Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich. Pokaż wszystkie posty

26 września 2021

ABC, czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: K jak kompromis

 Nie sposób było nie popełnić tego wpisu przy takiej ciętej Ewangelii, jak dzisiejsza.


Bo kompromis, to nie tylko bakcyl, ale zmora i prawdziwa makro i mikro i w ogóle - w każdym wymiarze - zaraza. Taki malutki, niewinny i kulturalny. Cywilizowany, pełen kunsztu i ogłady. Nie wymaga wyrzeczeń - oprócz wyrzeczenia się (przynajmniej i na początku) własnego przekonania, hierarchii wartości...


Oczywiście, nie mówię o kompromisach życia codziennego. Chodzi o kompromis dotyczący życia wiecznego. Tu Pan Jezus jest... no właśnie: cięty! Mówi: ciąć! Jest takie pole, z którego nie można oddać nawet piędzi. Takie słowo, z którego nie wolno zetrzeć ani literki. Płomień wiary, od której nie wolno odpalić ogarka dla diabła.

Tymczasem i w wielkim świecie współczesnej teologii i w małym świecie codziennych zmagań z pokusami - dajemy się wodzić na kompromis. I jak w pierwszym przypadku na przykładach żywotów wielu tęgich umysłów widać jak na dłoni, że kompromis za kompromisem, dzieło za dziełem - oddalali się coraz bardziej od Prawdy, tak w przypadku drugim każdy zna gorycz wielokrotnych upadków w to samo błoto. 


A przecież doskonale wiemy, gdzie trzeba było powiedzieć pierwsze i nieprzejednane: - Nie!


11 września 2021

ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: J jak jednowymiarowość

W ostatnim stuleciu straciliśmy z oczu nawet nie piąty - typowo chrześcijański wymiar, ale i czwarty. Zostały nam trzy wymiary - do kupy wziąwszy: jeden. Dotykalna przestrzeń w teraźniejszości. Brzmi niby realistycznie i racjonalnie, ale jest to rzeczywistość i racja zwierzęca, albo - w nieco lepszym przypadku - ateistyczna. Czwarty wymiar to czas, a piąty - wieczność. Dopiero taką perspektywę można nazwać naturalną dla chrześcijanina.
Spróbuję pokazać to na przykładzie, żeby nie popaść w niestrawną żonglerkę mądrze brzmiących wyrażeń.

Otóż: Msza Święta. 

Zmiany ostatnich kilkudziesięciu lat sprawiły, że stała się celebracją wspólnoty zbierającej się wokół ołtarza, skoncentrowanej i zależnej od aktualnie zbierającej się tam grupy społecznej. Sam układ zgromadzenia i akcji liturgicznej zamyka uczestniczących we własnym towarzystwie. Czasem jest to nawet dosłownie koło, najczęściej - rodzaj układu teatralnego, gdzie najważniejsza jest interakcja między aktorami kreującymi rzeczywistość sceniczną, a widownią, która tę scenę obserwuje. 

Każdy, kto choć raz grał na scenie lub choćby bywał w teatrze wie, że jest to układ samozamykający się. Na czas spektaklu istnieje tylko aktor, opowieść i widownia. Nic dziwnego, że to od kreatywności i talentu aktora zależy, czy widzowie dadzą się mentalnie wciągnąć na scenę, czy też będą żądać zwrotu za bilety. Od akustyki i oświetlenia zależy, czy dotrze do nich coś z wysiłków aktora. Od widowni zaś, czy zrozumieją i dadzą się wciągnąć w specjalnie dla nich wykreowaną opowieść. 


Tak się dzieje, kiedy obowiązuje nas jedynie długość, szerokość i wysokość teraźniejszości. Nawet, jeśli pojawia się czas - przeszłość, czy przyszłość, służyć mają rozgrywanej akcji lub pogłębiać zainteresowanie widowni. Wieczność zaś... jest niemal abstrakcją, od której należy odwrócić oczy, by nie stracić cennych chwil teraźniejszości zamkniętego kręgu. Od niej bowiem zależy wszystko.


Tymczasem - jak wygląda rzeczywistość Mszy Świętej?

Nasze trzy widzialne wymiary teraźniejszości to tylko maleńki wycinek świata. My, uczestniczący we Mszy jesteśmy jedynie małą cząstką wielkiego tłumu ludzi żyjących od początku Kościoła przed nami, z nami i po nas. Mało tego. Nasza widzialna obecność ginie w mnogości obecnych przed ołtarzem aniołów i wszelkich bytów niebieskich. Wszyscy święci, jakich jesteśmy zdolni pomyśleć, są obecni. Wszyscy zmarli, czy to cierpiący w czyśccu, czy już oglądający chwałę Boga - są obecni.
A to tylko czwarty wymiar - piąty jeszcze bardziej przyprawia o zawrót głowy.

Częściowo już sama świadomość, czym jest wspólnota gromadząca się na Mszy (że rozciąga się na wszystkich członków Kościoła żyjących na przestrzeni wieków oraz wszelkie byty Nieba) już otwiera na wieczność. To, CO się dzieje w czasie Mszy Świętej jeszcze bardziej przekracza wymiar i teraźniejszości i historii: jest jakby krawędzią czasu, znad której widać - oczami wiary - Początek i Koniec, Stworzenie i Apokalipsę, Krzyż i Zmartwychwstanie. I nie jako rzeczywistość kreowaną przez uzdolnionego aktora, ale uobecniającą się i objawiającą na rozkaz Boga - dzięki mocy, jaką owemu kapłanowi powierzył.


W tym znaczeniu, można spokojnie powiedzieć, że układ celebracji zamykający przestrzeń do interakcji kapłan-wierni, jest dez-orientacją. Tracimy z oczu, oczu wiary, przytłaczającą część rzeczywistości sakramentalnej.

Ale, to był tylko jeden z przykładów. W podobnym kluczu można przeanalizować, w ilu wymiarach dostrzegam, przeżywam i rozwiązuję moje codzienne dylematy. 
Czy przesadna troska o zdrowie i dobrobyt, pobłażliwe poczucie wyższości wobec dziedzictwa Kościoła przed wiekiem dwudziestym, tudzież utożsamianie życia duchowego z kondycją psychiczną - nie są symptomami tego samego bakcyla, jednowymiarowości?

15 czerwca 2021

ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: I jak intelektualizm

 Miała być na początku ideologia, potem rozciągałam kwantyfikator na wszystkie strony tak, żeby się oprócz ideologii inne intelektualne bakcyle pomieściły. Koniec końców, istotę dolegliwości wielu współczesnych chrześcijan, w tym niepospolitych myślicieli i "wielkich nazwisk", za którymi poszły całe pokolenia, chcę zamknąć w jednym obrazie:

Ciasna, błędna i w sumie ślepa uliczka pysznej iluzji zaczyna się w miejscu, kiedy przed autorytarnym sądem naszego rozumu postawimy Boga, łaskawie, lub nie rozpatrzymy Jego sprawę i wydamy wyrok wedle możliwości ludzkiego poznania.

Zamiast własny intelekt poddać osądowi Bożemu, pokornie pozwolić przeniknąć Jego niezgłębieniu i dać wyprowadzić daleko poza czysto ludzkie możliwości poznania.

11 kwietnia 2021

ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: H jak hasłowo

Zbyt wiele szczęścia naraz. Zbyt powolne nasze oczy, żeby wypatrzyć coraz szybciej migające obrazy. Zbyt znużone uszy, żeby uchwycić temat w kakofonii dźwięków. Zbyt mała głowa, żeby pomieścić i uporządkować informacyjne tsunami. Wreszcie, zbyt oszalałe w zalewie bodźców serce, żeby dać – lub odmówić – każdemu należne jemu miejsce.

I oto wszyscy i wszędzie tylko hasłujemy, nagłówkujemy i serfujemy zamiast mówić, słuchać i rozumieć. 

To samo dosięga chrześcijaństwa, zwłaszcza tego, które zdyszane usiłuje dotrzymywać kroku współczesności. Ale nie tylko nowoczesnych, bo z wielką nieświadomą finezją popełniają te grzeszki także najzagorzalsi miłośnicy wszystkiego, co stare.

Kiedy przyglądam się temu zjawisku, widzę je w trzech odcieniach:



Wszechwiedza mniemana

Sama niedawno jej uległam, kiedy fale Facebookowych algorytmów wyrzuciły na mój brzeg publiczne wyznania pewnego zakonnika o celibacie. Poszło szybko: tytuł – skojarzenie – komentarz, zaprawiony symbolicznie powściąganą ironią. Rzecz jasna, tylko na nagłówek rzuciłam okiem. Dopiero potem pomyślałam: zajrzę do wywiadu, jak tam te swoje przemyślenia rozwinął. Okazało się, że po pierwsze, link odgrzewał kotleta już kilkuletniego. Po drugie, choć treść rzeczywiście wskazywała na wewnętrzne szamotaniny, nie było tak skandalicznie, jakby się po tytule wydawać mogło. 

Ot, i taka klasyczna historia szybkiego „oburzanka”. Chorujemy na nie powszechnie: ci z lewa, z prawa, neonki i tradsi, stare wygi i młodzi gniewni… Tytuł i słowo wystarczy do osądu. Na sprawdzenie, porównanie, pogłębienie wiedzy nie ma już czasu. Ale – co gorsza – nie ma też chęci, bo w takich momentach w naszej podświadomości gniazdo sobie mości przekonanie o wiedzy wlanej.

Tak samo obchodzimy się z wiedzą teologiczną, liturgiczną, duchowością... Skutkuje to faktyczną ignorancją, nie tylko zawinioną, ale zawzięcie bronioną przed weryfikacją – idzie przecież o honor naszej wszechwiedzy. I w ten sposób nie wiemy w co wierzymy, jak się modlimy i którą drogą zdążamy, ale w o-błąkaniu tym jesteśmy nieugięci.


Mądrość błyskawiczna

Adepci zarządzania informacją i zasobami ludzkimi uczą się sztuki układania haseł, jak ikebany. Ukryta w kilku słowach moc potrafi budzić umysł, porywać serce, zagrzewać do czynów, ale może tak samo mamić, bałamucić i usypiać. Także i u nas pełno haseł, odezw i zdań zręcznych. Karmimy się nimi chętnie i dajemy innym na pożywienie. 

Tylko jakoś trudno się tymi zdaniami nasycić. Czy to dlatego, że zbyt zachłannie, bez przetrawienia, wrzucamy je do naszej (coraz krótszej) pamięci, już rozglądając się za myślą nowszą i bardziej wyrafinowaną, która milej połechce wygłodniałe ego?

A może dlatego, że karmimy naszą duszę tylko mądrymi słowami, przykład zaś świętego życia ich autorów odkładamy zażenowani na górną niedosiężną półkę?

Może też być tak, i często się zdarza współczesnym mędrcom – celebrytom, że produkują duchowe fast foody. Na pierwszy rzut ucha brzmią treściwie, ale tak naprawdę stoi za nimi tylko sztuka układania informacyjnej ikebany. Za „ora et labora” albo „ad majorem gloriam Dei”, albo choćby za „Niespokojne jest serce dopóki nie spocznie w Tobie” stoi co najmniej jedno święte życie, z całym bagażem upadków i podniesień, błądzenia i nawrócenia, walki i pokoju. 

Można od czasu do czasu wpaść gdzieś na fast fooda, ale nie warto powierzać mu stałej roli budowania organizmu (wiary).


Syndrom "pięciolatki"

Co starsi pamiętają, a młodsi niedługo znów się nauczą, że postęp i wyrabianie norm (osiąganie celów) jest obowiązkiem, który należy cyklicznie odświeżać, reorganizować i wypełniać, ot choćby co pięć lat, sześć albo dziesięć. Nowe hasło, stara treść. Od plenum do plenum. Burza mózgów, tsunami mądrze brzmiących słów, na nich budząca na przyszłość arka nowych założeń programowych. A potem rejs, tak, ten „Rejs”. Kokieteria i taniec wzajemnych uników między rzeczywistością a niemożliwymi do urzeczywistnienia projektami trwają aż do następnej przystani – plenum. 

Ciężko to może przełknąć, ale w takim świetle majaczą mi nieustannie mutujące programy przeróżnych instytucji chrześcijańskich, kolejne „Roki” tego czy owego, zjazdy, forumy i kongresy. Może to zbyt pesymistyczne podejście, nie wiem. Tak tylko miga mi przed oczami ten stary socjalistyczny rytm…


Cóż z tym zrobić? Kto mądry, żeby temu podołał? 

Ważyć słowa mówione, ważyć też te słyszane i odpowiednio do wagi traktować. Powściągliwość, milczenie i pokora, a nade wszystko umiłowanie i niezmordowane poszukiwanie prawdy, nie dające się zaspokoić niczym zaledwie prawdopodobnym.

16 lutego 2021

ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: G jak gadulstwo


Za dużo.

Za szybko.

Za płytko.


Inflacja słowa dosięga:

- teologii, bo każdy za wszelką cenę chce powiedzieć coś od siebie. Oczywiście musi to być coś, co przynajmniej wygląda na nowe, odkrywcze, a najlepiej szokujące. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że motorem napędzającym jest tu swoisty wyścig rewolucjonistów.

- liturgii, bo kiedy słabnie poczucie realnej Obecności i nie ogarnia nas już misterium tremendum et fascinosum (tajemnica przerażająca i fascynująca), wtedy naszym słowom przypisujemy moc magiczną i usiłujemy zaklinać rzeczywistość. Mnożymy słowa i gesty coraz bardziej pospolite, wprowadzając się w trans, zamiast dać się unieść ciszy Transcendencji, z której w bólu rodzą się pojedyncze pokorne słowa uwielbienia.

- duchowości, ponieważ nagminnie - być może pod przemożnym wpływem ekshibicjonizmu kulturowego - nie dajemy szans naszym doświadczeniom duchowym na dojrzenie pod osłoną sekretu. Wszelkie odwroty, przewroty, widzenia, słyszenia, zamiast być poddane próbie i rozeznawaniu, są natychmiast rozgłaszane na dachach internetu. Tymczasem kto sieje sensację, ten zbiera najpierw lajki, a potem zamęt.

- moralności, ponieważ przestaliśmy traktować poważnie Słowo Boże, odkąd przemieliliśmy je przez maszynkę kontekstu historyczno-kluturowego i niekończącej się reinterpretacji. Nie trzeba było długo czekać, abyśmy do swoich własnych słów podchodzili z jeszcze większą frywolnością. Wszystko można odwołać, zreinterpretować, ułożyć na historycznej półce, zmienić w słowie to okładkę, to treść. Prawda chwili, mądrość etapu. 


- eschatologii, kiedy naiwnie oczekujemy, że nasze gadulstwo jest w stanie przegadać niezmienność wieczności i butna pewność siebie, że kiedy dostatecznie często i głośno wykrzyczymy w Niebo naszą szczegółową wersję Sądu Ostatecznego - sam Pan Bóg w końcu nam przytaknie i będzie tak, jak sobie naopowiadaliśmy.



Ale w zawrotnym tempie pączkujące, coraz pustsze słowa, nie są w stanie nakarmić ani ciała, ani serca ani ducha. W wielkim sekrecie anorektyczne wieczne nasze istnienie tęsknie wygląda za Słowem, które przetrwa budzący grozę i pragnienie Dzień jak piec ognisty.

Tląca się ta tęsknota - dzięki Bogu - wielu, w tym i mnie, prowadzi do zamilczenia i bezsłownej pokory wobec misterium Bożego Słowa, które staje się Ciałem. Tam dana nam jest szansa nauczyć się mówić od nowa.



17 stycznia 2021

ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich – F jak frakcyjność

Z politycznego punktu widzenia jestem w najgorszej konfiguracji: 


W Zgromadzeniu płynącym szerokim międzynarodowym i międzyzakonnym lewoskrętnym strumieniem – nieuleczalnie nielewomyślna, szukająca dziury w postępie i – o zgrozo – z upodobaniem karmiąca się "przedsoborowiem". 
Za to w środowisku tradycyjnym – podejrzanie nieśpieszna do natychmiastowego cięcia brzytwą Ockhama napotkanych nadużyć liturgicznych razem z ich nieszczęsnymi autorami i mamrocząca pod nosem, że diabła wcale nie zniechęca do łowów fakt, że upatrzona ofiara na kolanach i ad orientem studiuje św. Tomasza. 
Wśród charyzmatyków – uparcie nastrojoodporna, podejrzliwa i jak mantrę powtarzająca, że nie każdy duch jest Duchem Świętym, nawet jak przynosi worek fajerwerków. 
Znajomych z Drogi z kolei – irytująca niewygodnymi pytaniami i smutnym dystansem, z jakim spoglądam na neoński Olimp. 


A mogłoby byc tak prosto: opowiedzieć się całkowicie po którejś ze stron i przyjąć stosowny świato- Bogo- oraz człowieko-pogląd i żyć długo i szczęśliwie na wyspie Wtajemniczonych pośród Oceanu Błądzących. 
Ale czy byłoby prawdziwie i sprawiedliwie? 

Łatwo przychodzi nam nieświadomie potraktować Mistyczne Ciało Chrystusa jak izbę parlamentu, na której jest lewica, prawica i centrum. Rozsadzić siebie i resztę według własnego uznania i zachowywać dyscyplinę partyjną wśród członków swojego ugrupowania. 
Tymczasem nieskończoną ilość razy przypatrywałam się, jak Łaska Boża działa w każdej z tych "frakcji". 
I choć niemądrym i naiwnym byłoby zaprzeczać różnicom, racjom, błędom i podziałom, to niesprawiedliwym byłoby również twierdzić, że z chwilą, kiedy ktoś – dajmy na to – wstąpi na Drogę albo zafascynuje się ruchem charyzmatycznym, Pan Bóg automatycznie zakręca kurek z łaską. Tak samo odwrotnie: nie ma żadnej "opcji" wolnej od pokus, upadków i błądzenia, a nawet od tragedii wyboru potępienia. 


Bakcyl frakcyjności czyha na każdym miejscu naszej kościelnej planszy. Od lewa do prawa, od postępu po Tradycję, od zielonoświątkowujących po judaizujących, od otwartych do moherowych. 
I nie chodzi o to, by hołdować relatywizmowi, przymykać oczy lub uprawiać kościelną odmianę "political corectness", ale aby zawsze mieć przed oczami taką to rozmowę Pana Jezusa z aniołami: 

Inną przypowieść im przedłożył: «Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swej roli. Lecz gdy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel, nasiał chwastu między pszenicę i odszedł. A gdy zboże wyrosło i wypuściło kłosy, wtedy pojawił się i chwast. Słudzy gospodarza przyszli i zapytali go: "Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swej roli? Skąd więc wziął się na niej chwast?" Odpowiedział im: "Nieprzyjazny człowiek to sprawił". Rzekli mu słudzy: "Chcesz więc, żebyśmy poszli i zebrali go?" A on im odrzekł: "Nie, byście zbierając chwast nie wyrwali razem z nim i pszenicy. Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza"».

(...) Przystąpili do Niego uczniowie i prosili Go: «Wyjaśnij nam przypowieść o chwaście!» On odpowiedział: «Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy. Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem zaś synowie Złego. Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest diabeł; żniwem jest koniec świata, a żeńcami są aniołowie. Jak więc zbiera się chwast i spala ogniem, tak będzie przy końcu świata. Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce w królestwie Ojca swego. 

Mt 13, 24-30.36-42 

Pszenica i kąkol splatają się w sercu każdego z nas. 
Aż do żniwa. 

A jak mówi św. Paweł: 

Przeto nie sądźcie przedwcześnie, dopóki nie przyjdzie Pan, który rozjaśni to, co w ciemnościach ukryte, i ujawni zamiary serc. Wtedy każdy otrzyma od Boga pochwałę. 

1 Kor 4,5

18 października 2020

ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: E jak Eklektyzm

Eklektyzm, jak każdy styl, to sprawa gustu. Może się podobać, ale mnie osobiście drażni. Zwłaszcza taki dziki, który jest gotowy łączyć wszystko ze wszystkim jak popadnie. Zdecydowanie wolę – jeśli już – połączenia głęboko przemyślane, harmonijne i powściągliwe. Tyle o sztuce, a co z eklektycznym chrześcijaństwem? Podobnie.

Kościół jest katolicki, a to znaczy, że powszechny. Czyli całe jego dziedzictwo należy do wszystkich jego członków. I odwrotnie: każdy z nas ubogaca (lub zubaża) cał Kościół. I to uprawnia do korzystania z oszałamiającego bogactwa Kościoła rozciągniętego w czasie i przestrzeni.

Jako franciszkanka spokojnie pełnymi garściami mogę (i to czynię) czerpać z doświadczeń św. Teresy od Jezusa, czy Ojców Pustyni. Pobożność różańcowa nie wyklucza praktyki Modlitwy Jezusowej, a zachwyt mojej słowiańskiej duszy nad Boską Liturgią nie umniejsza wcale mojego przywiązania do Tradycji Łacińskiej. Z bogactwa Kościoła Powszechnego wolno a nawet należy korzystać. Gdzie jest więc pies pogrzebany?

W powierzchowności i „ułańskiej fantazji”.

Najlepiej i najszybciej, choć pewnie nieco boleśnie, będzie pokazać to na przykładzie:


Ot, weźmy wspomnianą już Modlitwę Jezusową. W ostatnich dziesięcioleciach szturmem zdobyła wiele środowisk zachodniego chrześcijaństwa. I dobrze, bo to wspaniała droga modlitwy i w sumie, sposób na życie. Tylko że jeśli zgłoszę się na pierwsze lepsze rekolekcje z Modlitwą Jezusową, może się okazać, że potrzebuję do jej praktyki specjalnej poduszki, że muszę opanować pewne techniki... tzw. medytacji chrześcijańskiej. Taka sałatka Duchowości Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Co więcej, mistyki chrześcijańskiej i niechrześcijańskiej (bo, niestety, tzw. medytacja chrześcijańska lekkomyślnie a intensywnie flirtuje z hinduizmem i buddyzmem).


Każdy, kto urodził się i wychował w chrześcijaństwie bizantyjskim na takie cudo otwiera oczy: najpierw ze zdziwienia, potem z niedowierzania, a wreszcie z konsternacji. Modlitwa Jezusowa ma swoje chrześcijańskie korzenie, swoją historię kształtowania się, swoje własne „szkoły” pozostające w ramach chrześcijaństwa wschodniego, a wreszcie ogromne doświadczenie dziesiątków pokoleń praktykujących tę modlitwę. Jest jakby drzewem z własnym pniem, gałęziami i korzeniami.

A tu, eklektycznie, serwuje się ją oderwaną od korzeni i kontekstu, połączoną (nie)zręcznie z technikami medytacji Dalekiego Wschodu.


Modlitwa Jezusowa jest duchową drogą, ale podana w taki sposób, dokąd zaprowadzi?

Druga strona medalu jest nie mniej ważna: dalekowschodnie techniki medytacyjne też mają swoje korzenie, pień, gałęzie, „szkoły” i swój cel, do którego prowadzą. Nie są dziełem przypadku i zostały opracowane i wypróbowane przez pokolenia dążące do nirwany.

Protekcjonalną naiwnością jest sądzić, że ludzie z naszego pokolenia mają prawo i w ogóle są w stanie zerwać gałęzie czy liście z tak różnych drzew i sprawić, żeby stały się żyjącym i przynoszącym dobre owoce nowym drzewem.

Podobnych przykładów można by przytaczać jeszcze wiele. „Ubogacanie” liturgii egzotyką kulturową czy – co gorsza – elementami obcych kultów jest wdzięczną przestrzenią dla takiego bezowocnego eklektyzmu. Czasem ma to swoją tragikomiczną stronę: jak np. namiętne używanie protestanckich (a więc nie uznających realnej obecności Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie) piosenek przy nabożeństwach z wystawieniem Najświętszego Sakramentu. Albo też ułańska fantazja odkrywców „prawdziwej pobożności Starożytnego Kościoła” (ale o tym wspominałam już w Atlasie pod literką A).


Duchowy eklektyzm jest zwierciadłem pokolenia naszych czasów: oderwanego od korzeni, rzuconego w mieszankę ludzi zewsząd, podobnie przesadzonych z własnej ziemi. Łatwo ulec złudzeniu, że świat ducha, tak jak ten materialny, stał się wielkim supermarketem i spacerując między półkami, można wrzucać do swojego koszyka wszystko, co przyciągnie oczy. A potem używać bez czytania opisu produktu i instrukcji obsługi.

Cóż więc, nie wybierać? Nie ubogacać? Ależ tak! Ale z pokorą i uczciwością intelektualną: poznając tak własne dziedzictwo, jak i to, które przyciąga serce swoją odmiennością. Z roztropnością, żeby nie popaść w bałwochwalstwo. I bez łakomstwa, które wszystko pochłania, ale nigdy nie nasyca.


16 września 2020

ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: D jak Dezinformacja

Dezinformacja to coś więcej, niż kłamstwo. Jest finezyjną mieszanką prawdy, półprawdy i... tak, tego też. Podana w sosie niedopowiedzeń, przemilczeń i sugestii powoduje, że odurzona ofiara zatraca wszelki odruch weryfikacji, nawet jeśli isnieje podejrzenie, że coś tu się nie zgadza. 
 

Pierwsza infekcja tym bakcylem miała miejsce pod tajemniczym drzewem, z jakichś powodów przez wielu utożsamianym z jabłonią. Fakt zakazu był prawdą, ale motywy, zasięg i konsekwencje przedstawione przez Wielkiego Dezinformatora zniekształciły obraz Boga nie tylko w oczach Adama i Ewy. Czyż każdy z nas nie mierzy się lub poddaje pokusie utożsamienia sprawiedliwości Bożej z okrucieństwem, a miłosierdzia z pobłażliwością? Albo ile wysiłku i samozaparcia kosztuje pozbycie się odruchów obronnych przed ufnym przyjęciem woli Bożej, kiedy w życiu układa się „nie po naszemu”? Bo gdzieś w podświadomości miota się podejrzenie, że ta „wola Boża” może nie wyjść nam na dobre. Na domiar złego od tamtego momentu z pokolenia na pokolenie obezwładnia nas lepka nić „świętego spokoju” oraz przekonanie, że poszukiwanie i poznanie prawdy nam go zburzy. 
 
Bakcyl ten, stary niemal jak świat, choć nas usypia i rozleniwia, sam nie próżnuje. Infekuje nasze życie wewnętrzne, zniechęca do rachunku sumienia, przesuwa piędź po piędzi granicę miedzy słabością a grzechem, między upadkiem a zatwardziałością, między cierpieniem a buntem. Cały czas przy tym trzyma linię pierwszego ataku, pracując nad ukrytym czy jawnym przekonaniem o własnej boskości i czci, jaka by się z tego tytułu nam należała. 
 

Dezinformacja króluje w kontaktach z innymi. Iluż tragedii możnaby uniknąć, gdyby na przekór podszeptom zazdrości, zawiści, podejrzeń, honoru, żalów, pożądań, żądań i Bóg wie czego jeszcze, nade wszystko i nad siebie samych, kochać prawdę o drugim, czyli zwykłą sprawiedliwość. 
 
Dezinformacja na poziomie społecznym w naszych medialnych czasach jest najbardziej rozwiniętą i najszerzej stosowaną sztuką wojenną. Bezbronny jest ten, kogo ukołyszą macki „świętego spokoju”. 
 
A Kościół? Historia herezji i schizm, spisków i antypapieży mówi sama za siebie. Ale inaczej wygląda na kartach kronik, a inaczej, kiedy się w niej żyje, nie wiedząc, kto mówi prawdę, a kto uwodzi. Komu ufać, a kogo się strzec. Co jest wodą życia, a co ma tylko jej smak. 
Tak się składa, że nie żyjemy w czasach, kiedy o zamęcie można tylko przeczytać. Dziś determinacja i konsekwencja w poznawaniu prawdziwej nauki, którą Kościół głosił niezmiennie od początku, wbrew medialnym modom i ideologicznym powiewom, nie jest cnotą dla wybranych. Jest naszym faktycznym „być albo nie być” w Kościele, przynależeć do Chrystusowego Ciała, prawdziwego i jednego przez wieki, lub dać się ukołysać i wprowadzić do plastycznego Zamku z Piasku – ciała zmałpowanego przez Dezinformatora. 
 

Wyzwanie jest wielkie, a droga przez manipulacje trudna, pełna pułapek i... kolejnych dezinformacji. Ale pociechą niech będzie to, że sama prawda nie jest martwa: jest żywa i żywo zainteresowana tymi, którzy do Niej dążą. Co więcej, nie jest bierną księżniczką na wieży. Wychodzi naprzeciw i walczy o tych, którzy Ją wybiorą i ukochają. Jest realna, jest osobą.
"Ja jestem Prawdą" – powiedział Chrystus. 
A Diabeł? – ten od początku był kłamcą.
 
* * *
 
Pisząc o dezinformacji nie mogłam się powstrzymać przed reklamą jednej z moich ulubionych książek, która zaczyna się tak:

Blakę napisał kiedyś Zaślubiny Nieba z Piekłem, a ja zdecydowałem się napisać o ich rozwodzie nie dlatego, że uważam się za godnego przeciwnika tak wielkiego geniusza, jakim był Blake, ani nawet dlatego, że zrozumiałem choćby po części jego dzieło. Wydaje mi się jednak, że nadzieja dokonania podobnych zaślubin musi tak czy inaczej okazać się płonna. Nadzieja ta opiera się na założeniu, że rzeczywistość nigdy nie każe nam stanąć twarzą w twarz z nieuniknionym „albo - albo" i że, o ile nie zabraknie nam umiejętności, cierpliwości, a nade wszystko czasu, zawsze zdołamy jakoś pogodzić obie skrajności. Nadzieja ta każe nam sądzić, że wystarczy udoskonalić, zaadoptować lub uszlachetnić zło, aby przemieniło się ono w coś dobrego i że nie będziemy nigdy zmuszeni do odrzucenia tego, co chcielibyśmy zatrzymać. Według mnie żywienie podobnej nadziei jest katastrofalną pomyłką. Wyruszając w podróż, nie zawsze zabieramy ze sobą cały swój dobytek, a czeka nas i taka podróż, w którą być może nie będziemy mogli zabrać nawet własnej prawej ręki lub prawego oka. Nie żyjemy w świecie, w którym wszystkie drogi niby promienie okręgu schodzą się w jednym punkcie i gdzie po wyborze którejkolwiek z nich zawsze dojdzie się po wytrwałej wędrówce do tego samego celu. W naszym świecie każda droga po pewnym czasie rozwidla się, a każda z powstałych w ten sposób dróg rozwidla się ponownie i na każdym z takich rozwidleń musimy podejmować decyzje. Nawet życie biologiczne bardziej przypomina rozgałęziające się drzewo niż stojącą sadzawkę - nie zmierza ono ku jedności, ale oddala się od niej, a im wyższy stopień rozwoju, tym bardziej stworzenia różnią się między sobą. Prawdziwe dobro w miarę jak rośnie i osiąga dojrzałość, coraz bardziej różni się nie tylko od zła, ale także od innego, pozornego dobra.

Nie sądzę, że wszyscy wybierający złe drogi muszą zginąć. Uważam jednak, że ratunek dla nich jest tylko jeden: powrót na właściwą drogę. Otrzymawszy zły wynik dodawania, możemy go poprawić tylko wtedy, gdy cofniemy się do miejsca, gdzie popełniliśmy pomyłkę, i zaczniemy liczyć od nowa. Na nic się nie zda brnięcie w błędnych obliczeniach. Zło może zostać zniweczone, ale nie może „rozwinąć się" w coś dobrego. W tym wypadku czas nie jest dobrym lekarzem. Zły czar można przełamać „mruczanym wspak zaklęciem pełnym mocy" albo pozwolić, by działał dalej. Jest to wciąż wybór „albo - albo". Jeśli zechcemy zatrzymać piekło (lub choćby ziemię), nie ujrzymy nieba, a jeśli przyjmiemy niebo, nie zabierzemy z piekła nawet najmniejszych i najbardziej osobistych pamiątek. Wierzę, rzecz jasna, że każdy, kto osiągnie niebo, przekona się, iż pomimo odrzucenia wszystkiego (nawet własnego oka), niczego nie stracił: że to, czego naprawdę pożądał w swoich naj podlej szych nawet pragnieniach, czeka na niego w „Górnej Krainie" o wiele wspanialsze niż to, czego się spodziewał. W tym sensie dla tych, którzy doszli do końca drogi (i dla nikogo innego), powiedzenie, że dobro jest wszystkim, a niebo jest wszędzie, okaże się zgodne z prawdą. Nam jednak, którzy wciąż jeszcze jesteśmy w podróży, nie wolno przyjmować ich punktu widzenia. Moglibyśmy bowiem narazić się na niebezpieczeństwo przekręcenia prawdziwego znaczenia ich słów i uznać, że wszystko jest dobre, a każde miejsce jest niebem.
A co z ziemią? - zapytacie zapewne. Nie sądzę, by ziemia okazała się dla kogokolwiek miejscem wyjątkowym. Jeśli wybierzemy ją zamiast nieba, wyjdzie na jaw, że ziemia zawsze była częścią piekła. A jeśli niebo postawimy wyżej, okaże się, że ziemia zawsze do niego należała.

C.S. Lewis, Podział Ostateczny (tyt. org. "The Great Divorce")



20 sierpnia 2020

ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: C jak Cudowności

Z cudami jest ten problem, że dla wiary są jak defibrylator, ale jeśli będą niewłaściwie wykorzystane, mogą tylko zaszkodzić.

Bakcyl stary jak świat: obojętnie, czy jesteśmy głęboko, płytko, czy nie-wierzący, czy przyznajemy to otwarcie, czy gorąco zaprzeczamy, kątem oka wypatrujemy jakiejś manifestacji, teofanii, czegoś, co  nadprzyrodzoną siłą nie znoszącą zaprzeczenia ani sprzeciwu wedrze się w szare życie – cudu.

I nie ma w tym nic złego. Cud też – by tak rzec – stworzenie Boże. Czemu więc miałby być szkodliwy? Czemu podchodzić do niego ostrożnie, a nawet (nieco) przed nim się bronić?

Przychodzą mi na myśl cztery sytuacje z Ewangelii, na których chciałabym oprzeć moje rozważania:

 

„Nie samym chlebem żyje człowiek” – odpowiada wycieńczony z głodu Jezus, w obliczu możliwości przemiany kamieni w pożywienie. Nie należy bagatelizować pierwszego kuszenia. To nie miało być zaspokojenie zachcianki, tylko czterdziestodniowego głodu. Sytuacja graniczna, usprawiedliwiająca oczekiwanie cudu. Jednak Jezus odmówił ingerencji w rzeczywistość. Tak jak zwlekał z uzdrowieniem Łazarza, pozwalając mu umrzeć. Miał po temu ważne powody. Nieumiarkowane pragnienie cudu w sytuacji – z naszego punktu widzenia – absolutnie koniecznej, domaganie się go, szantażowanie Boga („Jeśli nie zobaczę, nie uwierzę”) kryje przewrotną modlitwę: „Bądź wola moja”. Tymczasem Bóg może uznać, że ważniejsze od rozwiązanego problemu, zdrowia, czy nawet życia jest – ot, choćby zbawienie duszy. I cudu nie uczyni, dla naszego dobra.

 

„Nie szukaliście Mnie dlatego, że widzieliście znaki, ale że jedliście chleb do sytości” – wyrzuca Jezus tłumom, które ciągną za Nim wiernie na pustkowie.

Jezus czyni cuda po to, żeby Izraelici uwierzyli w niewiarygodne: że On JEST Synem Ojca i dokonuje Jego dzieł Jego mocą. W innym miejscu wręcz prosi: „Jeśli nie wierzycie Moim słowom, wierzcie przynajmniej Moim dziełom”. Tymczasem tłum „wiernych” jest ciągle głodny nowych cudów. Ze znaków wzbudzających wiarę, uczynił sobie „doładowanie akumulatorów”. Co jakiś czas potrzebuje i poszukuje nowej dawki.

Cuda nie umacniają wiary, dlatego nie dzieją się seryjnie. Bóg wychowując wiarę świętych zawsze prowadzi ich przez noc duchową. Im większy mistyk, tym większej ciemności doświadcza, z tym większą desperacją przedziera się przez słabość natury ludzkiej, wypowiadając wiernie, często wbrew uczuciom, wbrew życiu walącemu się na głowę, a nawet wbrew rozumowi: „Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu!”

Z tej dramatycznej szamotaniny trwającej nieraz kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat, wychodzi – za łaską Bożą – jako gwałtownik jaśniejący wiarą (wiernością) i godny oglądania Boga twarzą w twarz. 

W karmieniu się cudami kryje się jakiś rodzaj lenistwa, które oczekuje, że ponadnaturalne interwencje zmuszą nas do uznania istnienia i mocy Bożej, nie wymagając od naszej woli wysiłku wiary.

 

„Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie, dopuszczający się nieprawości” – Jezusowe oświadczenie mrozi krew w żyłach tym, którzy legitymowali się czynieniem cudów w Jego imię. O jaką nieprawość może tu chodzić? Wygląda mi to na pułapkę, jaką jest „posiadanie” łask, darów i charyzmatów. Przywłaszczenie sobie Bożej mocy i Bożej chwały.

Kiedy patrzę na świętych cudotwórców, wszyscy zgodnie wypierają się cudów, które zdarzyły się za ich pośrednictwem. Utrzymują, że wszystko uczynił Bóg, a ich udział jest w cudzie przypadkowy i właściwie prawie żaden. I w sumie mają rację, ponieważ pokora pozwala im widzieć rzeczy, siebie samych i Boga takimi, jakimi są.

Cudotwórcy, którzy uwierzyli w immunitet swoich charyzmatów wpadają w tę pułapkę razem z „maluczkimi”, którzy w prostocie serca uznali moc wychodzącą od ich duchowych herosów za gwarancję zażyłości z Bogiem i powierzyli swoją wiarę ich domniemanej świętości.

Dlatego nie należy zżymać się na Kościół Święty za Jego pozornie przesadny sceptycyzm i opieszałość w zatwierdzaniu objawień i wynoszeniu na ołtarze. Historia dostarcza zbyt wielu przykładów na zbyt pochopne i entuzjastyczne „imprimatur” wydane świętym-za-życia.

Teraz chyłkiem przemyka się pytanie, jak to możliwe wpaść w pychę i działać cuda mocą Bożą, ale tym problemem zajmiemy się w innym artykule. Teraz niech wystarczy wniosek, że cuda to nie owoce, po których poznaje się drzewo.

 

„Nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, ale że wasze imiona są zapisane w Niebie” – tak Jezus studzi uczniów powracających z pełnej sukcesów wyprawy apostolskiej. Zaiste, niemała to rzecz, zdobywać serca, móc uzdrawiać, wskrzeszać, a nawet – będąc jedynie człowiekiem – rozkazywać potężnym duchom ciemności. Tak samo jak bycie naocznym świadkiem działania mocy Bożej. Ale Jezus zaleca zdrowy dystans: w tym wszystkim chodzi tylko (!) o nasze imiona zapisane w Niebie.

 

Jeśli zaś pozwolimy dawkować sobie słodkie cuda i gorzką noc wiary według recepty Boskiej Opatrzności, po jakimś czasie zasłona materii uniesie się nieco i zobaczymy, że cudem ogromnym i teofanią jest to, co – w niewiedzy swojej – uznawaliśmy za przewidywalną i zamkniętą w swoich prawach rzeczywistość.

30 lipca 2020

ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: B jak Bezstresowi


B jak Bezstresowi


Fenomen i przekleństwo XX wieku. Zrodzony w „Emilu…” Jeana Jaques’a Rousseau wirus wychowania będącego w istocie moderowanym samorozwojem dziecka, w połowie ubiegłego wieku skutecznie zainfekował nasze spojrzenie na małego człowieka. Po kilkuset latach od gwałtownej reakcji obronnej wyglądał już niegroźnie, a nawet przyjaźnie merdał antropocentrycznym ogonkiem.
O jego zgubnych skutkach zaczęliśmy się przekonywać dopiero wtedy, kiedy dzieci wychowywane bezstresowo zaczęły osiągać dorosłość. Potem było tylko gorzej, kiedy pokolenie bezstresowych wzięło się za zakładanie własnych rodzin i przejęło katedry psychologii i pedagogiki. Teraz pierwsze pokolenia samorozwijających się są w wieku przywódców, mężów stanu, mędrców i proroków. Niestety, dzieląc z ojcem wirusa alergię na rzeczywistość, pełnymi garściami czerpią z przywilejów swojego wieku i prowadzą niedobitki cywilizacji w opary absurdu.

W lamencie nad skutkami bezstresowego wychowania wylano już morze atramentu i wystukano miliony tetrabajtów. Nie tracąc czasu i uwagi Szanownego Czytelnika, przejdźmy do katechezy i formacji duchownych i zakonników, bo tam – według mnie – czai się już od wielu dziesiątków lat podstępny „Emil…”.

Moderowany samorozwój kategorycznie odrzuca wpajanie dziecku nauk, których pojąć nie może. A więc lwia część katechezy to piruety wokół subiektywnego doświadczenia (tak przecież, według Rousseau, miał się uczyć mały Emil) ogólnie rozumianej miłości Bożej i Panu Jezusie jako takim. Wychowanie bezstresowe nie toleruje dogmatów, ograniczeń, o karach nie mówiąc. Tak więc wszystko, co w prawdzie i moralności chrześcijańskiej się  z tym wiąże, jest omijane, a kiedy dochodzi się do momentu, że ominąć nie sposób, jest grubo i szczelnie owijane w bawełnę, aby – broń Boże – nie doszło do traumy.

I tak nasz chrześcijański Emilek wzrasta w mniej lub bardziej świadomym poczuciu, że jest panem i centrum świata, którego częścią jest bliżej nieokreślony Bóg, który go stworzył, kocha (Jakiegoś mnie, Panie Boże, stworzył, takiego mnie masz!), chroni i czeka na niego w obowiązkowym Niebie. Prawda, jeszcze umarł za niego. Jest to wzruszające, ale niezrozumiałe, bo Emilek, nie otrzymawszy jasnej nauki o grzechu i jego konsekwencjach, nie dostrzega ani (nie)śmiertelnego niebezpieczeństwa, przed jakim stoi jego dusza, ani ogromu niezasłużonej łaski, którą trzeba cenić nad życie (bo przecież o tym, że naprawdę można skończyć w Piekle i że bez łaski Bożej naprawdę nietrudno tam się znaleźć, uczyć teraz dzieci po prostu nie wypada). Przecież nawet na myśl mu nie przyjdzie, że mogłoby się mu to Niebo NIE NALEŻEĆ z samego faktu zaistnienia.


Nasz bohater dojrzewa w przekonaniu, że jego pragnienia mają moc prawodawczą, ba nawet stwórczą. Nie zna odmowy, nie doświadczył granic, nie słyszał o niebezpieczeństwach. Jest nieświadomy istnienia doczesnych i wiecznych konsekwencji swoich wyborów i czynów. W głębi serca to on jest bogiem, przed którym Bóg zdaje sprawę ze swojej nieudolności i niesubordynacji, kiedy nie chce spełnić jego woli.

Mijają lata i na światło dzienne wychodzi wiotkość jego wiary i życia duchowego. Nie potrafi ani przeciwstawić się pokusom ani walczyć przeciw atakom Złego, ponieważ w bezstresowym chrześcijaństwie nie ma miejsca na rozeznawanie duchów.

Wyhodowana na uczuciach i osobistych doświadczeniach dziczka tożsamości chrześcijańskiej pnie się wedle własnego upodobania, ani myśląc poddawać się przycinaniu. Buntuje się przeciw przynoszeniu owoców innych, niż samozadowolenie czy spełnienie wyhołubionych marzeń o sobie samym i ukształtowaniu podległego sobie świata, Kościoła i Boga na swój własny obraz i podobieństwo.

Wreszcie – jeśli przypadkiem został duchownym, zakonnikiem lub prowadzi bardziej intensywne życie duchowe i w związku z tym solidniej zapoznaje się z Nauką Kościoła – staje się doskonałym zaklinaczem rzeczywistości doczesnej i wiecznej. Tak, aby nawet w najmniejszy sposób nie uwierała jego boskości. Im zręczniejszy, tym bardziej przekonujący i inspirujący dla otoczenia.

Ostatnim rysem Emilka jest całkowity brak odpowiedzialności. Nie, nie chodzi o to, że on się od niej uchyla. Po prostu w toku moderowanego samorozwoju, także w wersji chrześcijańskiej, odpowiedzialność jest pojęciem nieznanym i niezrozumiałym. Dopóki na tronie serca króluje bezstresowy bóg, dopóty on jest jedynym, który nie musi przed nikim za nic odpowiadać. Jeśli przyjąć optykę życia wiecznego, moment Sądu Szczegółowego może skończyć się wieczystą traumą.
 
W ten oto sposób katecheci i wychowawcy Emilka powinni zdobyć Nagrodę Ogrodnika w kategorii Hodowcy Duchowych Narcyzów. Polecam jednak być tu ostrożnym w ocenie, gdyż najprawdopodobniej ci, którzy byli odpowiedzialni za dojrzewanie w wierze owych katechetów i wychowawców, sami też byli godni tej nagrody. Świat już od kilku pokoleń obficie kwitnie narcyzami.

Kiedy się człowiek rozejrzy dookoła, a nawet kiedy wejrzy w siebie, można upaść na duchu – tyle złogów wszędobylskiego bezstresowego chrześcijaństwa.

Ale Opatrzność Boża nie stoi bezczynnie i miłosiernie daje coraz to nowe i jakże zbawienne duchowe sytuacje stresogenne. Tak samo jak ludzi, którzy uparcie i skrycie zadają ciosy naszemu wysublimowanemu samoubóstwieniu. W końcu lepiej teraz solidnie się potłuc o kant rzeczywistości, niż przeżywszy życie w egocentrycznych pieleszach, u progu śmierci zgubnie pretendować do Tronu Najwyższego.

17 lipca 2020

ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: A jak Archeologia

Przygotowuję wiązankę (na pewno niekompletną) zjawisk, na które – moim zdaniem – warto zwrócić uwagę tak w naszym osobistym jak i wspólnotowym życiu chrześcijańskim. Krótkie moje rozważania to raczej przyczynek do obserwacji, przemyśleń, wniosków i przeciwdziałania, niż próba erudycji akrobatycznej.

Zdaje mi się też, że są to zjawiska wielce zaraźliwe i – przynajmniej jako pokusa zainfekowania – nie omijają nikogo.

 

A jak Archeologia

Lubimy zabłysnąć starociem. Najlepiej jak jest co najmniej sprzed Edyktu Mediolańskiego, ociera się o starożytność i kontestuje zwyczaje naszych przodków. Jest więc nasza zdobycz chrześcijańsko antyczna, a zarazem romantycznie rewolucyjna. Tyle że wykopaliska w surowym stanie są bardzo fragmentaryczne i bez pokory, solidnej wiedzy i cierpliwej rekonstrukcji, prowadzą jedynie na manowce wyobraźni.

W efekcie mimo, iż dumnie i szumnie powołujemy się „pierwotne chrześcijaństwo”, w istocie wcielamy w życie nasze własne mniej lub bardziej wysublimowane wyobrażenia o nim.

Może to prowadzić do tak komicznych efektów, jak choćby liturgie niektórych ruchów kościelnych szczycących się tym, że sprawują je tak, jak pierwsi chrześcijanie, akompaniując sobie przy tym rzęsiście hiszpańską gitarrą (widocznie odkryli nieznany instrument liturgiczny z I wieku n.e.). W samej twórczości liturgicznej tychże ruchów, zdecydowanie więcej jest romantycznej wyobraźni charyzmatycznych założycieli, niż faktów.


Drugie niebezpieczeństwo upodobania do staroci to wysyłanie Ducha Świętego na ponad półtora tysiąca lat wakacji. Czyli: wraz z wyjściem chrześcijaństwa z katakumb Duch Święty odfrunął w nieznane, aby powrócić incognito pod koniec XIX w., a całkiem oficjalnie w drugiej połowie wieku XX.

Ta postawa, podskórnie bardzo popularna wśród wielu, została napiętnowana i potępiona jako niebezpieczna dla wiary przez papieża Piusa XII w encyklice Mediator Dei (o czym wie niewielu).

Myślę, że większość gorliwych chrześcijan byłaby zaskoczona, gdyby odkryli, jak wielki wpływ na ich myślenie o Kościele ma ów schemat myślowy, według którego wszystkie albo przynajmniej większość oficjalnych decyzji i praktyk Kościoła od 313 r. były powolnym procesem degradacji, zaprzeczania oryginalnej woli Chrystusa i wprzęgania wiernych w coraz bardziej zmurszałą instytucję, a tragiczny proces przerwała dopiero rewolucja po Soborze Watykańskim II.

Tymczasem Kościół nieprzerwanie wzrastał w rozumieniu i wypełnianiu woli Bożej dzięki nieustannej asystencji Ducha Świętego, który to przeprowadzał Ciało Mistyczne Chrystusa przez niejeden poważny kryzys, ale zawsze ku pełniejszej jedności ze swym Oblubieńcem. Dowody? Wystarczy popatrzeć na świętych.

Wpływy takiego myślenia pokutują chyba najbardziej w sferze teologii, liturgii i duchowości, choć przez to sięgają naszego codziennego życia.

Przykładem może być kuriozalna „liturgiczna choroba kolan”, u nas w Polsce – na szczęście - jeszcze tak nie rozpowszechniona, która każe – powołując się na godność Dzieci Bożych - dumnie odmawiać klękania jako „wyrazu średniowiecznego feudalizmu niezgodnego z praktyką judeochrześcijańską” (nota bene jest to wynik niedoczytania Biblii, gdyż w postawie klęczącej modlono się już w Starym Testamencie, nie wspominając o wiecznej Liturgii Niebieskiej opisanej w Apokalipsie św. Jana).




Pragnienie powrotu do źródeł samo w sobie nie jest złe, ale aby znaleźć źródło nie wolno odstępować strumienia, który z niego wypłynął. Inaczej stracimy i jedno i drugie, utknąwszy przy pulsującym bajorku naszej wyobraźni.