemem w naszych czasach jest ogólne zamieszanie, które myli uczucia z wiarą i świat wewnętrzny z transcendencją. Dlatego zdaje się w pierwszym odruchu, że to wspomnienia, kwiaty i znicze są ważniejsze. Dla nas – bo są z naszego świata. Dla nich pomocne jest to, co sięga ich świata, a to już są sprawy wiary, a nie naszych wewnętrznych uczuć. Trudno jest uchwycić wymierność troski o dusze w czyśćcu cierpiące. Ale czy nie na tym właśnie polega wiara, że działamy w nadziei ujrzenia skutków dopiero w Niebie?

 

Nie zatrzymuj Mnie! Jeszcze bowiem nie wstąpiłem…

Pozwolę sobie tu na nadinterpretację słów Pańskich. Chodzi mi bowiem o wielką krzywdę, jaką nieświadomie i z dobrymi intencjami wyrządzamy naszym bliskim zmarłym, kiedy z miłości do nich od razu po śmierci wynosimy ich na prywatne ołtarze.

Swój niewątpliwy i niechlubny udział mają teolodzy i nauczyciele wiary, którzy przez ostatnie dziesięciolecia poszerzają ucho igielne wiodące do Nieba i zwężają szeroką i przestronną drogę wiodącą do zatracenia. Usypiają tym z jednej strony naszą czujność i sprawiają, że nie bierzemy na poważnie słów apostoła „zabiegajcie o wasze zbawienie z bojaźnią i drżeniem” oraz „cierpliwość Pana uważajcie za zbawienną”. Z drugiej strony, kiedy myślimy czy to o naszej własnej, czy o czyjejś śmierci, zręcznie omijamy wszelkie myśli mogące budzić niepokój, wykluczając jakąkolwiek możliwość potępienia i jednym susem przeskakując prawdopodobieństwo oczyszczenia. Zostaje dzięki temu błoga pewność, że śmierć musi prowadzić prościutko do Nieba.

Spójrzmy jednak trochę zdroworozsądkowo w nasze własne serca. Czy przyglądając się sobie mamy ochotę wykrzyknąć „sancto subito”? A znamy siebie lepiej, niż ktokolwiek inny. Co więcej, im jesteśmy starsi, tym pokorniej (Co daj Panie Boże, amen!) spoglądamy na własną kondycję duchową, niezależnie od tego, jak widzą nas ludzie.

A więc, per analogiam, nawet jeśli ktoś wydawał nam się najświątobliwszy lub przeszedł niewyobrażalne cierpienia, nie dajmy się uwieść pokusie kanonizacji. Jeden Pan Bóg jest w stanie osądzić, czy umierając potrzebował oczyszczenia, czy mógł wznieść się prosto do Nieba.

Na wszelki wypadek zatroszczmy się o naszych zmarłych. Kto wie, ile wysiłku, modlitw i ofiary potrzebują, aby oczyścić się z tego, co było ukryte za życia…

Nie zostawiajmy naszych bliskich bez pomocy. Nie zatrzymujmy ich w czyśćcu przez sentyment, nasze sądy lub zaniedbanie. Być może jeszcze nie wstąpili.

 

Przyjdzie zaś kiedyś ten dzień, kiedy i my staniemy za progiem życia i obejrzymy się na tych, co jeszcze zostali w nadziei na pomoc i miłosierdzie.

 

 

29 czerwca 2020

Ziarenka

Pewnego poranka w skrzynkach pocztowych małego miasta pojawiły się tajemnicze paczuszki. Żadna z nich nie miała adresu, ale każdy, kto zajrzał do skrzynki, miał pewność, że to była wysłana specjalnie do niego. Zamiast nadawcy, zwyczajną czcionką było wypisane niezwykłe zdanie: „Droga do szczęścia”  W środku była  zapisana drobnym maczkiem kartka i woreczek z ziarenkami.

Wśród mieszkańców zawrzało. Nikt nie wiedział, skąd wzięły się owe paczki. Nikt nie widział listonosza. Każdy natomiast miał zupełnie inne zdanie o tym, co należy zrobić z tajemniczą zawartością.

 

Pyszny uśmiechnął się kpiąco, patrząc na skromną paczkę, rzucił okiem na zapisaną kartkę.

- Doprawdy? Moje życie płynie właściwym torem, jaki mu sam nadałem. Nawet nie wiem, od kogo jest ten woreczek, czy warto się tym w ogóle zajmować? Co mógłby mi ten  nieznajomy dać, czego już sam swoją pracą i przenikliwością nie osiągnąłem?

Mówiąc to rzucił paczkę  w krzaki i wrócił do domu.

 

Chciwemu zapłonęły oczy. Wciągnął powietrze i rzuciwszy ukradkiem okiem, czy nikt nie stał się świadkiem jego wzruszenia, krokiem pozornie obojętnym i nonszalanckim, skierował się do domu. Tam rzucił się na paczuszkę i rozszarpałby ją w oka mgnieniu, gdyby nie radosny lęk, że mógłby zniszczyć coś niewątpliwie cennego, kryjącego się w tej niepozornej kopercie. Otworzył. Szybko i niedbale przejrzał drobne pismo na kartce. Westchnął. A więc nie pieniądze. Żadna z kartek nie wyglądała na czek, jakikolwiek papier wartościowy. Spojrzał na woreczek. W dotyku wyczuł niewielkie ziarenka w środku. Bez zbytniego entuzjazmu zajrzał do środka. Coś pobłyskiwało.

- Niezwykłe – pomyślał.

Wysypał ziarenka na stół. Pobłyskiwały złoto-perłowym odblaskiem. Przyjrzał się z nadzieję bliżej, poddał próbie i… Ostatecznie wszystko wylądowało w koszu. Nie były to ziarenka złota, ani małe perełki, które pocieszyły by zawiedzionego chciwca.

 

Na ziarenka zupełnie inaczej zareagował Łakomczuch. Przeczytał karteczkę i w lot zorientował się, że tu chodzi o coś innego, niż zwykłe ziarenka. Usiadł na chwilę, zastanowił się i przyniósł do pokoju doniczkę. Tajemnicza wiadomość zaczynała się bowiem od słów: „Jeśli chcesz odnaleźć drogę do szczęścia, zasadź jedno ziarenko. Kiedy wzejdzie i wyda owoc, wskaże ci, co masz zrobić, żeby je znaleźć.”

Zasadził ziarenko. Naprawdę, było zaczarowane, bo zaraz, jak je podlał (ostrożnie, żeby nic nie zepsuć), z ziemi wyjrzał mały perłowy kiełek. Łakomczuch nie posiadał się z radości. Podlewał je odtąd codziennie i przyglądał się mu z niecierpliwością. Kiełek tymczasem, mimo iż podrósł, jakoś nie chciał zakwitnąć, nie mówiąc o wydaniu owocu. A Łakomczuch miał ogromnego smaka na szczęście. Nie chciał czekać. Poza tym podejrzewał, że może to ziarenko było uszkodzone i na próżno czeka, kiedy mógłby już dawno wędrować tajemniczą ścieżką w stronę szczęścia. Pewnego dnia desperacko rozgrzebał ziemię i wsypał całą zawartość woreczka do doniczki. Podlewał, podlewał i… Rzeczywiście, zaraz pojawił się mały zagajnik, który rósł jak burza. Wkrótce wyrósł z doniczki i ze stołu, zaczął się piąć po ścianach i suficie. Ani się Łakomczuch obejrzał, jak cały dom opleciony był złoto-perłowym bluszczem. Ale ani kwiatów, ani owoców na nim nie było. Nie było też gdzie usiąść, ani się położyć. Żeby odzyskać przestrzeń do życia, Łakomczuch – rad nierad – musiał wziąć sekator i cała nadzieja na przygodę skończyła żywot pod płotem.

 

Jaka była historia Namiętnej? Od początku spodziewała się miłosnej przygody. Pismo było drobne, ale piękne, budzące zmysły i wyobraźnię.  Droga do szczęścia? Przez ziarenka? Wzięła do ręki woreczek. Był zwyczajny, płócienny, ale pragnienie zasmakowania szczęścia chyba odmieniło jej zmysły, gdyż wydawało się jej, że dotyka aksamitu. Wzięła ostrożnie jedno ziarenko. Połyskiwało tajemniczo. Już samym widokiem można było cieszyć oczy. Już miała postąpić według polecenia z karteczki, ale połysk ziarna ją zahipnotyzował. Wciąż obracała je w palcach. Było tak jedwabiste. Powąchała. Pachniało wiosną. Nagle uświadomiła sobie, że jeśli zasadzi je, straci je na zawsze. Zamiast tego wolała się nim cieszyć. Zdawało się, że to jest największe szczęście. Ale myliła się. Bo gdy przyszła jej myśl, żeby spróbować jego smaku…

- Tylko jedno ziarenko. Przecież mam ich tutaj cały woreczek. – Uspokajała strachliwe sumienie.

Smak oszałamiał i sprawiał, że zapominała o całym świecie. Ale jak tylko je rozgryzła i połknęła, pozostała w niej gorycz i bezpańska tęsknota. Sięgnęła po drugie, trzecie. I wkrótce nie było już żadnego ziarenka. Tylko żal. Ale nawet nie za zmarnowaną drogą do szczęścia. Tylko za smakiem, który oszałamiał i rzucał w gorycz.

 

 

Wzburzony zabrał paczuszkę do domu. Rozpakował, przeczytał. W jakiś sposób nie umiał zrozumieć tego, co czyta i bardzo go to drażniło. Pragnął szczęścia, spokoju. Tęsknił za nim tym bardziej, im bardziej jego dom był pełen nieporządku i wiszącego w powietrzu gniewu i buntu na ten świat, na sąsiadów, na siebie samego. Rozdrażniony próbował postępować według instrukcji, ale woreczek najpierw wypadł mu z drżących rąk, i to tak, że ziarenka rozsypały się po podłodze. Klnąc zaczął ich szukać. Ale jakby te ziarenka miały w sobie ukrytą złośliwość: każde potoczyło się w jakiś niedostępny zakamarek. Poszukiwanie i zbieranie ziaren doprowadzało Wzburzonego do szału. W pewnym momencie, kiedy sięgał po ziarno ukryte pod szafą, ta z łoskotem zwaliła mu się na plecy. Bałagan, który wcześniej królował w mieszkaniu Wzburzonego był niczym w porównaniu ze zniszczeniem, jakie zgotowała furia bezsilnego i poobijanego Wzburzonego. Dość powiedzieć, że następną noc musiał spędzić na zewnątrz. O ziarenkach, szczęściu, a nawet spaniu we własnym łóżku nie było mowy.

 

U ciotki Acedii rozegrała się zgoła inna historia. Otóż przyniosła paczuszkę do domu, rozpakowała i przeczytała Kartkę. Właściwie „przeczytała” to zbyt optymistyczne słowo. Tak naprawdę, rzuciła okiem na pierwsze zdanie, westchnęła i odłożyła paczuszkę na półkę nad kominkiem.

- Szczęście! Wolne żarty. Jej się na pewno nie uda. Nigdy się nie udawało.

Nie wierzyła nawet, że istnieje naprawdę. Pogrążyła się w rozmyślaniach i zapomniała o przesyłce. Po kilku dniach znów zwróciła uwagę na paczkę. Przeczytała ponownie, nawet zajrzała do woreczka. Bez przekonania zasadziła ziarenko i podlała je. Kiełek wychylił się spomiędzy grudek ziemi. Przez twarz Acedii przemknęła nadzieja. Ale szybko zgasła, jakby zdmuchnięta jakimś wewnętrznym powiewem. Rzuciła się znów na fotel przed kominkiem rozmyślać o własnym nieszczęściu. Znów zapomniała o ziarenku. I to na tak długo, że gdy się ocknęła, z wyschniętej skorupy w doniczce wystawało zasuszone wspomnienie nadziei. Rozgoryczona rzuciła paczuszkę w kąt. Więcej na nią nawet nie spojrzała. Siedziała znów przed kominkiem i do litanii straconych złudzeń, którą skwapliwie odmawiała każdego dnia od rana do wieczora, dorzuciła wezwania o daremnych próbach, zawiedzionych nadziejach i dwóch lewych rękach.

 

Czy więc nadawca tych paczek poniósł całkowitą porażkę?

 

W malutkim domku mieszkała staruszka z małym dzieckiem. Babciunia miała oczy wypłakane od łez nad błędami młodości. A trzeba powiedzieć, miała ich naprawdę sporo. Jedyną osłodą jej starości był wnuczek. Słodka dziecina, choć niesforna. Para ta także otrzymała paczuszkę. Babcia ostrożnie rozpakowała przesyłkę i położyła na stole. Przeczytała na głos drobne zapiski, wyjęła ziarenko z woreczka i pokazała Wnuczkowi. Chłopak wykrzyknął:

- Hura! Wiem, co to będzie! To tak jak w bajce o ogromnej fasoli! Babciu, zasadźmy ją, proszę…

Babcia uśmiechnęła się  przez łzy, bo ona akurat pomyślała sobie, że nie jest godna odnaleźć drogi do szczęścia i tak naprawdę, to jej szczęście właśnie biega po całym domu szukając doniczki.

Zasadzili. Podlewali i czekali. Wiele dni upłynęło, zanim spodziewana „fasola” wyrosła na wysokość Wnuczka, a potem na – niewiele większą – wysokość Babci. Ciągle nie było kwiatów. Babcia westchnęła, że może zrobili coś źle, może nie są godni, żeby cudowna roślina zakwitła, ale Wnuczek nie tracił nadziei i kiedy roślina dosięgła sufitu, jak strzała pobiegł do kuchni:

- Babciu, babciu! Tam na górze jest mały kwiat!

Rzeczywiście. Ich wytrwałość została nagrodzona. Po kilku dniach kwiat przekwitł, a na jego miejscu pojawił się mały owoc. Nie można było go jednak dosięgnąć. Babcia sięgnęła po kartkę. Zarzekała się później, że tego zdania nie było, kiedy pierwszy raz czytała ją na głos. „Wrzuć następne ziarenko. Ono pozwoli ci zebrać owoce.”

Wrzuciła. I znów czekali i podlewali. A druga roślina z dnia na dzień oplotła pierwszą łodygę i zwiędła. Babcia się zasmuciła. Ale Wnuczek widział to inaczej: wspiął się po uschniętej łodydze i zerwał owoc.

Kiedy już miał go w ręku, Babcia zobaczyła na kartce zdanie, którego – znów, mogłaby przysiąc – nie było na niej wcześniej: „Zasadź resztę ziarenek i posil się owocem. Potem ruszajcie w drogę”.

I stało się tak, jak w bajce. Roślina przebiła sufit i dach, ziarenka wykiełkowały i puściły się pędem dookoła już nie łodygi, ale pnia. Babcia z Wnuczkiem podzielili się owocem i nagle Babci odjęło, a Wnuczkowi przybyło lat. Ze śmiechem zaczęli się wspinać wprost do nieba.

 

Zza płotu śledziło ich zimne spojrzenie. To zasuszona Zazdrośnica tkwiła między sztachetami. I ona dostała przesyłkę, ale nawet jej nie odebrała. Już dawno zabarykadowała się w swojej twierdzy tak, że sama nie umiała wyjść za bramę. W jakiś tajemniczy sposób mogła obserwować historię ziarenka u każdego z jej sąsiadów. I z pozbawionym radości zadowoleniem stwierdzała, że nikomu się nie udało. Od początku wiedziała, że te ziarenka to oszustwo. Teraz jednak wzbierała w niej złość.

- To się nie powinno udać! Nie zasługują na to! To niesprawiedliwe, że ta grzesznica i to głupie dziecko dostali dobre ziarna!

Jej pełne żółci myśli pobiegły do tajemniczego nadawcy. Złość wzbierała w niej coraz bardziej. W końcu wyłamała zamek w bramie, żeby dostać się do skrzynki pocztowej. Wyszarpała paczkę, rozpruła tuż przy skrzynce i rozsypała ziarenka.

- Niech gniją! Gardzę Twoją niesprawiedliwością! – krzyknęła buńczucznie i z powrotem zabarykadowała się w swoim domu.

 

Ziarenka wykiełkowały za zatrzaśniętą bramą. Na próżno. Sąsiedzi, każdy zza firan swojego okna, obserwowali ten niemy dramat. I dziwili się, jak to się stało, że Babci i Wnuczkowi udało się znaleźć drogę do szczęścia. Zbyt trudne było dla nich pojąć, że serce skruszone nie pogardzi Panem, a nadzieja – ta, zawieźć nie może.

           

 

 

 


6 czerwca 2015

Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem

...Jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono,
czas zabijania i czas leczenia,
czas burzenia i czas budowania,
czas płaczu i czas śmiechu,
czas zawodzenia i czas pląsów,
czas rzucania kamieni i czas ich zbierania,
czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich,
czas szukania i czas tracenia,
czas zachowania i czas wyrzucania,
czas rozdzierania i czas zszywania,
czas milczenia i czas mówienia,
czas miłowania i czas nienawiści,
czas wojny i czas pokoju.
Cóż przyjdzie pracującemu
z trudu, jaki sobie zadaje?
Przyjrzałem się pracy, jaką Bóg obarczył ludzi,
by się nią trudzili.
Uczynił wszystko pięknie w swoim czasie,
dał im nawet wyobrażenie o dziejach świata,
tak jednak, że nie pojmie człowiek dzieł,
jakich Bóg dokonuje od początku aż do końca.
Koh 3 1-10
 
Wszystkim Czytelnikom mojego bloga
wiernym i niewiernym
uważnym i przypadkowym
pobłażliwym i krytycznym
dziękuję za chwile spędzone w tym zakątku internetu
i życzę takiego życia i takiej śmierci,
żebyśmy się spotkali
w Niebie.
O co się również dla siebie i dla Nich modlić będę.





28 października 2013

Święty Franciszek źródłowy.

Z niedowierzaniem, choć - niestety - bez zdziwienia czytam rewelacje historyka (sic!) na temat św. Franciszka: Historyk, o. John O’Malley, autor m. in. „Historii papieży”, twierdzi, że papież Franciszek może wprowadzić Kościół w „nową epokę reform”.

"Symboliczne znaczenie miało już imię wybrane przez papieża. – Święty Franciszek kochał biednych, był zaniepokojony stanem środowiska naturalnego i był człowiekiem pokoju. Myślę, że w ten sposób (papież - przyp. red.) określił swoje najważniejsze priorytety i to jest jego wielka wizja – dodał amerykański jezuita".


I nie dowierzam: czy ów historyk mówi o jakimś innym św. Franciszku? Czy nie doczytał? A może ma dostęp do źródeł przez 800 lat ukrywanych przed światem? Gdzie leży granica interpretacji faktów według hermeneutyki ideologii a priori przyjętej? 
Wiedza, którą ja mam o św. Franciszku wygląda raczej tak:


"Św. Franciszek kochał w biednych cierpiącego i ukrzyżowanego Chrystusa; był zaniepokojony brakiem czci oddawanej Najświętszemu Sakramentowi i związanym z tym stanem świątyń i ich wyposażenia; był człowiekiem pokornego oddania się w posłuszeństwie Kościołowi i przez to - w pokoju, a nie w kolejnej schizmie - przyczynił się do uzdrowienia i odrodzenia Kościoła".

(jeden z komentarzy poniżej artykułu)
 
Nie dziwię się zaś dlatego, że jest to zjawisko dość powszechne, przez które ucierpieli - nie przebierając - ot, choćby św. Mikołaj i św Walenty. Ze św. Franciszkiem sprawa jest o tyle poważniejsza, że taki, a nie źródłowy św. Franciszek bywa znany i naśladowany nawet w wielkiej Rodzinie Franciszkańskiej.
 

Tu można sprawdzić, co naprawdę myślał św. Franciszek: Pisma św. Franciszka. I tego, a nie innego, naśladować.

11 lipca 2013

szczypta kontrowersji w beczce przyzwoitości




Onego czasu poproszono mnie o napisanie czegoś o Jeanne Bigard. Ponieważ w ostatnim czasie pisanie przychodzi mi z trudnością, wyszło, co wyszło. Dla oczekujących Konopnickiej moje ujęcie okazało się zbyt skandaliczne, zaś dla głodnych Dostojewskiego - zbyt płytkie. Pozostawiając te sprawy na boku, przedkładam tekst poniższy czytelnikom głównie w jednym celu - chciałabym zachęcić Was do sforsowania pewnego bastionu, jaki - w moim mniemaniu - wybudowaliśmy między rzeczywistością duchową, a chorobami psychicznymi. Mówiąc precyzyjniej: wczytując się (między innymi) w życiorys Jeanne Bigard, dochodzę do wniosku, że żertwa ofiarna, jaką się stała dla dzieła misyjnego, spłonęła w ogniu choroby psychicznej, którą bohaterka przyjęła świadomie i z wiarą - dopóki była w stanie świadomie ją przyjmować. 
Mam wrażenie, że człowieka umierającego w bólach, chorego np. na nowotwór, łatwo skłonni jesteśmy podziwiać (zwłaszcza, jeśli otrzymał łaskę oddania swego cierpienia i życia w jakiejś intencji), natomiast jeśli podobna ofiara spełnia się poprzez chorobę psychiczną - nie umiemy się z tym pogodzić. Sprawa jest skomplikowana. Tak skomplikowana, jak skomplikowany jest świat chorób psychicznych. Ale... Czy możemy z czystym sumieniem wykluczyć działanie Boże w chorobach psychicznych i przez nie? Z pewnością dotykają one tajemnicy umysłu, emocji, ducha człowieka na takim poziomie, na którym przeżywa swoje życie samotnie, nieprzekazywalnie, w tym przypadku często nieuleczalnie. 
Pytanie drugie, które kryje się zaraz za pierwszym: czy i jaką wartość może mieć zapadnięcie na zdrowiu psychicznym dla życia duchowego, dla zbawienia człowieka? Z pewnością choroba psychiczna trwająca do śmierci wyklucza wyniesienie chorego na ołtarze, ale czy wyklucza oczyszczenie do świętości? Czy wyklucza płodność duchową?
Tak, jak choroby fizyczne, tak i psychiczne wymagają podjęcia wszelkich środków zmierzających do ich wyleczenia. To oczywiste. Pytania, które rzucam w przestrzeń czytelniczego umysłu to pytania o wartość choroby, wartość człowieka zmagającego się albo nie umiejącego się zmagać z własną wrażliwością, ze światem zewnętrznym i wewnętrznym jednocześnie. O wartość duchową, która w moim przekonaniu jest jednaka z wartością chorób fizycznych, dla nas bardziej dostrzegalną. 
Wartość ta, według mnie jest istniejąca i niezmierzalna jednocześnie, ponieważ w sposób całkowity jest zanurzona w tajemnicy Boga, zakryta nawet przed samym doświadczającym jej człowiekiem.
Jaka to myśl, jaki obraz, przedstawić sobie owego człowieka na progu wieczności, uwolnionego od choroby psychicznej, mogącego zakosztować swej osoby w jej czystej, uzdrowionej postaci!

Dlatego w Jeanne Bigard równo cenię obydwa okresy jej życia: ten, kiedy stworzyła wspaniałe dzieło i ten, kiedy oddała dzieło w ręce innych, a sama z czasem została zmiażdżona przez chorobę psychiczną.

PATRONKA WARIATÓW


Osoby:

Babcia Joasia z demencją
Paranoik
Maniak
Siostra (Siostra Miłosierdzia w stroju przedsoborowym :) )


Miejsce akcji:

Sala w szpitalu psychiatrycznym. Na środku łóżko szpitalne.


Czas akcji:
ok. 1933 roku.


SCENA I

PORTRETY

Paranoik, Maniak, Babcia, Pielęgniarka.

Na łóżku siedzi Paranoik, w pozycji embrionalnej.


PARANOIK
(Zrywa się z łóżka, szepcząc i krzycząc z przerażenia.)
Znowu to samo. To samo. Przebiega przede mną. Nie! Płonie przede mną kometa ciała ludzkiego i krzyczy!... Krzycząca kula ognista z twarzą przerażoną... Rażoną ogniem, młodą, prawie chłopięcą, ale teraz bez czasu, z nadmiarem życia ze skwierkiem uchodzącego w płomieniach... Płomienne oczy, zmartwiałe krzyczą na oślep... Ślepo gna na złamanie karku i na ognia w miejskiej fontannie zgaszenie... Gaśnie, bije o taflę wody, z sykiem w niej się położył... Leży, nie rusza się. Co będzie? Co będzie? Czy będzie? Groza. Ludzie. Ludzie... Ludzie! Zastygli przez chwilę zbiegają się nad mgłę nieszczęsną. Nic, nic już potem nie widzę. Chyba nie żyje. Chyba nie żyje. Boże... Boże...Nie żyje, nie żyje, na pewno nie żyje! Nie żyję... nie żyję...
(zastyga w rozpaczy i przerażeniu, po chwili się opanowuje, jakby budzi. Rozgląda dookoła z paranoiczną czujnością. Mówi szeptem.)
Uważaj, uważaj jak żyjesz, czego dotykasz. Kogo spotykasz i kto Cię pokocha. Strzeż się! Życie boli, chłoszcze i rani, a potem uchodzi z Ciebie nie wiadomo jak. Ktoś je kradnie? Tak, na pewno. Zły los jakiś albo stwór karmiący się ludzkim szczęściem. Och, wiesz czego się boję? (zwraca się do widza) Boję się tracić. Cokolwiek, ale najbardziej siebie. A tracę, codziennie. I nie wiem jak to się dzieje. Uszczelniam okna i drzwi. Oglądam się za siebie i często myję ręce. Nie ufam. Nikomu. Kto wie, kim jest mój prześladowca? Złodziej mojego ja? Nie chcę tracić. Nic, nikogo. Nie oddam życia, nie oddam! Nie oddaaam!!!
(monolog przeradza się w coraz bardziej uparty krzyk. Paranoik zrywa się z łóżka, wali pięściami w niewidzialne drzwi za łóżkiem, skąd po chwili wyjdzie Siostra)

PARANOIK
Nie oddam! Nie oddam! Żywcem mnie nie weźmiecie!

SIOSTRA
(wchodzi, rutynowo)
Uspokój się, co się stało? Znów ten zły sen? Już jestem, zaraz wszystko będzie dobrze...
(sprawnym ruchem wyciąga przygotowaną strzykawkę i wbija w ramię Paranoika. Ten powoli siada na łóżko, wkrótce kładzie się, całkiem spokojny. Gaśnie światło. W tym momencie daje się słyszeć histeryczny śmiech Maniaka. Następuje wymiana, miejsce Paranoika na łóżku zajmuje Maniak)

MANIAK
Aaaach, Siostro, Siostrzyczko kochana, niech sobie Siostrzyczka wyobrazi, w jakim szampańskim nastroju dzisiaj jestem. Mógłbym, mógłbym... Pani sobie... Siostra Najdroższa, może sobie wyobrazić to, że ja teraz - dajmy na to, załóżmy przez chwilę - że ja tu wychodzę sobie ze szpitala, wsiadam na statek i - odpływam. Tak, tak sobie odpływam w dal... a czemuż by nie do Japonii? Albo do Chin, w sumie mogłoby nawet być, że do Indii, taki piękny kraj, olbrzymi gorący i.. pogański!. I tak sobie płynę. Ale, ale! Proszę nie mieć takich smutnych i zmęczonych oczu, Siostro moja słodka, ja bym Siostrzyczkę zabrał przecież ze sobą. Tak być nie może, żebym ja tak sam, bez żadnej pomocy wyjeżdżał w siną dal nawracać pogan. No przecież ktoś musiałby mi ugotować obiad, kiedy ja wśród tych, no... dzikich pogan, albo może nawet kulturalnych, ale co z tego, kiedy pogan. No i te zastrzyki – przecież ja bez zastrzyków ani rusz. A tu pracy w dzikim kraju takie mnóstwo, że nie można sobie pozwolić na jakiś odpoczynek. No więc, Siostrzyczka moja niezastąpiona pojedzie ze mną. A w wolnych chwilach może sobie Siostrzyczka genialna także pracować na misjach, a jakże – jeśli tylko sobie Siostrzyczka prześliczna tego życzy. Co Siostra na to? Mnie się ten pomysł bardzo podoba, bo, widzi Siostrzyczka, piękny dzień taki dzisiaj mamy, słońce świeci, a tu w gazetach piszą, że misjonarzy na Dalekim Wschodzie brakuje. Tak by człowiek chciał coś dobrego zrobić na tym świecie. Ale kiedy taki genialny i wszechstronnie uzdolniony człowiek jak ja chce już coś zrobić, to niech to będzie coś naprawdę wielkiego! Taaak... Siostro, zmieniamy plany, ja to jeszcze muszę przemyśleć i ułożyć, żeby się nam to udało. Ja, ja... (zniża głos) ja, Siostrzyczko moja święta, ja czuję, że mógłbym nawrócić całe Chiny, albo Japonię – albo od razu Cały ten Daleki pogański Wschód! Naraz! Tyle mam w sobie siły i chęci, aż się gotuje we mnie!
(Siostra w tym czasie krząta się, odmierza leki, udaje, że słucha, przytakuje)

MANIAK
A wszystko przez te wiadomości z misji. O, proszę, Siostrzyczka sobie poczyta, o tu... (podtyka Siostrze pod nos jakąś gazetę) i jeszcze tutaj, i – ooo – na to też warto spojrzeć. Misje to jakby cały świat mieć w swoich rękach i kształtować go, przekształcać kształcić nowe pokolenia, na przykład nowe pokolenia kapłanów. No, i wtedy moje dzieło rozprzestrzeniałoby się nie tylko na cały świat, ale i w czasie, i w przyszłość. Siostrzyczka pomyśli: mieć wpływ na życie świata, na przyszłość następnych pokoleń... (chwyta Siostrę za ramię, obraca, chce ją podnieść albo tańczyć, ale ta zręcznie się wymyka)

SIOSTRA
No, dobrze, już dobrze. Na dziś zostawimy realizację twoich genialnych planów. Zajmiemy się nimi jutro, zgoda? (do siebie) Jutro już będą całkiem inne... (podaje tabletki) Proszę... A teraz – pora wypocząć. Dobranoc.

(Światło.)

BABCIA JOASIA
Następuje scena absolutnej ciszy. Na łóżku leży Babcia Joasia z demencją. Pielęgniarka zajmuje się nią, jak dzieckiem: daje jej łyżeczką lekarstwo, podaje i podtrzymuje jej kubek z wodą, poprawia jej poduszkę, kołdrę i wychodzi. Czynności powinny być starannie wykonane, żeby wyeksponować kontrast pomiędzy poprzednimi pacjentami: ciszę, bezradność, bierność, bezsilność.



SCENA DRUGA

UCIECZKA

Paranoik, Maniak, Siostra

Pusta scena, oświetlona tak, żeby w półmroku można było rozpoznać kontury poruszających się postaci.

PARANOIK i MANIAK
To przemykają się, to przystają i chowają za niewidzialnym rogiem. Przebiegają na palcach, czają się. Można dać upust wyobraźni – ucieczka ze szpitala. Można ubogacić ją o efekty dźwiękowe: skrzyp drzwi, kroki na korytarzu itp. Uciekinierzy porozumiewają się raczej półsłówkami, szturchańcami, słowem, pozawerbalnie. Po pewnym czasie zapada całkowity mrok.

Światło punktowe, na scenie stoi Siostra z telefonem.

SIOSTRA
Tak? (pogodnie, z lekkim rozbawieniem) Ależ tak, oczywiście, jak zawsze, Panie Ordynatorze. Według nich można już chyba nawet nastawiać zegarek. Tak, tak, myślę, że jeśli nic im się nie stało, wychodzą już z naszej uliczki na plac z fontanną. Nie, Panie Doktorze, myślę, że to zupełnie nie jest konieczne. Oczywiście, jeden z pielęgniarzy ma ich na oku, ale dlaczego pozbawiać ich tej jedynej rozrywki, jaką jest cotygodniowa ściśle tajna ucieczka ze szpitala? No, prawdę mówiąc, cały oddział im kibicuje, a i my już się przyzwyczailiśmy... Tak.... Tak... O której? No, ja myślę, że tak jak zawsze, nad ranem, nieco zziębnięci i wystarczająco głodni, żeby zjawić się w kolejce po śniadanie. (śmieje się) Nie, no tak, tak... na zimę oczywiście trzeba będzie interweniować, ale teraz w lecie... Czasem to nawet i nam jakąś ciekawą prasę chłopaki przyniosą. Nie, Panie Doktorze, nie można tego tak nazywać. Oni tam zabierają ze sobą jakieś pieniądze – Bóg jeden wie, jak sobie zbierają – i zostawiają na miejscu zabranych gazet. Tak... Nie, nie... Zupełnie nie przeszkadza. Może na początku trochę się bali, ale teraz sami zostawiają na tą jedną noc w tygodniu nie zamknięte drzwi, żeby się nasi chłopcy nie męczyli zbytnio. No i oczywiście, żeby w głodzie wiedzy nie narobili większych szkód (śmieje się). Tak, Panie Ordynatorze, dobrze, dobrze... oczywiście dam znać. Może nawet świeżą prasę dostarczę (śmieje się). Dobranoc.

(światło)



SCENA III

OLŚNIENIE

Maniak, Paranoik

Na scenie szpitalne łóżko, na łóżku stos gazet w nieładzie.

MANIAK i PARANOIK
Siedzą w gazetach pochłonięci czytaniem. Przeglądają, odkładają, biorą następną, za chwilę wracają do poprzedniej, szukają czegoś skwapliwie, to zupełnie bez zainteresowania kartkują. Niepostrzeżenie spośród gazet powinna wypaść niewielka gazetka misyjna, tak, żeby przykuła uwagę widzów przy równoczesnym całkowitym zignorowaniu jej przez głównych bohaterów. Pacjenci dalej wertują zdobyczne gazety. Kiedy już zmęczą się nieco tą bezcelową czynnością, Paranoik decyduje się pójść do swojej sali.

PARANOIK
Ja już idę. Kryj mnie.

MANIAK
(bez przekonania, obrażony) Dobrze. Idź już sobie. Będzie więcej dla mnie. Dużo dziś się udało zdobyć. O... tak, dużo, dużo pracy (cieszy się, ale cicho i ostrożnie).

PARANOIK
(potykając się o gazetę misyjną) A co to? Brałeś jakąś misyjną gazetę? Przecież one są bezużyteczne. Od dawna ci to powtarzam.

MANIAK
Ja? Misyjną? Chyba coś ci się pomyliło. Sam pewnie wziąłeś i teraz próbujesz na mnie zwalić całą winę! Przecież doskonale wiem, że tylko w poważnych gazetach jest ukryty kod!

PARANOIK
(nagle przyskakuje do Maniaka, zakrywa mu usta ręką, krzyczy teatralnym szeptem)
Ciii! Głupku, chcesz nas wydać?! Daj mi to! Wyrzucę ją po drodze. Poza tym i tak wiem, że masz bzika na punkcie misji.
(Bierze gazetę i wychodzi. Maniak dalej szpera w gazetach.)

PARANOIK
(wpada z impetem z powrotem)
Słuchaj! Słuchaj tego! To niewiarygodne, słuchaj:
„W niedzielę 21 sierpnia, wcześnie rano, całe miasto było poruszone. Pewien młody człowiek biegł jak szalony ulicami przypominając żywą pochodnię i krzycząc przerażająco, tarzał się w napotkanych kałużach i strumykach. Rzucił się w końcu do fontanny, gasząc płomień, który objął całe jego ciało po wybuchu lampy spirytusowej. Jego ubranie było kompletnie zniszczone, a on bardzo poparzony. Udzielono mu natychmiastowej pomocy i założono opatrunki. Mimo bardzo starannej pielęgnacji zmarł po dziesięciu dniach na skutek zatoru. Tym młodym 31 letnim człowiekiem był René Bigard. Od pięciu lat był on sędzią w cywilnym sądzie w Lisieux. Wydawało się, że miał zapewnioną piękną przyszłość….”

MANIAK
No i co? I co?

PARANOIK
No i nic! Umarł! (z wyrzutem) Słyszałeś.

MANIAK
No, ale co w tym takiego szczególnego? Uważasz, że tu może być część kodu?

PARANOIK
Nie tylko część, ale całość! Nie wiesz, o co chodzi? O mnie!... O mnie! (siada na łóżko odsuwając gazety i wymachując własną gazetą) To jest moja wizja, która mnie dręczy każdej nocy. Za każdym razem widzę, jak ten człowiek wybiega jak pochodnia i krzycząc przeraźliwie, znika w fontannie. I umiera. A potem zdaje mi się, że to ja... I boję się. Straszliwie się boję tracić, a najbardziej boję się stracić własne życie. Po tej wizji zawsze jest tak samo: wpadam w panikę, a potem przychodzi siostra i daje mi zastrzyk. Po zastrzyku... (zniża głos) po zastrzyku... (rozgląda się dookoła i nabiera powietrza) po zastrzyku wcale nie przestaję się bać. Ten zastrzyk na mnie nie działa. Przestaję tylko krzyczeć i uciekać. Ale tak naprawdę, boję się, ciągle się boję...

MANIAK
(Bez żadnego współczucia. Bierze z rąk Paranoika gazetę, ogląda.)
Więc... już nie myślisz, że jestem świrem dlatego, że kręcą mnie misje? (ze swadą w głosie) Tak, zabrałem tą gazetę. Zawsze zabieram gazety misyjne i chowam je pod łóżko, żeby potem czytać, jak ty już pójdziesz. Głupie, wiem. Ale ja w tym psychiatryku ciągle marzę, że dokonam czegoś wielkiego, dobrego, że będę zmieniał życie ludzi na całym świecie. Na całym! Rozumiesz to? Dopóki nie wyrwę się stąd jakoś, zaczytuję się w tych opowieściach. Tak, jakbym się upijał, rozumiesz?... To mi pozwala przeżyć i nie zwariować.

PARANOIK
(wydziera gazetę Maniakowi) Daj To! Muszę to przeczytać. W tej gazecie jest zawarty kod mojego lęku. Czekaj, czekaj... dużo tego? (Przewraca strony, do ostatniej) Oddam ci jutro.
(szybko wychodzi, Maniak nie zdążył nawet nic powiedzieć; światło)



SCENA IV

NATCHNIENIE

Babcia Joasia, Siostra, Maniak

Babcia Joasia leży na łóżku, śpi.

SIOSTRA
(przynosząc ze sobą plik listów)
Dzień dobry, Joasiu. Jak ci się spało? Dziś była poczta i zobacz, znów dostałaś sprawozdania. Chcesz, żebym Ci trochę poczytała?

BABCIA
(Nie rozumiejąc patrzy na Siostrę, kiedy ta podaje jej listy. Ogląda je, jakby zupełnie nie wiedziała, do czego służą. Po chwili z pytającym wyrazem twarzy oddaje je Siostrze.)

SIOSTRA
(zniechęcona)
Jak zwykle, nic z tego nie będzie. I co mam robić z tymi wszystkimi listami? (wynosi listy, za chwilę wraca z przetartym śniadaniem i karmi Babcię łyżeczką; światło)
(paczka listów, pozostawiona w drugim kącie sceny powinna być teraz oświetlona)

MANIAK
(wchodzi obojętnie, zmęczony) Co to? (szybko podchodzi, sprawnym ruchem zabiera listy i wymyka się ze sceny; światło)

MANIAK
(siedzi na łóżku, ale co chwila z niego zeskakuje w wielkim podnieceniu; czyta listy, z przesadą wczuwając się w tekst)
„Nasze seminarium liczy aktualnie ponad 50 uczniów. Mimo naszych wysiłków i oszczędności zrozumiecie bez trudu, jakim są ciężarem dla naszych ubogich finansów. Podczas ostatniego przyjęcia do seminarium ogłosiłem, że przyjmę tylko 12, po dwu z każdego okręgu. A tylko jedna wspólnota chrześcijańska zgłosiła 15 kandydatów, którzy przez cały rok, dzień i noc, pracowali, by się przygotować do wstępnego egzaminu. Będzie trzeba być bezlitosnym i wymyślać tysiące pretekstów, by odesłać do rodzin te dzieci, które byłyby wspaniałymi seminarzystami a w przyszłości dobrymi kapłanami. Gdy zostaną odesłani, powrócą do swoich pługów na polu czy do pracy na statkach i na zawsze porzucą swoje powołanie, bo nowe przyjęcie do seminarium będzie za cztery lata. Wtedy przekroczą wymagany limit wiekowy i nie będą już mogli wstąpić. Gdybym był św. Wincentym a Paulo liczył bym na cud. Ale w przeciwieństwie do niego nie jestem otoczony, jak on, pełnymi miłosierdzia osobami, którym mógłbym powiedzieć: „Moje Panie, czy nie jesteście tam, by mi pomóc? Jestem przekonany, że Was dotkną moje słowa i nie oprzecie się mojemu pragnieniu, mojemu krzykowi: wspomóżcie jeszcze jednego kleryka z miłości do Boga! Jestem pewny, że wysłuchacie mnie z wielkim sercem, ale te słowa będą Was kosztowały utrzymanie tego dziecka aż dojdzie do kapłaństwa.
Nie wiem, czy się mylę, ale wydaje mi się, że teraz kiedy Was znam, to znajdę w naszej chrześcijańskiej Francji sporą liczbę osób kierujących się duchem katolickim, które nie odrzucą propozycji, by przyłączyć się do Dzieła wspierającego tubylczy kler, jeżeli poznają bliżej ten problem. Zapragną również, nawet za cenę wyrzeczeń i ofiar, ich seminarzysty, który później, każdego dnia poniesie na święty ołtarz wspomnienie o swych adopcyjnych rodzicach, tak podczas ich życia, jak i po śmierci. Oto co chciałem uświadomić wszystkim, którzy otrzymali od Boga dar żywej wiary i jednocześnie fortunę (bogactwo). Ale ja jestem w Japonii a Francja jest daleko!
Mam nadzieję, że kierując się miłosierdziem nie odrzucicie propozycji, by mówić na temat seminarium w Nagasaki przyjaciołom Boga. Nie wątpię też w to, że któryś z nich nie odrzuci łaski dania Świętemu Kościołowi kapłana za cenę wspaniałomyślnej ofiary. Co za radość za życia, co za pocieszenie w godzinie śmierci daje myśl, że jeden ksiądz każdego dnia wymienia Wasze imię podczas Memento w czasie Mszy św.!”
Aaach.... Niesssamowite... Genialne, po prostu niewiarygodne! Wspaniałe! Wspaniałe!...
(bierze następny, czyta już chodząc po sali)
„Nie miałem szczęścia, by doświadczyć czułej macierzyńskiej miłości, ponieważ zostałem sierotą w wieku 4 lat. Ale dobroć, troska i listy mojej Dobrodziejki (Pani Bigard) pozwoliły mi odczuć pełne serca uczucia matki do syna, słodki odblask łaski, promieniowanie serca Maryi Niepokalanej. Mój Boże, czyż mi nie pisała w swoich pierwszych listach w 1883 r.: „Mój Ojcze, będziesz moim synem w służbie naszemu Panu” ? Wspomnienie tych słów wyryło się mocno w moim sercu… Panią Bigard, mojego opiekuńczego anioła, czyż można zapomnieć? Zachowuję jej wszystkie, nawet najmniejsze przesyłki. Z płótna, w które owijała każdy najmniejszy przedmiot, robię knoty do lampy wiecznej w sanktuarium… Jej ślubny bukiet, który tak pieczołowicie zachowywała i przesłała mi go tutaj, zachowywałem przez 25 lat i stawiałem go na wielkie święta na głównym ołtarzu… Nakrycie na cyborium, wyhaftowane przez nią złotem, jeszcze po czterdziestu latach jest w tabernakulum (trochę odświeżone 10 lat temu). Każdy raz, kiedy udzielam komunii całuję je z respektem…To jest kult, tak to jest kult dla mnie. Wdzięczność jest źródłem wszystkich tych moich uczuć. Wasza Wysokość, który tak dobrze zrozumiał duszę tej kobiety, sprawił, że powróciło do mnie święte wspomnienie o tej, która była elektrycznym fluidem wspierającym mnie podczas 22 lat w mojej pracy misyjnej, podnosiła w duchowych rozterkach i słabych punktach. Tak! Bóg to wie dobrze, że dzięki jej wsparciu się nie wyczerpywałem…”
O... Co za kobieta... Ona spełnia moje marzenia!
(czyta dalej, coraz ciszej, coraz szybciej i coraz bardziej rutynowo, można stopniowo przyciemniać światło)
„Monseigneur,
Idąc za wskazówką Przełożonego generalnego, chcę Jego Ekscelencję Księdza Biskupa zapoznać z Dziełem, które spodobało się Bogu włożyć w nasze ręce, mojej matki i moje oraz proszę w swoim imieniu o udzielenie dokładnych objaśnień na temat aktualnej formacji tubylczego kleru w Waszym wikariacie.
Ile jest studentów w Waszych seminariach? Czy odczuwacie potrzebę pomocy finansowej, by zwiększyć ich liczbę? Jaka suma jest konieczna, by ufundować stypendium stałe w wyższym i niższym seminarium?
Jaka jest cena rocznego utrzymania w jednym i drugim seminarium?...”
(światło)



SCENA V

SENS

Paranoik, Maniak, Siostra

Paranoik i Maniak głęboko zamyśleni siedzą w milczeniu na łóżku, jeden w ręce trzyma gazetę, drugi plik listów.

SIOSTRA
(Wchodzi i z niepokojem zauważa brak ruchu, podchodzi do jednego i próbuje zwrócić jakoś jego uwagę – na próżno. Wtedy zauważa plik listów w ręku Maniaka. Interweniuje.)
Aaaa, a co to? Skąd tu się wzięły te listy? (Próbuje zabrać, ale wtedy Maniak budzi się, trzyma kurczowo listy i patrząc na Siostrę, jakby zupełnie z innego świata zaczyna jej tłumaczyć)

MANIAK
Bo widzisz, Siostrzyczko moja kochana, o to mi chodziło! Dokładnie o to: żeby moje życie przynosiło owoce, które będą w stanie wykarmić cały świat. Co tam Francja, co tam Europa! Tak! Ta... ta Jeanne Bigard. Jej się udało! Jak bardzo żałuję, że nie znam jej osobiście. Mógłbym się do niej dołączyć. Razem osiągnęlibyśmy jeszcze więcej. Proszę, proszę tylko posłuchać na przykład tego: (czyta bardzo szybko, jakby się obawiał, że Siostra mu przerwie)
„Od momentu założenia w 1889 r. aż do grudnia 1901 r. Dzieło św. Piotra Apostoła ufundowało 45 stałych stypendiów dla tubylczych seminariów:
4 dla seminarium w Nagasaki w Japonii,
1 dla seminarium w Hakodate w Japonii
22 dla seminarium papieskiego w Kandy w Indiach
2 dla nowicjatu indyjskiego w Trichinopoly w Indiach
2 dla seminarium w Mysore w Indiach
1 dla seminarium w Loango w Kongo francuskim w Afryce
4 dla seminarium w Pondichery w Indiach
1 dla seminarium w Jaffna na wyspie Cejlon
1 dla seminarium w Mandźurii w Chinach
4 dla seminarium w Sajgonie w Zachodnim Cochinchin
1 dla seminarium w Wschodnim Cochinchin
1 dla seminarium w Zachodnim Tonkin
1 dla seminarium greko-melchickiego św. Anny w Jerozolimie
Oprócz tego Dzieło opłaciło koszt całkowitego wykształcenia dla 14 seminarzystów tubylczych poprzez roczne pensje: 8 dla Japonii, 4 dla Mandżurii, 1 dla Pondichery i 1 dla Korei. Trzydziestu czterech księży tubylczych, który otrzymali stypendia czy byli zaadoptowani przez Dzieło św. Piotra Apostoła sprawuje w tym czasie ważny apostolat wśród swoich rodaków.”
Widzi Siostrzyczka, to jest kobieta sukcesu! Zaczynała od niczego, dosłownie od niczego. Znaczy, od jednego kościółka. Zaraz, zaraz, jak to tam było... (szpera) o, mam, mam. To list jej matki:
„Mój biedny Ojcze! To koniec! Niemożliwym jest wskrzesić katechistę który był stworzeniem całej Ojca pracy. Jesteśmy głęboko zmartwione sytuacją Ojca, dlatego po modlitwie i długiej refleksji przed Bogiem zdecydowałyśmy razem z córką, że wybudujemy kościół w Kyoto”.
(Po chwili zachwytu rzuca w kąt listy i dramatyzuje)
Och, ile bym dał, żeby wydostać się z tego szpitala i móc być taki, taki... normalny... potrzebny... Tak, żeby ludzie przychodzili i prosili mnie o pomoc, a ja mógłbym dla nich robić wszystko, ratować z największych opresji, przywracać im radość, nadzieję, wiarę w Boga. Właśnie – Bóg. Czy nie mógłby sprawić, żebym był taki potężny, jak ta kobieta? Siostro! (czepia się Siostry dosłownie) Siostro! Niech mi siostra pomoże, albo niech się modli, albo sam nie wiem co... przecież Bóg mógłby mnie stąd uwolnić i wtedy... wtedy działałbym cuda! Siostro moja milcząca! Czemu Siostra tak na mnie patrzy? Niech mi Siostrzyczka moja najsurowsza nie mówi, że to niemożliwe. Ta kobieta (wymachuje listami), ta słaba i schorowana kobieta jest dowodem na to, że tak! Ja też chcę mieć takie życie! Takie, które ma sens!...
(następuje niezręczna cisza, ponieważ Siostra stoi bez ruchu, wpatrując się smutno w Maniaka. W tę ciszę wkracza Paranoik, który właściwie mówi do publiczności, zupełnie ignorując Maniaka i Siostrę)

PARANOIK
To genialne. Ta Bigard jest geniuszem. Nie wiem, skąd znała moje najskrytsze lęki, ale rozszyfrowała zakamarki mojego serca.

MANIAK
(przerywa gwałtownie)
Powiedziałeś: Bigard?! To ta sama! Ta sama, co w listach! Opowiadaj, co jeszcze o niej wiesz!
(ponieważ Paranoik zdaje się zupełnie nie reagować, podbiega do niego, potrząsa nim)
No opowiadaj... człowieku! Gadaj! (brak reakcji) Eeee... (zniechęca się, kiedy się odwraca, Paranoik dalej kontynuuje swój monolog. Maniak w tym czasie może się rozłożyć na łóżku i zatopić w marzeniach, albo niespokojnie słuchać zwierzeń Paranoika. Byleby nie zwracał na siebie zbytniej uwagi.)

PARANOIK
Boję się, bałem się stracić. Cokolwiek. Bo kiedy zacznę tracić, to się nie skończy tak długo, póki nie stracę siebie. Będę tracić najpierw coś małego, mało ważnego, jak choćby plany na słoneczny dzień, kiedy się rozpada. (stopniowo, z każdym kolejnym zdaniem, zniża głos do szeptu) Potem przyjdzie czas, kiedy zabiorą mi ulubioną piosenkę, kiedy nie wolno mi będzie jeść tego, co lubię. Zaraz też będzie trzeba wyrzucić najwygodniejsze buty, a po nich pozbyć się moich nawyków. Kiedy zacznę tracić znajomych, będzie to znak, że wkrótce stracę przyjaciół, ba, nawet wrogów. Ale samotność to jeszcze nie koniec. Nie, oczywiście, że jeszcze mam wiele do stracenia: JA zacznę znikać dla siebie samego... (silniejszym głosem) Ale, może się ostanę! Może się ostanę, jeśli oddam pierwszy, zanim stracę. Tak jak ona. Może... kiedy oddam wszystko inne, zabiorą mi tę jedną jedyną niepotrzebną mi rzecz? Mój strach? Tylko komu oddać życie wariata?... (siada na brzegu łóżka z nogami pod brodą – w pozycji embrionalnej)

SIOSTRA
(podchodząc do Paranoika, obejmując go ramieniem albo gładząc po głowie)
Myślisz o tym, że za każdym razem, kiedy Jeanne pragnęła wstąpić do zakonu, nie udawało jej się to, a kiedy uciekała jak najdalej od świata, miała być właśnie wprowadzona na salony? Albo że została jednak uchroniona od świata, ale w najokrutniejszy sposób – przez ukrywane przed ludźmi samobójstwo jej ojca, po którym razem z matką wycofały się całkowicie z życia towarzyskiego? Wtedy oddała się na ofiarę Bogu za zbawienie duszy ojca. Biedna. Zaprawiła się w cierpieniu i w ofierze jeszcze bardziej, kiedy drżała o zbawienie swojego brata, hulaki, który się spalił. Czy masz pojęcie, jak bardzo poważnie Bóg potraktował jej ofiarę?
(Paranoik oczekująco spogląda na Siostrę. Maniak orientuje się, że Siostra wie więcej, niż się spodziewał)

MANIAK
Zaraz, zaraz... Siostrzyczko nasza najmędrsza... To znaczy, że ty JĄ znasz? Znaczy, też o niej słyszałaś? No.... Siostrzyczko... To ty nam powiedz coś więcej, przecież widzisz, że umieram z braku informacji o mojej bohaterce. Każde twoje słowo, Siostro moja złota, jest na wagę złota po prostu. No mów, mów coś, miej litość...

SIOSTRA
(kontynuuje, odwracając się w stronę Maniaka)
Razem z matką poświęciły część swojej fortuny najpierw na wybudowanie kościoła w Japonii, ale wkrótce zorientowały się, że potrzeby są niezmierzone....

MANIAK
No, tak, tak i zaczęły sponsorować naukę seminarzystom. To już wiemy.

SIOSTRA
Tak, zresztą nie tylko one. Zaczęły szukać innych. A ponieważ Joanne była niezwykle zdolną, dobrze zorganizowaną i zdecydowaną kobietą, wkrótce krąg osób pomagających misyjnym seminariom duchownym przybrał konkretną formę.

MANIAK
Tak, tak. To też wiem z tych listów. Domyśliłem się, że to poważna organizacja. Gdzieś, w którymś liście, było coś o (z namaszczeniem) Papieskim Dziele. I to mnie jeszcze bardziej zapaliło – przecież „papieskie” znaczy praktycznie tyle, co powszechne, niezależne od nikogo innego! No i wyobraź sobie, Siostrzyczko moja najbystrzejsza, ile ja mógłbym zrobić dla świata, gdybym tylko mógł kierować tym dziełem! No, oczywiście razem z Jeanne.

PARANOIK
(nieco ponuro)
Długo byś się nie nacieszył...

MANIAK
Co? Coś ty znowu wymyślił? Oczywiście, że bym pracował najlepiej jak potrafię i na efekty Jeanne nie musiałaby długo czekać. Szybko by się przekonała, jaką ma we mnie cenną pomoc. Nieocenioną! (nieco urażony) Nie znasz mnie. Tu w szpitalu przecież nie mogę pokazać moich prawdziwych możliwości. To jasne jak słońce.

PARANOIK
(z lekkim zniecierpliwieniem) Nie o to chodzi.... W jej życiorysie, który czytałem, pisali, że niedługo po śmierci matki przekazała to całe dzieło w inne ręce, ponieważ przeczuwała chorobę. Siostro, co to była za choroba?

SIOSTRA
Hm, to dość delikatna sprawa... Nie wiem, czy mogę wam zdradzić.

MANIAK
(zrywając się ku Siostrze)
Ależ Siostrzyczko moja tajemnicza! Przecież poza mury szpitala tego nie wyniesiemy. Co ja mówię, nawet poza ściany naszej sali! Powiedz wszystko, wszyściutko, wszyściusieńko, co wiesz o tej niezłomnej niewieście.

SIOSTRA
(spoglądając na Paranoika, powoli akcentując każde słowo)
Właśnie sęk w tym, że ona oddała wszystko, zanim wszystko jej zostało zabrane.

PARANOIK
(z lękiem i niepokojem)
O czym ty, Siostro, mówisz?

SIOSTRA
O tym, co przeczuwasz.
(cisza, po chwili cicho, ale zdecydowanie dodaje)
Chodźcie ze mną, coś wam pokażę.
(w wyakcentowanej ciężkiej ciszy wychodzą ze sceny; światło)



SCENA VI

UJAWNIENIE

Babcia, Paranoik, Maniak, Siostra

Na łóżku leży Babcia, na scenę wchodzi Siostra, za nią niepewnie wchodzą Paranoik i Maniak

SIOSTRA
(odwracając się do Paranoika i Maniaka)
Chodźcie, chodźcie tu bliżej.

MANIAK
(rozjaśnia się na tyle, żeby przełamać napięcie z poprzedniej sceny)
A... ale mnie Siostro najmilsza przestraszyłaś. Za nic nie mogłem dojść, gdzie nas prowadzisz. A tu po prostu do naszej cichutkiej babci Joasi. (z miną lokalnego zbawiciela świata przy czynnościach rutynowych) Znowu trzeba ja rozbawić? Zawsze taka smutna i zamknięta i jakby się trochę bała wyjść z łóżka. Zaraz szybciutko ją rozerwiemy troszkę. Takie bezradne stareńkie biedactwo ta nasza Joasia. (rozczula się)
(Zaaferowany własnymi pomysłami od razu rusza do Babci, pochyla się nad nią. Tymczasem Siostra wyciąga wielką kartę pacjenta.)

SIOSTRA
Nie powinnam tego robić, ale po dzisiejszej rozmowie chciałabym wam przedstawić naszą Babcię z imienia i nazwiska. Spójrz. (Daje kartę Paranoikowi. Ten wpatrzony najpierw w kartę, potem w Babcię powtarza bezmyślnie)

PARANOIK
Jeanne Bigard! (po chwili, w szoku) Jeanne Bigard...

MANIAK
(zajęty rozśmieszaniem Babci)
A, tak, tak, masz rację. Tak się zająłem Babcią, że omal nie zapomniałem o bohaterce mojego życia, o wyzwolicielce moich marzeń! Siostro moja tajemnicza, coś mówiłaś o przedstawianiu... Co chciałaś nam przedstawić? Babcię Joasię? Ależ na imię ma Joasia, to wszyscy wiemy. Znamy ją od lat bardzo dobrze.

PARANOIK
(patrząc na Maniaka)
Jeanne Bigard.

MANIAK
(skonfundowany, próbuje zapanować nad niezręczną sytuacją)
A ty, co się tak zaciąłeś, jakbyś wpadł w katatonię? (śmieje się nerwowo z własnego żartu, poważnieje) Co ma jedna do drugiej?

PARANOIK
(podaje mu kartę) Sam sobie przeczytaj.

MANIAK
(czyta, zamiera) Nie... nie... nie, nie, to niemożliwe... jak to...? Jak to się stało?... To jakaś pomyłka, to na pewno jakiś spisek! Siostrzyczko moja najmędrsza, wytłumacz mi to wszystko!... (cisza, Siostra wzrokiem potwierdza. Maniak w osłupieniu patrzy na Babcię) Jjjak... jak długo?

SIOSTRA
Prawie dwadzieścia osiem lat.

MANIAK
Czyli przez ten cały czas, kiedy Dzieło się rozwijało na całym świecie, ona tutaj... (kończy pytanie pozawerbalnie, pokazując na łóżko)

SIOSTRA
Tak. Ale... chciałabym, żebyś rzucił okiem jeszcze na te listy. (podaje mu kilka)

MANIAK
(czyta z przejęciem)
"Są chwile, gdy moja głowa jest tak zmęczona i pochłonięta, iż lękam się, że całkowicie stracę panowanie nad sobą.” Prosiła, by przyszedł ją wyspowiadał i poleciła mu Dzieło św. Piotra Apostoła. „To, co się ze mną dzieje, obciąży je. Niech Ojciec zrobi wszystko, co możliwe, by temu zaradzić. Ojciec mi mówi, że mi się polepszy. Być może z pewnego punktu widzenia, ale wiem dobrze, że mój organizm jest ciągle pod wpływem choroby, która rozpoczęła się w Caen. I najbardziej żałosne jest to, że, mimo mojej zmęczonej głowy, zdaję sobie sprawę z mojego nieszczęśliwego stanu. Wprawia mnie to w rozpacz, martwię się i widzę przed sobą długie lata męczarni z każdego punktu widzenia. Gdyby Ojciec wiedział jak bardzo cierpię... Cały czas mówię Bogu, że w Nim pokładam nadzieję. Ale nie mogę przeszkodzić mojej biednej głowie myśleć o tym wszystkim.”
„Pozostawiam dobremu Bogu decyzję, gdzie mam zakończyć życie. Niech raczy tak zaaranżować wydarzenia, bym je dokończyła w ciszy i prawdziwym upokorzeniu”
(podnosi głowę znad listu)
Ona... ona jest... jedną z nas...
(odkłada listy, podchodzi do łóżka, gładzi głowę Babci. Listy podnosi Paranoik)

PARANOIK
(Czyta dalej)
„To za dwie dusze: mojego ojca i brata ofiarowałam się cierpieć i od tej chwili cierpienie mi zawsze towarzyszyło. Mam nadzieję…”
(przekłada listy)
„Ściągnęłam na siebie dużo utrapień i ciężkich przeżyć. Niczego jednak nie żałuję i nigdy nie myślałam, by wyrwać się z rąk, którym się powierzyłam z miłości…”
(czytając podchodzi w stronę widzów)
„Bardzo cierpię, ale jeżeli jest to cena, by małe ziarno gorczycy miało zakiełkować i wzrastać, będę winna jak odrzucę cierpienie…”
Może i jest matką wielkiego dzieła, ale jest... tutaj jest... prawdziwym ziarnkiem gorczycy, sensem szaleństwa, przyjęciem zniknięcia... i patronką wariatów.

(światło)

KONIEC

19 czerwca 2013

Chwalcie łąki umajone

Jak na maj już późno, ale ciągle jeszcze bardzo majowo :)
,,Pod skrzydłami  "


Chwalcie łąki umajone,
Góry, doliny zielone;
Chwalcie, cieniste gaiki,
Źródła i kręte strumyki.

Co igra z morza falami,
W powietrzu buja skrzydłami,
Chwalcie z nami Panią świata,
Jej dłoń nasza wieniec splata.

Ona dzieł Boskich korona,
Nad Anioły wywyższona;
Choć jest Panią nieba, ziemi,
Nie gardzi dary naszymi.

Wdzięcznym strumyki mruczeniem,
Ptaszęta słodkim kwileniem,
I co czuje, i co żyje,
Niech z nami sławi Maryję!