Nie sposób było nie popełnić tego wpisu przy takiej ciętej Ewangelii, jak dzisiejsza.
26 września 2021
ABC, czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: K jak kompromis
11 września 2021
ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: J jak jednowymiarowość
15 czerwca 2021
ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: I jak intelektualizm
Miała być na początku ideologia, potem rozciągałam kwantyfikator na wszystkie strony tak, żeby się oprócz ideologii inne intelektualne bakcyle pomieściły. Koniec końców, istotę dolegliwości wielu współczesnych chrześcijan, w tym niepospolitych myślicieli i "wielkich nazwisk", za którymi poszły całe pokolenia, chcę zamknąć w jednym obrazie:
Zamiast własny intelekt poddać osądowi Bożemu, pokornie pozwolić przeniknąć Jego niezgłębieniu i dać wyprowadzić daleko poza czysto ludzkie możliwości poznania.
11 kwietnia 2021
ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: H jak hasłowo
Zbyt wiele szczęścia naraz. Zbyt powolne nasze oczy, żeby wypatrzyć coraz szybciej migające obrazy. Zbyt znużone uszy, żeby uchwycić temat w kakofonii dźwięków. Zbyt mała głowa, żeby pomieścić i uporządkować informacyjne tsunami. Wreszcie, zbyt oszalałe w zalewie bodźców serce, żeby dać – lub odmówić – każdemu należne jemu miejsce.
I oto wszyscy i wszędzie tylko hasłujemy, nagłówkujemy i serfujemy zamiast mówić, słuchać i rozumieć.
To samo dosięga chrześcijaństwa, zwłaszcza tego, które zdyszane usiłuje dotrzymywać kroku współczesności. Ale nie tylko nowoczesnych, bo z wielką nieświadomą finezją popełniają te grzeszki także najzagorzalsi miłośnicy wszystkiego, co stare.
Kiedy przyglądam się temu zjawisku, widzę je w trzech odcieniach:
Wszechwiedza mniemana
Sama niedawno jej uległam, kiedy fale Facebookowych algorytmów wyrzuciły na mój brzeg publiczne wyznania pewnego zakonnika o celibacie. Poszło szybko: tytuł – skojarzenie – komentarz, zaprawiony symbolicznie powściąganą ironią. Rzecz jasna, tylko na nagłówek rzuciłam okiem. Dopiero potem pomyślałam: zajrzę do wywiadu, jak tam te swoje przemyślenia rozwinął. Okazało się, że po pierwsze, link odgrzewał kotleta już kilkuletniego. Po drugie, choć treść rzeczywiście wskazywała na wewnętrzne szamotaniny, nie było tak skandalicznie, jakby się po tytule wydawać mogło.
Ot, i taka klasyczna historia szybkiego „oburzanka”. Chorujemy na nie powszechnie: ci z lewa, z prawa, neonki i tradsi, stare wygi i młodzi gniewni… Tytuł i słowo wystarczy do osądu. Na sprawdzenie, porównanie, pogłębienie wiedzy nie ma już czasu. Ale – co gorsza – nie ma też chęci, bo w takich momentach w naszej podświadomości gniazdo sobie mości przekonanie o wiedzy wlanej.
Tak samo obchodzimy się z wiedzą teologiczną, liturgiczną, duchowością... Skutkuje to faktyczną ignorancją, nie tylko zawinioną, ale zawzięcie bronioną przed weryfikacją – idzie przecież o honor naszej wszechwiedzy. I w ten sposób nie wiemy w co wierzymy, jak się modlimy i którą drogą zdążamy, ale w o-błąkaniu tym jesteśmy nieugięci.
Mądrość błyskawiczna
Adepci zarządzania informacją i zasobami ludzkimi uczą się sztuki układania haseł, jak ikebany. Ukryta w kilku słowach moc potrafi budzić umysł, porywać serce, zagrzewać do czynów, ale może tak samo mamić, bałamucić i usypiać. Także i u nas pełno haseł, odezw i zdań zręcznych. Karmimy się nimi chętnie i dajemy innym na pożywienie.
Tylko jakoś trudno się tymi zdaniami nasycić. Czy to dlatego, że zbyt zachłannie, bez przetrawienia, wrzucamy je do naszej (coraz krótszej) pamięci, już rozglądając się za myślą nowszą i bardziej wyrafinowaną, która milej połechce wygłodniałe ego?
A może dlatego, że karmimy naszą duszę tylko mądrymi słowami, przykład zaś świętego życia ich autorów odkładamy zażenowani na górną niedosiężną półkę?
Może też być tak, i często się zdarza współczesnym mędrcom – celebrytom, że produkują duchowe fast foody. Na pierwszy rzut ucha brzmią treściwie, ale tak naprawdę stoi za nimi tylko sztuka układania informacyjnej ikebany. Za „ora et labora” albo „ad majorem gloriam Dei”, albo choćby za „Niespokojne jest serce dopóki nie spocznie w Tobie” stoi co najmniej jedno święte życie, z całym bagażem upadków i podniesień, błądzenia i nawrócenia, walki i pokoju.
Można od czasu do czasu wpaść gdzieś na fast fooda, ale nie warto powierzać mu stałej roli budowania organizmu (wiary).
Syndrom "pięciolatki"
Co starsi pamiętają, a młodsi niedługo znów się nauczą, że postęp i wyrabianie norm (osiąganie celów) jest obowiązkiem, który należy cyklicznie odświeżać, reorganizować i wypełniać, ot choćby co pięć lat, sześć albo dziesięć. Nowe hasło, stara treść. Od plenum do plenum. Burza mózgów, tsunami mądrze brzmiących słów, na nich budząca na przyszłość arka nowych założeń programowych. A potem rejs, tak, ten „Rejs”. Kokieteria i taniec wzajemnych uników między rzeczywistością a niemożliwymi do urzeczywistnienia projektami trwają aż do następnej przystani – plenum.
Ciężko to może przełknąć, ale w takim świetle majaczą mi nieustannie mutujące programy przeróżnych instytucji chrześcijańskich, kolejne „Roki” tego czy owego, zjazdy, forumy i kongresy. Może to zbyt pesymistyczne podejście, nie wiem. Tak tylko miga mi przed oczami ten stary socjalistyczny rytm…
Cóż z tym zrobić? Kto mądry, żeby temu podołał?
Ważyć słowa mówione, ważyć też te słyszane i odpowiednio do wagi traktować. Powściągliwość, milczenie i pokora, a nade wszystko umiłowanie i niezmordowane poszukiwanie prawdy, nie dające się zaspokoić niczym zaledwie prawdopodobnym.
16 lutego 2021
ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: G jak gadulstwo
Za szybko.
Za płytko.
- teologii, bo każdy za wszelką cenę chce powiedzieć coś od siebie. Oczywiście musi to być coś, co przynajmniej wygląda na nowe, odkrywcze, a najlepiej szokujące. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że motorem napędzającym jest tu swoisty wyścig rewolucjonistów.
- liturgii, bo kiedy słabnie poczucie realnej Obecności i nie ogarnia nas już misterium tremendum et fascinosum (tajemnica przerażająca i fascynująca), wtedy naszym słowom przypisujemy moc magiczną i usiłujemy zaklinać rzeczywistość. Mnożymy słowa i gesty coraz bardziej pospolite, wprowadzając się w trans, zamiast dać się unieść ciszy Transcendencji, z której w bólu rodzą się pojedyncze pokorne słowa uwielbienia.
- duchowości, ponieważ nagminnie - być może pod przemożnym wpływem ekshibicjonizmu kulturowego - nie dajemy szans naszym doświadczeniom duchowym na dojrzenie pod osłoną sekretu. Wszelkie odwroty, przewroty, widzenia, słyszenia, zamiast być poddane próbie i rozeznawaniu, są natychmiast rozgłaszane na dachach internetu. Tymczasem kto sieje sensację, ten zbiera najpierw lajki, a potem zamęt.
- moralności, ponieważ przestaliśmy traktować poważnie Słowo Boże, odkąd przemieliliśmy je przez maszynkę kontekstu historyczno-kluturowego i niekończącej się reinterpretacji. Nie trzeba było długo czekać, abyśmy do swoich własnych słów podchodzili z jeszcze większą frywolnością. Wszystko można odwołać, zreinterpretować, ułożyć na historycznej półce, zmienić w słowie to okładkę, to treść. Prawda chwili, mądrość etapu.
Ale w zawrotnym tempie pączkujące, coraz pustsze słowa, nie są w stanie nakarmić ani ciała, ani serca ani ducha. W wielkim sekrecie anorektyczne wieczne nasze istnienie tęsknie wygląda za Słowem, które przetrwa budzący grozę i pragnienie Dzień jak piec ognisty.
Tląca się ta tęsknota - dzięki Bogu - wielu, w tym i mnie, prowadzi do zamilczenia i bezsłownej pokory wobec misterium Bożego Słowa, które staje się Ciałem. Tam dana nam jest szansa nauczyć się mówić od nowa.
17 stycznia 2021
ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich – F jak frakcyjność
W Zgromadzeniu płynącym szerokim międzynarodowym i międzyzakonnym lewoskrętnym strumieniem – nieuleczalnie nielewomyślna, szukająca dziury w postępie i – o zgrozo – z upodobaniem karmiąca się "przedsoborowiem".
Bakcyl frakcyjności czyha na każdym miejscu naszej kościelnej planszy. Od lewa do prawa, od postępu po Tradycję, od zielonoświątkowujących po judaizujących, od otwartych do moherowych.
Inną przypowieść im przedłożył: «Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swej roli. Lecz gdy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel, nasiał chwastu między pszenicę i odszedł. A gdy zboże wyrosło i wypuściło kłosy, wtedy pojawił się i chwast. Słudzy gospodarza przyszli i zapytali go: "Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swej roli? Skąd więc wziął się na niej chwast?" Odpowiedział im: "Nieprzyjazny człowiek to sprawił". Rzekli mu słudzy: "Chcesz więc, żebyśmy poszli i zebrali go?" A on im odrzekł: "Nie, byście zbierając chwast nie wyrwali razem z nim i pszenicy. Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza"».(...) Przystąpili do Niego uczniowie i prosili Go: «Wyjaśnij nam przypowieść o chwaście!» On odpowiedział: «Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy. Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem zaś synowie Złego. Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest diabeł; żniwem jest koniec świata, a żeńcami są aniołowie. Jak więc zbiera się chwast i spala ogniem, tak będzie przy końcu świata. Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce w królestwie Ojca swego.Mt 13, 24-30.36-42
Przeto nie sądźcie przedwcześnie, dopóki nie przyjdzie Pan, który rozjaśni to, co w ciemnościach ukryte, i ujawni zamiary serc. Wtedy każdy otrzyma od Boga pochwałę.
1 Kor 4,5
18 października 2020
ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: E jak Eklektyzm
Kościół jest katolicki, a to znaczy, że powszechny. Czyli całe jego dziedzictwo należy do wszystkich jego członków. I odwrotnie: każdy z nas ubogaca (lub zubaża) cał Kościół. I to uprawnia do korzystania z oszałamiającego bogactwa Kościoła rozciągniętego w czasie i przestrzeni.
Jako franciszkanka spokojnie pełnymi garściami mogę (i to czynię) czerpać z doświadczeń św. Teresy od Jezusa, czy Ojców Pustyni. Pobożność różańcowa nie wyklucza praktyki Modlitwy Jezusowej, a zachwyt mojej słowiańskiej duszy nad Boską Liturgią nie umniejsza wcale mojego przywiązania do Tradycji Łacińskiej. Z bogactwa Kościoła Powszechnego wolno a nawet należy korzystać. Gdzie jest więc pies pogrzebany?
W powierzchowności i „ułańskiej fantazji”.
Najlepiej i najszybciej, choć pewnie nieco boleśnie, będzie pokazać to na przykładzie:
A tu, eklektycznie, serwuje się ją oderwaną od korzeni i kontekstu, połączoną (nie)zręcznie z technikami medytacji Dalekiego Wschodu.
Modlitwa Jezusowa jest duchową drogą, ale podana w taki sposób, dokąd zaprowadzi?
Druga strona medalu jest nie mniej ważna: dalekowschodnie techniki medytacyjne też mają swoje korzenie, pień, gałęzie, „szkoły” i swój cel, do którego prowadzą. Nie są dziełem przypadku i zostały opracowane i wypróbowane przez pokolenia dążące do nirwany.
Protekcjonalną naiwnością jest sądzić, że ludzie z naszego pokolenia mają prawo i w ogóle są w stanie zerwać gałęzie czy liście z tak różnych drzew i sprawić, żeby stały się żyjącym i przynoszącym dobre owoce nowym drzewem.
Podobnych przykładów można by przytaczać jeszcze wiele. „Ubogacanie” liturgii egzotyką kulturową czy – co gorsza – elementami obcych kultów jest wdzięczną przestrzenią dla takiego bezowocnego eklektyzmu. Czasem ma to swoją tragikomiczną stronę: jak np. namiętne używanie protestanckich (a więc nie uznających realnej obecności Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie) piosenek przy nabożeństwach z wystawieniem Najświętszego Sakramentu. Albo też ułańska fantazja odkrywców „prawdziwej pobożności Starożytnego Kościoła” (ale o tym wspominałam już w Atlasie pod literką A).
Cóż więc, nie wybierać? Nie ubogacać? Ależ tak! Ale z pokorą i uczciwością intelektualną: poznając tak własne dziedzictwo, jak i to, które przyciąga serce swoją odmiennością. Z roztropnością, żeby nie popaść w bałwochwalstwo. I bez łakomstwa, które wszystko pochłania, ale nigdy nie nasyca.
16 września 2020
ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: D jak Dezinformacja
Pierwsza infekcja tym bakcylem miała miejsce pod tajemniczym drzewem, z jakichś powodów przez wielu utożsamianym z jabłonią. Fakt zakazu był prawdą, ale motywy, zasięg i konsekwencje przedstawione przez Wielkiego Dezinformatora zniekształciły obraz Boga nie tylko w oczach Adama i Ewy. Czyż każdy z nas nie mierzy się lub poddaje pokusie utożsamienia sprawiedliwości Bożej z okrucieństwem, a miłosierdzia z pobłażliwością? Albo ile wysiłku i samozaparcia kosztuje pozbycie się odruchów obronnych przed ufnym przyjęciem woli Bożej, kiedy w życiu układa się „nie po naszemu”? Bo gdzieś w podświadomości miota się podejrzenie, że ta „wola Boża” może nie wyjść nam na dobre. Na domiar złego od tamtego momentu z pokolenia na pokolenie obezwładnia nas lepka nić „świętego spokoju” oraz przekonanie, że poszukiwanie i poznanie prawdy nam go zburzy.
Dezinformacja króluje w kontaktach z innymi. Iluż tragedii możnaby uniknąć, gdyby na przekór podszeptom zazdrości, zawiści, podejrzeń, honoru, żalów, pożądań, żądań i Bóg wie czego jeszcze, nade wszystko i nad siebie samych, kochać prawdę o drugim, czyli zwykłą sprawiedliwość.
Wyzwanie jest wielkie, a droga przez manipulacje trudna, pełna pułapek i... kolejnych dezinformacji. Ale pociechą niech będzie to, że sama prawda nie jest martwa: jest żywa i żywo zainteresowana tymi, którzy do Niej dążą. Co więcej, nie jest bierną księżniczką na wieży. Wychodzi naprzeciw i walczy o tych, którzy Ją wybiorą i ukochają. Jest realna, jest osobą.
Blakę napisał kiedyś Zaślubiny Nieba z Piekłem, a ja zdecydowałem się napisać o ich rozwodzie nie dlatego, że uważam się za godnego przeciwnika tak wielkiego geniusza, jakim był Blake, ani nawet dlatego, że zrozumiałem choćby po części jego dzieło. Wydaje mi się jednak, że nadzieja dokonania podobnych zaślubin musi tak czy inaczej okazać się płonna. Nadzieja ta opiera się na założeniu, że rzeczywistość nigdy nie każe nam stanąć twarzą w twarz z nieuniknionym „albo - albo" i że, o ile nie zabraknie nam umiejętności, cierpliwości, a nade wszystko czasu, zawsze zdołamy jakoś pogodzić obie skrajności. Nadzieja ta każe nam sądzić, że wystarczy udoskonalić, zaadoptować lub uszlachetnić zło, aby przemieniło się ono w coś dobrego i że nie będziemy nigdy zmuszeni do odrzucenia tego, co chcielibyśmy zatrzymać. Według mnie żywienie podobnej nadziei jest katastrofalną pomyłką. Wyruszając w podróż, nie zawsze zabieramy ze sobą cały swój dobytek, a czeka nas i taka podróż, w którą być może nie będziemy mogli zabrać nawet własnej prawej ręki lub prawego oka. Nie żyjemy w świecie, w którym wszystkie drogi niby promienie okręgu schodzą się w jednym punkcie i gdzie po wyborze którejkolwiek z nich zawsze dojdzie się po wytrwałej wędrówce do tego samego celu. W naszym świecie każda droga po pewnym czasie rozwidla się, a każda z powstałych w ten sposób dróg rozwidla się ponownie i na każdym z takich rozwidleń musimy podejmować decyzje. Nawet życie biologiczne bardziej przypomina rozgałęziające się drzewo niż stojącą sadzawkę - nie zmierza ono ku jedności, ale oddala się od niej, a im wyższy stopień rozwoju, tym bardziej stworzenia różnią się między sobą. Prawdziwe dobro w miarę jak rośnie i osiąga dojrzałość, coraz bardziej różni się nie tylko od zła, ale także od innego, pozornego dobra.
Nie sądzę, że wszyscy wybierający złe drogi muszą zginąć. Uważam jednak, że ratunek dla nich jest tylko jeden: powrót na właściwą drogę. Otrzymawszy zły wynik dodawania, możemy go poprawić tylko wtedy, gdy cofniemy się do miejsca, gdzie popełniliśmy pomyłkę, i zaczniemy liczyć od nowa. Na nic się nie zda brnięcie w błędnych obliczeniach. Zło może zostać zniweczone, ale nie może „rozwinąć się" w coś dobrego. W tym wypadku czas nie jest dobrym lekarzem. Zły czar można przełamać „mruczanym wspak zaklęciem pełnym mocy" albo pozwolić, by działał dalej. Jest to wciąż wybór „albo - albo". Jeśli zechcemy zatrzymać piekło (lub choćby ziemię), nie ujrzymy nieba, a jeśli przyjmiemy niebo, nie zabierzemy z piekła nawet najmniejszych i najbardziej osobistych pamiątek. Wierzę, rzecz jasna, że każdy, kto osiągnie niebo, przekona się, iż pomimo odrzucenia wszystkiego (nawet własnego oka), niczego nie stracił: że to, czego naprawdę pożądał w swoich naj podlej szych nawet pragnieniach, czeka na niego w „Górnej Krainie" o wiele wspanialsze niż to, czego się spodziewał. W tym sensie dla tych, którzy doszli do końca drogi (i dla nikogo innego), powiedzenie, że dobro jest wszystkim, a niebo jest wszędzie, okaże się zgodne z prawdą. Nam jednak, którzy wciąż jeszcze jesteśmy w podróży, nie wolno przyjmować ich punktu widzenia. Moglibyśmy bowiem narazić się na niebezpieczeństwo przekręcenia prawdziwego znaczenia ich słów i uznać, że wszystko jest dobre, a każde miejsce jest niebem.
A co z ziemią? - zapytacie zapewne. Nie sądzę, by ziemia okazała się dla kogokolwiek miejscem wyjątkowym. Jeśli wybierzemy ją zamiast nieba, wyjdzie na jaw, że ziemia zawsze była częścią piekła. A jeśli niebo postawimy wyżej, okaże się, że ziemia zawsze do niego należała.
C.S. Lewis, Podział Ostateczny (tyt. org. "The Great Divorce")
20 sierpnia 2020
ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: C jak Cudowności
Z cudami jest ten problem, że dla wiary są jak defibrylator, ale jeśli będą niewłaściwie wykorzystane, mogą tylko zaszkodzić.
Bakcyl stary jak świat: obojętnie, czy jesteśmy głęboko, płytko, czy nie-wierzący, czy przyznajemy to otwarcie, czy gorąco zaprzeczamy, kątem oka wypatrujemy jakiejś manifestacji, teofanii, czegoś, co nadprzyrodzoną siłą nie znoszącą zaprzeczenia ani sprzeciwu wedrze się w szare życie – cudu.
I nie ma w tym nic złego. Cud też – by
tak rzec – stworzenie Boże. Czemu więc miałby być szkodliwy? Czemu podchodzić
do niego ostrożnie, a nawet (nieco) przed nim się bronić?
Przychodzą mi na myśl cztery sytuacje
z Ewangelii, na których chciałabym oprzeć moje rozważania:
„Nie samym chlebem żyje człowiek” –
odpowiada wycieńczony z głodu Jezus, w obliczu możliwości przemiany kamieni w
pożywienie. Nie należy bagatelizować pierwszego kuszenia. To nie miało być
zaspokojenie zachcianki, tylko czterdziestodniowego głodu. Sytuacja graniczna,
usprawiedliwiająca oczekiwanie cudu. Jednak Jezus odmówił ingerencji w
rzeczywistość. Tak jak zwlekał z uzdrowieniem Łazarza, pozwalając mu umrzeć. Miał
po temu ważne powody. Nieumiarkowane pragnienie cudu w sytuacji – z naszego
punktu widzenia – absolutnie koniecznej, domaganie się go, szantażowanie Boga („Jeśli
nie zobaczę, nie uwierzę”) kryje przewrotną modlitwę: „Bądź wola moja”.
Tymczasem Bóg może uznać, że ważniejsze od rozwiązanego problemu, zdrowia, czy
nawet życia jest – ot, choćby zbawienie duszy. I cudu nie uczyni, dla naszego
dobra.
„Nie szukaliście Mnie dlatego, że
widzieliście znaki, ale że jedliście chleb do sytości” – wyrzuca Jezus tłumom,
które ciągną za Nim wiernie na pustkowie.
Jezus czyni cuda po to, żeby Izraelici
uwierzyli w niewiarygodne: że On JEST Synem Ojca i dokonuje Jego dzieł Jego mocą.
W innym miejscu wręcz prosi: „Jeśli nie wierzycie Moim słowom, wierzcie
przynajmniej Moim dziełom”. Tymczasem tłum „wiernych” jest ciągle głodny nowych
cudów. Ze znaków wzbudzających wiarę, uczynił sobie „doładowanie akumulatorów”.
Co jakiś czas potrzebuje i poszukuje nowej dawki.
Cuda nie umacniają wiary, dlatego
nie dzieją się seryjnie. Bóg wychowując wiarę świętych zawsze prowadzi ich
przez noc duchową. Im większy mistyk, tym większej ciemności doświadcza, z tym
większą desperacją przedziera się przez słabość natury ludzkiej, wypowiadając
wiernie, często wbrew uczuciom, wbrew życiu walącemu się na głowę, a nawet
wbrew rozumowi: „Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu!”
Z tej dramatycznej szamotaniny trwającej nieraz kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat, wychodzi – za łaską Bożą – jako gwałtownik jaśniejący wiarą (wiernością) i godny oglądania Boga twarzą w twarz.
W karmieniu się cudami kryje się jakiś rodzaj lenistwa, które
oczekuje, że ponadnaturalne interwencje zmuszą nas do uznania istnienia i mocy
Bożej, nie wymagając od naszej woli wysiłku wiary.
„Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode
Mnie, dopuszczający się nieprawości” – Jezusowe oświadczenie mrozi krew w
żyłach tym, którzy legitymowali się czynieniem cudów w Jego imię. O jaką nieprawość
może tu chodzić? Wygląda mi to na pułapkę, jaką jest „posiadanie” łask, darów i
charyzmatów. Przywłaszczenie sobie Bożej mocy i Bożej chwały.
Kiedy patrzę na świętych cudotwórców,
wszyscy zgodnie wypierają się cudów, które zdarzyły się za ich pośrednictwem.
Utrzymują, że wszystko uczynił Bóg, a ich udział jest w cudzie przypadkowy i
właściwie prawie żaden. I w sumie mają rację, ponieważ pokora pozwala im
widzieć rzeczy, siebie samych i Boga takimi, jakimi są.
Cudotwórcy, którzy uwierzyli w
immunitet swoich charyzmatów wpadają w tę pułapkę razem z „maluczkimi”, którzy
w prostocie serca uznali moc wychodzącą od ich duchowych herosów za gwarancję zażyłości z Bogiem
i powierzyli swoją wiarę ich domniemanej świętości.
Dlatego nie należy zżymać się na Kościół
Święty za Jego pozornie przesadny sceptycyzm i opieszałość w zatwierdzaniu
objawień i wynoszeniu na ołtarze. Historia dostarcza zbyt wielu przykładów na
zbyt pochopne i entuzjastyczne „imprimatur” wydane świętym-za-życia.
Teraz chyłkiem przemyka się pytanie,
jak to możliwe wpaść w pychę i działać cuda mocą Bożą, ale tym problemem zajmiemy
się w innym artykule. Teraz niech wystarczy wniosek, że cuda to nie owoce, po których
poznaje się drzewo.
„Nie z tego się cieszcie, że duchy
się wam poddają, ale że wasze imiona są zapisane w Niebie” – tak Jezus studzi
uczniów powracających z pełnej sukcesów wyprawy apostolskiej. Zaiste, niemała
to rzecz, zdobywać serca, móc uzdrawiać, wskrzeszać, a nawet – będąc jedynie
człowiekiem – rozkazywać potężnym duchom ciemności. Tak samo jak bycie naocznym
świadkiem działania mocy Bożej. Ale Jezus zaleca zdrowy dystans: w tym
wszystkim chodzi tylko (!) o nasze imiona zapisane w Niebie.
Jeśli zaś pozwolimy dawkować sobie słodkie
cuda i gorzką noc wiary według recepty Boskiej Opatrzności, po jakimś czasie
zasłona materii uniesie się nieco i zobaczymy, że cudem ogromnym i teofanią
jest to, co – w niewiedzy swojej – uznawaliśmy za przewidywalną i zamkniętą w
swoich prawach rzeczywistość.
30 lipca 2020
ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: B jak Bezstresowi
17 lipca 2020
ABC czyli Atlas Bakcyli Chrześcijańskich: A jak Archeologia
Przygotowuję wiązankę (na pewno niekompletną) zjawisk, na które – moim zdaniem – warto zwrócić uwagę tak w naszym osobistym jak i wspólnotowym życiu chrześcijańskim. Krótkie moje rozważania to raczej przyczynek do obserwacji, przemyśleń, wniosków i przeciwdziałania, niż próba erudycji akrobatycznej.
Zdaje mi się też, że są to zjawiska wielce
zaraźliwe i – przynajmniej jako pokusa zainfekowania – nie omijają nikogo.
A
jak Archeologia
W efekcie mimo, iż dumnie i szumnie
powołujemy się „pierwotne chrześcijaństwo”, w istocie wcielamy w życie nasze własne
mniej lub bardziej wysublimowane wyobrażenia o nim.
Drugie niebezpieczeństwo upodobania
do staroci to wysyłanie Ducha Świętego na ponad półtora tysiąca lat wakacji. Czyli:
wraz z wyjściem chrześcijaństwa z katakumb Duch Święty odfrunął w nieznane, aby
powrócić incognito pod koniec XIX w., a całkiem oficjalnie w drugiej połowie
wieku XX.
Myślę, że większość gorliwych
chrześcijan byłaby zaskoczona, gdyby odkryli, jak wielki wpływ na ich myślenie o
Kościele ma ów schemat myślowy, według którego wszystkie albo przynajmniej
większość oficjalnych decyzji i praktyk Kościoła od 313 r. były powolnym
procesem degradacji, zaprzeczania oryginalnej woli Chrystusa i wprzęgania
wiernych w coraz bardziej zmurszałą instytucję, a tragiczny proces przerwała
dopiero rewolucja po Soborze Watykańskim II.
Tymczasem Kościół nieprzerwanie
wzrastał w rozumieniu i wypełnianiu woli Bożej dzięki nieustannej asystencji
Ducha Świętego, który to przeprowadzał Ciało Mistyczne Chrystusa przez niejeden
poważny kryzys, ale zawsze ku pełniejszej jedności ze swym Oblubieńcem. Dowody?
Wystarczy popatrzeć na świętych.
Przykładem może być kuriozalna „liturgiczna
choroba kolan”, u nas w Polsce – na szczęście - jeszcze tak nie
rozpowszechniona, która każe – powołując się na godność Dzieci Bożych - dumnie
odmawiać klękania jako „wyrazu średniowiecznego feudalizmu niezgodnego z
praktyką judeochrześcijańską” (nota bene jest to wynik niedoczytania Biblii,
gdyż w postawie klęczącej modlono się już w Starym Testamencie, nie wspominając
o wiecznej Liturgii Niebieskiej opisanej w Apokalipsie św. Jana).
Pragnienie powrotu do źródeł samo w sobie nie jest złe, ale aby znaleźć źródło nie wolno odstępować strumienia, który z niego wypłynął. Inaczej stracimy i jedno i drugie, utknąwszy przy pulsującym bajorku naszej wyobraźni.
-
►
2021
(30)
- ► października (3)
-
►
2020
(25)
- ► października (2)
-
►
2013
(16)
- ► października (1)
-
►
2012
(14)
- ► października (1)
-
►
2011
(24)
- ► października (2)
-
►
2010
(42)
- ► października (3)
-
►
2009
(43)
- ► października (4)
-
►
2008
(42)
- ► października (4)











































