Pokazywanie postów oznaczonych etykietą misje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą misje. Pokaż wszystkie posty

25 września 2021

Błogosławiony - nagranie z rękopisów

Było to chyba w roku 1999, choć głowy nie dam. Na Kongresie Misyjnym w Częstochowie miałyśmy - jak to się mówiło - animować Różaniec Misyjny.

Na tą okazję powstał "Błogosławiony", który w całości - znów, jeśli dobrze pamiętam - był później wykonywany jeszcze tylko na którymś z FSM-ów na Kalwarii Pacławskiej (dzięki czemu został utrwalony w nutkach i chwytach :) ).

Ponieważ - mimo wszystko - rękopisy nie płoną, możecie go po ponad dwudziestu latach posłuchać. Na razie w wersji surowej. Może kiedyś doczeka się ludzkiej aranżacji ;)
 
UWAGA
Kto w telefonie nie widzi pod tekstem filmu na YT - TUTAJ można zobaczyć ;)



Błogosławiony niech będzie Ten,
co przed wiekami ukochał mnie,
życie za mnie dał,
swym tchnieniem ożywia mnie.

Swym Słowem wypełnia usta me,
posyła do nieznanych serc,
bym pukał i głosił:
jesteś dla Boga wszystkim.

I

Radość rozkwitła w sercu mym pod dotknięciem Twoich rąk
odkąd otarłeś moje łzy, gdy we mnie życie umarło.

- Mario idź i powiedz im: Jeśli uwierzą i będą czekać,
wszystko odzyska sens. Bogiem przestanie być śmierć.

II

Ziarno pokoju jest w sercu mym, jego korzenie splatają mnie.
Jestem pewien, że dajesz mu wzrost, bym go w sercach rozsiewał.

- Idźcie na świat i głoście: Mamy jednego Ojca w Niebie.
Pokój to znaczy miłość, pokój to znaczy życie.

III

Ufność rozlałeś w duszy mej, jak wonny olejek na Twoją cześć.
Znasz moją słabość jak nikt - uczyniłeś mnie Twoim heroldem.

- Nie bójcie się głosić Nieba. Wypełnię was po brzegi prawdą.
Duch Mój rozpali serca, odnowi oblicze ziemi.

IV

Chcę być posłuszna woli Twej, wypełniać Fiat, jak Twoja Matka.
Wyrwałeś śmierci ciało Tej, w której się skryłeś, Najwyższy.

- Szczęśliwi ci, którzy wierzą mi, że każde życie jest święte.
Ja jestem w życiu tym. Ja jestem Życiem sam.

V

Wpatruję się w świętą zmęczoną twarz, dotykam zmarszczonych czuwaniem rąk,
Tej, co spojrzała w oczy Boga i rozjaśniła uśmiechem świat.

- Jeśli ktoś z miłości do Mnie zachowa wszystkie Słowa w sercu,
Ojciec pochyli się, na zawsze zamieszka w nim.

EPILOG

Nie ma miłości większej od tej, gdy Ktoś życie swoje za mnie oddaje.
Wszystkim jest dla mnie mój Bóg, bo ja jestem wszystkim dla Niego.

- Nie wyście Mnie wybrali, lecz Ja wybrałem i przeznaczyłem,
byście przede Mną szli, aby wasz owoc trwał.

11 lipca 2013

szczypta kontrowersji w beczce przyzwoitości




Onego czasu poproszono mnie o napisanie czegoś o Jeanne Bigard. Ponieważ w ostatnim czasie pisanie przychodzi mi z trudnością, wyszło, co wyszło. Dla oczekujących Konopnickiej moje ujęcie okazało się zbyt skandaliczne, zaś dla głodnych Dostojewskiego - zbyt płytkie. Pozostawiając te sprawy na boku, przedkładam tekst poniższy czytelnikom głównie w jednym celu - chciałabym zachęcić Was do sforsowania pewnego bastionu, jaki - w moim mniemaniu - wybudowaliśmy między rzeczywistością duchową, a chorobami psychicznymi. Mówiąc precyzyjniej: wczytując się (między innymi) w życiorys Jeanne Bigard, dochodzę do wniosku, że żertwa ofiarna, jaką się stała dla dzieła misyjnego, spłonęła w ogniu choroby psychicznej, którą bohaterka przyjęła świadomie i z wiarą - dopóki była w stanie świadomie ją przyjmować. 
Mam wrażenie, że człowieka umierającego w bólach, chorego np. na nowotwór, łatwo skłonni jesteśmy podziwiać (zwłaszcza, jeśli otrzymał łaskę oddania swego cierpienia i życia w jakiejś intencji), natomiast jeśli podobna ofiara spełnia się poprzez chorobę psychiczną - nie umiemy się z tym pogodzić. Sprawa jest skomplikowana. Tak skomplikowana, jak skomplikowany jest świat chorób psychicznych. Ale... Czy możemy z czystym sumieniem wykluczyć działanie Boże w chorobach psychicznych i przez nie? Z pewnością dotykają one tajemnicy umysłu, emocji, ducha człowieka na takim poziomie, na którym przeżywa swoje życie samotnie, nieprzekazywalnie, w tym przypadku często nieuleczalnie. 
Pytanie drugie, które kryje się zaraz za pierwszym: czy i jaką wartość może mieć zapadnięcie na zdrowiu psychicznym dla życia duchowego, dla zbawienia człowieka? Z pewnością choroba psychiczna trwająca do śmierci wyklucza wyniesienie chorego na ołtarze, ale czy wyklucza oczyszczenie do świętości? Czy wyklucza płodność duchową?
Tak, jak choroby fizyczne, tak i psychiczne wymagają podjęcia wszelkich środków zmierzających do ich wyleczenia. To oczywiste. Pytania, które rzucam w przestrzeń czytelniczego umysłu to pytania o wartość choroby, wartość człowieka zmagającego się albo nie umiejącego się zmagać z własną wrażliwością, ze światem zewnętrznym i wewnętrznym jednocześnie. O wartość duchową, która w moim przekonaniu jest jednaka z wartością chorób fizycznych, dla nas bardziej dostrzegalną. 
Wartość ta, według mnie jest istniejąca i niezmierzalna jednocześnie, ponieważ w sposób całkowity jest zanurzona w tajemnicy Boga, zakryta nawet przed samym doświadczającym jej człowiekiem.
Jaka to myśl, jaki obraz, przedstawić sobie owego człowieka na progu wieczności, uwolnionego od choroby psychicznej, mogącego zakosztować swej osoby w jej czystej, uzdrowionej postaci!

Dlatego w Jeanne Bigard równo cenię obydwa okresy jej życia: ten, kiedy stworzyła wspaniałe dzieło i ten, kiedy oddała dzieło w ręce innych, a sama z czasem została zmiażdżona przez chorobę psychiczną.

PATRONKA WARIATÓW


Osoby:

Babcia Joasia z demencją
Paranoik
Maniak
Siostra (Siostra Miłosierdzia w stroju przedsoborowym :) )


Miejsce akcji:

Sala w szpitalu psychiatrycznym. Na środku łóżko szpitalne.


Czas akcji:
ok. 1933 roku.


SCENA I

PORTRETY

Paranoik, Maniak, Babcia, Pielęgniarka.

Na łóżku siedzi Paranoik, w pozycji embrionalnej.


PARANOIK
(Zrywa się z łóżka, szepcząc i krzycząc z przerażenia.)
Znowu to samo. To samo. Przebiega przede mną. Nie! Płonie przede mną kometa ciała ludzkiego i krzyczy!... Krzycząca kula ognista z twarzą przerażoną... Rażoną ogniem, młodą, prawie chłopięcą, ale teraz bez czasu, z nadmiarem życia ze skwierkiem uchodzącego w płomieniach... Płomienne oczy, zmartwiałe krzyczą na oślep... Ślepo gna na złamanie karku i na ognia w miejskiej fontannie zgaszenie... Gaśnie, bije o taflę wody, z sykiem w niej się położył... Leży, nie rusza się. Co będzie? Co będzie? Czy będzie? Groza. Ludzie. Ludzie... Ludzie! Zastygli przez chwilę zbiegają się nad mgłę nieszczęsną. Nic, nic już potem nie widzę. Chyba nie żyje. Chyba nie żyje. Boże... Boże...Nie żyje, nie żyje, na pewno nie żyje! Nie żyję... nie żyję...
(zastyga w rozpaczy i przerażeniu, po chwili się opanowuje, jakby budzi. Rozgląda dookoła z paranoiczną czujnością. Mówi szeptem.)
Uważaj, uważaj jak żyjesz, czego dotykasz. Kogo spotykasz i kto Cię pokocha. Strzeż się! Życie boli, chłoszcze i rani, a potem uchodzi z Ciebie nie wiadomo jak. Ktoś je kradnie? Tak, na pewno. Zły los jakiś albo stwór karmiący się ludzkim szczęściem. Och, wiesz czego się boję? (zwraca się do widza) Boję się tracić. Cokolwiek, ale najbardziej siebie. A tracę, codziennie. I nie wiem jak to się dzieje. Uszczelniam okna i drzwi. Oglądam się za siebie i często myję ręce. Nie ufam. Nikomu. Kto wie, kim jest mój prześladowca? Złodziej mojego ja? Nie chcę tracić. Nic, nikogo. Nie oddam życia, nie oddam! Nie oddaaam!!!
(monolog przeradza się w coraz bardziej uparty krzyk. Paranoik zrywa się z łóżka, wali pięściami w niewidzialne drzwi za łóżkiem, skąd po chwili wyjdzie Siostra)

PARANOIK
Nie oddam! Nie oddam! Żywcem mnie nie weźmiecie!

SIOSTRA
(wchodzi, rutynowo)
Uspokój się, co się stało? Znów ten zły sen? Już jestem, zaraz wszystko będzie dobrze...
(sprawnym ruchem wyciąga przygotowaną strzykawkę i wbija w ramię Paranoika. Ten powoli siada na łóżko, wkrótce kładzie się, całkiem spokojny. Gaśnie światło. W tym momencie daje się słyszeć histeryczny śmiech Maniaka. Następuje wymiana, miejsce Paranoika na łóżku zajmuje Maniak)

MANIAK
Aaaach, Siostro, Siostrzyczko kochana, niech sobie Siostrzyczka wyobrazi, w jakim szampańskim nastroju dzisiaj jestem. Mógłbym, mógłbym... Pani sobie... Siostra Najdroższa, może sobie wyobrazić to, że ja teraz - dajmy na to, załóżmy przez chwilę - że ja tu wychodzę sobie ze szpitala, wsiadam na statek i - odpływam. Tak, tak sobie odpływam w dal... a czemuż by nie do Japonii? Albo do Chin, w sumie mogłoby nawet być, że do Indii, taki piękny kraj, olbrzymi gorący i.. pogański!. I tak sobie płynę. Ale, ale! Proszę nie mieć takich smutnych i zmęczonych oczu, Siostro moja słodka, ja bym Siostrzyczkę zabrał przecież ze sobą. Tak być nie może, żebym ja tak sam, bez żadnej pomocy wyjeżdżał w siną dal nawracać pogan. No przecież ktoś musiałby mi ugotować obiad, kiedy ja wśród tych, no... dzikich pogan, albo może nawet kulturalnych, ale co z tego, kiedy pogan. No i te zastrzyki – przecież ja bez zastrzyków ani rusz. A tu pracy w dzikim kraju takie mnóstwo, że nie można sobie pozwolić na jakiś odpoczynek. No więc, Siostrzyczka moja niezastąpiona pojedzie ze mną. A w wolnych chwilach może sobie Siostrzyczka genialna także pracować na misjach, a jakże – jeśli tylko sobie Siostrzyczka prześliczna tego życzy. Co Siostra na to? Mnie się ten pomysł bardzo podoba, bo, widzi Siostrzyczka, piękny dzień taki dzisiaj mamy, słońce świeci, a tu w gazetach piszą, że misjonarzy na Dalekim Wschodzie brakuje. Tak by człowiek chciał coś dobrego zrobić na tym świecie. Ale kiedy taki genialny i wszechstronnie uzdolniony człowiek jak ja chce już coś zrobić, to niech to będzie coś naprawdę wielkiego! Taaak... Siostro, zmieniamy plany, ja to jeszcze muszę przemyśleć i ułożyć, żeby się nam to udało. Ja, ja... (zniża głos) ja, Siostrzyczko moja święta, ja czuję, że mógłbym nawrócić całe Chiny, albo Japonię – albo od razu Cały ten Daleki pogański Wschód! Naraz! Tyle mam w sobie siły i chęci, aż się gotuje we mnie!
(Siostra w tym czasie krząta się, odmierza leki, udaje, że słucha, przytakuje)

MANIAK
A wszystko przez te wiadomości z misji. O, proszę, Siostrzyczka sobie poczyta, o tu... (podtyka Siostrze pod nos jakąś gazetę) i jeszcze tutaj, i – ooo – na to też warto spojrzeć. Misje to jakby cały świat mieć w swoich rękach i kształtować go, przekształcać kształcić nowe pokolenia, na przykład nowe pokolenia kapłanów. No, i wtedy moje dzieło rozprzestrzeniałoby się nie tylko na cały świat, ale i w czasie, i w przyszłość. Siostrzyczka pomyśli: mieć wpływ na życie świata, na przyszłość następnych pokoleń... (chwyta Siostrę za ramię, obraca, chce ją podnieść albo tańczyć, ale ta zręcznie się wymyka)

SIOSTRA
No, dobrze, już dobrze. Na dziś zostawimy realizację twoich genialnych planów. Zajmiemy się nimi jutro, zgoda? (do siebie) Jutro już będą całkiem inne... (podaje tabletki) Proszę... A teraz – pora wypocząć. Dobranoc.

(Światło.)

BABCIA JOASIA
Następuje scena absolutnej ciszy. Na łóżku leży Babcia Joasia z demencją. Pielęgniarka zajmuje się nią, jak dzieckiem: daje jej łyżeczką lekarstwo, podaje i podtrzymuje jej kubek z wodą, poprawia jej poduszkę, kołdrę i wychodzi. Czynności powinny być starannie wykonane, żeby wyeksponować kontrast pomiędzy poprzednimi pacjentami: ciszę, bezradność, bierność, bezsilność.



SCENA DRUGA

UCIECZKA

Paranoik, Maniak, Siostra

Pusta scena, oświetlona tak, żeby w półmroku można było rozpoznać kontury poruszających się postaci.

PARANOIK i MANIAK
To przemykają się, to przystają i chowają za niewidzialnym rogiem. Przebiegają na palcach, czają się. Można dać upust wyobraźni – ucieczka ze szpitala. Można ubogacić ją o efekty dźwiękowe: skrzyp drzwi, kroki na korytarzu itp. Uciekinierzy porozumiewają się raczej półsłówkami, szturchańcami, słowem, pozawerbalnie. Po pewnym czasie zapada całkowity mrok.

Światło punktowe, na scenie stoi Siostra z telefonem.

SIOSTRA
Tak? (pogodnie, z lekkim rozbawieniem) Ależ tak, oczywiście, jak zawsze, Panie Ordynatorze. Według nich można już chyba nawet nastawiać zegarek. Tak, tak, myślę, że jeśli nic im się nie stało, wychodzą już z naszej uliczki na plac z fontanną. Nie, Panie Doktorze, myślę, że to zupełnie nie jest konieczne. Oczywiście, jeden z pielęgniarzy ma ich na oku, ale dlaczego pozbawiać ich tej jedynej rozrywki, jaką jest cotygodniowa ściśle tajna ucieczka ze szpitala? No, prawdę mówiąc, cały oddział im kibicuje, a i my już się przyzwyczailiśmy... Tak.... Tak... O której? No, ja myślę, że tak jak zawsze, nad ranem, nieco zziębnięci i wystarczająco głodni, żeby zjawić się w kolejce po śniadanie. (śmieje się) Nie, no tak, tak... na zimę oczywiście trzeba będzie interweniować, ale teraz w lecie... Czasem to nawet i nam jakąś ciekawą prasę chłopaki przyniosą. Nie, Panie Doktorze, nie można tego tak nazywać. Oni tam zabierają ze sobą jakieś pieniądze – Bóg jeden wie, jak sobie zbierają – i zostawiają na miejscu zabranych gazet. Tak... Nie, nie... Zupełnie nie przeszkadza. Może na początku trochę się bali, ale teraz sami zostawiają na tą jedną noc w tygodniu nie zamknięte drzwi, żeby się nasi chłopcy nie męczyli zbytnio. No i oczywiście, żeby w głodzie wiedzy nie narobili większych szkód (śmieje się). Tak, Panie Ordynatorze, dobrze, dobrze... oczywiście dam znać. Może nawet świeżą prasę dostarczę (śmieje się). Dobranoc.

(światło)



SCENA III

OLŚNIENIE

Maniak, Paranoik

Na scenie szpitalne łóżko, na łóżku stos gazet w nieładzie.

MANIAK i PARANOIK
Siedzą w gazetach pochłonięci czytaniem. Przeglądają, odkładają, biorą następną, za chwilę wracają do poprzedniej, szukają czegoś skwapliwie, to zupełnie bez zainteresowania kartkują. Niepostrzeżenie spośród gazet powinna wypaść niewielka gazetka misyjna, tak, żeby przykuła uwagę widzów przy równoczesnym całkowitym zignorowaniu jej przez głównych bohaterów. Pacjenci dalej wertują zdobyczne gazety. Kiedy już zmęczą się nieco tą bezcelową czynnością, Paranoik decyduje się pójść do swojej sali.

PARANOIK
Ja już idę. Kryj mnie.

MANIAK
(bez przekonania, obrażony) Dobrze. Idź już sobie. Będzie więcej dla mnie. Dużo dziś się udało zdobyć. O... tak, dużo, dużo pracy (cieszy się, ale cicho i ostrożnie).

PARANOIK
(potykając się o gazetę misyjną) A co to? Brałeś jakąś misyjną gazetę? Przecież one są bezużyteczne. Od dawna ci to powtarzam.

MANIAK
Ja? Misyjną? Chyba coś ci się pomyliło. Sam pewnie wziąłeś i teraz próbujesz na mnie zwalić całą winę! Przecież doskonale wiem, że tylko w poważnych gazetach jest ukryty kod!

PARANOIK
(nagle przyskakuje do Maniaka, zakrywa mu usta ręką, krzyczy teatralnym szeptem)
Ciii! Głupku, chcesz nas wydać?! Daj mi to! Wyrzucę ją po drodze. Poza tym i tak wiem, że masz bzika na punkcie misji.
(Bierze gazetę i wychodzi. Maniak dalej szpera w gazetach.)

PARANOIK
(wpada z impetem z powrotem)
Słuchaj! Słuchaj tego! To niewiarygodne, słuchaj:
„W niedzielę 21 sierpnia, wcześnie rano, całe miasto było poruszone. Pewien młody człowiek biegł jak szalony ulicami przypominając żywą pochodnię i krzycząc przerażająco, tarzał się w napotkanych kałużach i strumykach. Rzucił się w końcu do fontanny, gasząc płomień, który objął całe jego ciało po wybuchu lampy spirytusowej. Jego ubranie było kompletnie zniszczone, a on bardzo poparzony. Udzielono mu natychmiastowej pomocy i założono opatrunki. Mimo bardzo starannej pielęgnacji zmarł po dziesięciu dniach na skutek zatoru. Tym młodym 31 letnim człowiekiem był René Bigard. Od pięciu lat był on sędzią w cywilnym sądzie w Lisieux. Wydawało się, że miał zapewnioną piękną przyszłość….”

MANIAK
No i co? I co?

PARANOIK
No i nic! Umarł! (z wyrzutem) Słyszałeś.

MANIAK
No, ale co w tym takiego szczególnego? Uważasz, że tu może być część kodu?

PARANOIK
Nie tylko część, ale całość! Nie wiesz, o co chodzi? O mnie!... O mnie! (siada na łóżko odsuwając gazety i wymachując własną gazetą) To jest moja wizja, która mnie dręczy każdej nocy. Za każdym razem widzę, jak ten człowiek wybiega jak pochodnia i krzycząc przeraźliwie, znika w fontannie. I umiera. A potem zdaje mi się, że to ja... I boję się. Straszliwie się boję tracić, a najbardziej boję się stracić własne życie. Po tej wizji zawsze jest tak samo: wpadam w panikę, a potem przychodzi siostra i daje mi zastrzyk. Po zastrzyku... (zniża głos) po zastrzyku... (rozgląda się dookoła i nabiera powietrza) po zastrzyku wcale nie przestaję się bać. Ten zastrzyk na mnie nie działa. Przestaję tylko krzyczeć i uciekać. Ale tak naprawdę, boję się, ciągle się boję...

MANIAK
(Bez żadnego współczucia. Bierze z rąk Paranoika gazetę, ogląda.)
Więc... już nie myślisz, że jestem świrem dlatego, że kręcą mnie misje? (ze swadą w głosie) Tak, zabrałem tą gazetę. Zawsze zabieram gazety misyjne i chowam je pod łóżko, żeby potem czytać, jak ty już pójdziesz. Głupie, wiem. Ale ja w tym psychiatryku ciągle marzę, że dokonam czegoś wielkiego, dobrego, że będę zmieniał życie ludzi na całym świecie. Na całym! Rozumiesz to? Dopóki nie wyrwę się stąd jakoś, zaczytuję się w tych opowieściach. Tak, jakbym się upijał, rozumiesz?... To mi pozwala przeżyć i nie zwariować.

PARANOIK
(wydziera gazetę Maniakowi) Daj To! Muszę to przeczytać. W tej gazecie jest zawarty kod mojego lęku. Czekaj, czekaj... dużo tego? (Przewraca strony, do ostatniej) Oddam ci jutro.
(szybko wychodzi, Maniak nie zdążył nawet nic powiedzieć; światło)



SCENA IV

NATCHNIENIE

Babcia Joasia, Siostra, Maniak

Babcia Joasia leży na łóżku, śpi.

SIOSTRA
(przynosząc ze sobą plik listów)
Dzień dobry, Joasiu. Jak ci się spało? Dziś była poczta i zobacz, znów dostałaś sprawozdania. Chcesz, żebym Ci trochę poczytała?

BABCIA
(Nie rozumiejąc patrzy na Siostrę, kiedy ta podaje jej listy. Ogląda je, jakby zupełnie nie wiedziała, do czego służą. Po chwili z pytającym wyrazem twarzy oddaje je Siostrze.)

SIOSTRA
(zniechęcona)
Jak zwykle, nic z tego nie będzie. I co mam robić z tymi wszystkimi listami? (wynosi listy, za chwilę wraca z przetartym śniadaniem i karmi Babcię łyżeczką; światło)
(paczka listów, pozostawiona w drugim kącie sceny powinna być teraz oświetlona)

MANIAK
(wchodzi obojętnie, zmęczony) Co to? (szybko podchodzi, sprawnym ruchem zabiera listy i wymyka się ze sceny; światło)

MANIAK
(siedzi na łóżku, ale co chwila z niego zeskakuje w wielkim podnieceniu; czyta listy, z przesadą wczuwając się w tekst)
„Nasze seminarium liczy aktualnie ponad 50 uczniów. Mimo naszych wysiłków i oszczędności zrozumiecie bez trudu, jakim są ciężarem dla naszych ubogich finansów. Podczas ostatniego przyjęcia do seminarium ogłosiłem, że przyjmę tylko 12, po dwu z każdego okręgu. A tylko jedna wspólnota chrześcijańska zgłosiła 15 kandydatów, którzy przez cały rok, dzień i noc, pracowali, by się przygotować do wstępnego egzaminu. Będzie trzeba być bezlitosnym i wymyślać tysiące pretekstów, by odesłać do rodzin te dzieci, które byłyby wspaniałymi seminarzystami a w przyszłości dobrymi kapłanami. Gdy zostaną odesłani, powrócą do swoich pługów na polu czy do pracy na statkach i na zawsze porzucą swoje powołanie, bo nowe przyjęcie do seminarium będzie za cztery lata. Wtedy przekroczą wymagany limit wiekowy i nie będą już mogli wstąpić. Gdybym był św. Wincentym a Paulo liczył bym na cud. Ale w przeciwieństwie do niego nie jestem otoczony, jak on, pełnymi miłosierdzia osobami, którym mógłbym powiedzieć: „Moje Panie, czy nie jesteście tam, by mi pomóc? Jestem przekonany, że Was dotkną moje słowa i nie oprzecie się mojemu pragnieniu, mojemu krzykowi: wspomóżcie jeszcze jednego kleryka z miłości do Boga! Jestem pewny, że wysłuchacie mnie z wielkim sercem, ale te słowa będą Was kosztowały utrzymanie tego dziecka aż dojdzie do kapłaństwa.
Nie wiem, czy się mylę, ale wydaje mi się, że teraz kiedy Was znam, to znajdę w naszej chrześcijańskiej Francji sporą liczbę osób kierujących się duchem katolickim, które nie odrzucą propozycji, by przyłączyć się do Dzieła wspierającego tubylczy kler, jeżeli poznają bliżej ten problem. Zapragną również, nawet za cenę wyrzeczeń i ofiar, ich seminarzysty, który później, każdego dnia poniesie na święty ołtarz wspomnienie o swych adopcyjnych rodzicach, tak podczas ich życia, jak i po śmierci. Oto co chciałem uświadomić wszystkim, którzy otrzymali od Boga dar żywej wiary i jednocześnie fortunę (bogactwo). Ale ja jestem w Japonii a Francja jest daleko!
Mam nadzieję, że kierując się miłosierdziem nie odrzucicie propozycji, by mówić na temat seminarium w Nagasaki przyjaciołom Boga. Nie wątpię też w to, że któryś z nich nie odrzuci łaski dania Świętemu Kościołowi kapłana za cenę wspaniałomyślnej ofiary. Co za radość za życia, co za pocieszenie w godzinie śmierci daje myśl, że jeden ksiądz każdego dnia wymienia Wasze imię podczas Memento w czasie Mszy św.!”
Aaach.... Niesssamowite... Genialne, po prostu niewiarygodne! Wspaniałe! Wspaniałe!...
(bierze następny, czyta już chodząc po sali)
„Nie miałem szczęścia, by doświadczyć czułej macierzyńskiej miłości, ponieważ zostałem sierotą w wieku 4 lat. Ale dobroć, troska i listy mojej Dobrodziejki (Pani Bigard) pozwoliły mi odczuć pełne serca uczucia matki do syna, słodki odblask łaski, promieniowanie serca Maryi Niepokalanej. Mój Boże, czyż mi nie pisała w swoich pierwszych listach w 1883 r.: „Mój Ojcze, będziesz moim synem w służbie naszemu Panu” ? Wspomnienie tych słów wyryło się mocno w moim sercu… Panią Bigard, mojego opiekuńczego anioła, czyż można zapomnieć? Zachowuję jej wszystkie, nawet najmniejsze przesyłki. Z płótna, w które owijała każdy najmniejszy przedmiot, robię knoty do lampy wiecznej w sanktuarium… Jej ślubny bukiet, który tak pieczołowicie zachowywała i przesłała mi go tutaj, zachowywałem przez 25 lat i stawiałem go na wielkie święta na głównym ołtarzu… Nakrycie na cyborium, wyhaftowane przez nią złotem, jeszcze po czterdziestu latach jest w tabernakulum (trochę odświeżone 10 lat temu). Każdy raz, kiedy udzielam komunii całuję je z respektem…To jest kult, tak to jest kult dla mnie. Wdzięczność jest źródłem wszystkich tych moich uczuć. Wasza Wysokość, który tak dobrze zrozumiał duszę tej kobiety, sprawił, że powróciło do mnie święte wspomnienie o tej, która była elektrycznym fluidem wspierającym mnie podczas 22 lat w mojej pracy misyjnej, podnosiła w duchowych rozterkach i słabych punktach. Tak! Bóg to wie dobrze, że dzięki jej wsparciu się nie wyczerpywałem…”
O... Co za kobieta... Ona spełnia moje marzenia!
(czyta dalej, coraz ciszej, coraz szybciej i coraz bardziej rutynowo, można stopniowo przyciemniać światło)
„Monseigneur,
Idąc za wskazówką Przełożonego generalnego, chcę Jego Ekscelencję Księdza Biskupa zapoznać z Dziełem, które spodobało się Bogu włożyć w nasze ręce, mojej matki i moje oraz proszę w swoim imieniu o udzielenie dokładnych objaśnień na temat aktualnej formacji tubylczego kleru w Waszym wikariacie.
Ile jest studentów w Waszych seminariach? Czy odczuwacie potrzebę pomocy finansowej, by zwiększyć ich liczbę? Jaka suma jest konieczna, by ufundować stypendium stałe w wyższym i niższym seminarium?
Jaka jest cena rocznego utrzymania w jednym i drugim seminarium?...”
(światło)



SCENA V

SENS

Paranoik, Maniak, Siostra

Paranoik i Maniak głęboko zamyśleni siedzą w milczeniu na łóżku, jeden w ręce trzyma gazetę, drugi plik listów.

SIOSTRA
(Wchodzi i z niepokojem zauważa brak ruchu, podchodzi do jednego i próbuje zwrócić jakoś jego uwagę – na próżno. Wtedy zauważa plik listów w ręku Maniaka. Interweniuje.)
Aaaa, a co to? Skąd tu się wzięły te listy? (Próbuje zabrać, ale wtedy Maniak budzi się, trzyma kurczowo listy i patrząc na Siostrę, jakby zupełnie z innego świata zaczyna jej tłumaczyć)

MANIAK
Bo widzisz, Siostrzyczko moja kochana, o to mi chodziło! Dokładnie o to: żeby moje życie przynosiło owoce, które będą w stanie wykarmić cały świat. Co tam Francja, co tam Europa! Tak! Ta... ta Jeanne Bigard. Jej się udało! Jak bardzo żałuję, że nie znam jej osobiście. Mógłbym się do niej dołączyć. Razem osiągnęlibyśmy jeszcze więcej. Proszę, proszę tylko posłuchać na przykład tego: (czyta bardzo szybko, jakby się obawiał, że Siostra mu przerwie)
„Od momentu założenia w 1889 r. aż do grudnia 1901 r. Dzieło św. Piotra Apostoła ufundowało 45 stałych stypendiów dla tubylczych seminariów:
4 dla seminarium w Nagasaki w Japonii,
1 dla seminarium w Hakodate w Japonii
22 dla seminarium papieskiego w Kandy w Indiach
2 dla nowicjatu indyjskiego w Trichinopoly w Indiach
2 dla seminarium w Mysore w Indiach
1 dla seminarium w Loango w Kongo francuskim w Afryce
4 dla seminarium w Pondichery w Indiach
1 dla seminarium w Jaffna na wyspie Cejlon
1 dla seminarium w Mandźurii w Chinach
4 dla seminarium w Sajgonie w Zachodnim Cochinchin
1 dla seminarium w Wschodnim Cochinchin
1 dla seminarium w Zachodnim Tonkin
1 dla seminarium greko-melchickiego św. Anny w Jerozolimie
Oprócz tego Dzieło opłaciło koszt całkowitego wykształcenia dla 14 seminarzystów tubylczych poprzez roczne pensje: 8 dla Japonii, 4 dla Mandżurii, 1 dla Pondichery i 1 dla Korei. Trzydziestu czterech księży tubylczych, który otrzymali stypendia czy byli zaadoptowani przez Dzieło św. Piotra Apostoła sprawuje w tym czasie ważny apostolat wśród swoich rodaków.”
Widzi Siostrzyczka, to jest kobieta sukcesu! Zaczynała od niczego, dosłownie od niczego. Znaczy, od jednego kościółka. Zaraz, zaraz, jak to tam było... (szpera) o, mam, mam. To list jej matki:
„Mój biedny Ojcze! To koniec! Niemożliwym jest wskrzesić katechistę który był stworzeniem całej Ojca pracy. Jesteśmy głęboko zmartwione sytuacją Ojca, dlatego po modlitwie i długiej refleksji przed Bogiem zdecydowałyśmy razem z córką, że wybudujemy kościół w Kyoto”.
(Po chwili zachwytu rzuca w kąt listy i dramatyzuje)
Och, ile bym dał, żeby wydostać się z tego szpitala i móc być taki, taki... normalny... potrzebny... Tak, żeby ludzie przychodzili i prosili mnie o pomoc, a ja mógłbym dla nich robić wszystko, ratować z największych opresji, przywracać im radość, nadzieję, wiarę w Boga. Właśnie – Bóg. Czy nie mógłby sprawić, żebym był taki potężny, jak ta kobieta? Siostro! (czepia się Siostry dosłownie) Siostro! Niech mi siostra pomoże, albo niech się modli, albo sam nie wiem co... przecież Bóg mógłby mnie stąd uwolnić i wtedy... wtedy działałbym cuda! Siostro moja milcząca! Czemu Siostra tak na mnie patrzy? Niech mi Siostrzyczka moja najsurowsza nie mówi, że to niemożliwe. Ta kobieta (wymachuje listami), ta słaba i schorowana kobieta jest dowodem na to, że tak! Ja też chcę mieć takie życie! Takie, które ma sens!...
(następuje niezręczna cisza, ponieważ Siostra stoi bez ruchu, wpatrując się smutno w Maniaka. W tę ciszę wkracza Paranoik, który właściwie mówi do publiczności, zupełnie ignorując Maniaka i Siostrę)

PARANOIK
To genialne. Ta Bigard jest geniuszem. Nie wiem, skąd znała moje najskrytsze lęki, ale rozszyfrowała zakamarki mojego serca.

MANIAK
(przerywa gwałtownie)
Powiedziałeś: Bigard?! To ta sama! Ta sama, co w listach! Opowiadaj, co jeszcze o niej wiesz!
(ponieważ Paranoik zdaje się zupełnie nie reagować, podbiega do niego, potrząsa nim)
No opowiadaj... człowieku! Gadaj! (brak reakcji) Eeee... (zniechęca się, kiedy się odwraca, Paranoik dalej kontynuuje swój monolog. Maniak w tym czasie może się rozłożyć na łóżku i zatopić w marzeniach, albo niespokojnie słuchać zwierzeń Paranoika. Byleby nie zwracał na siebie zbytniej uwagi.)

PARANOIK
Boję się, bałem się stracić. Cokolwiek. Bo kiedy zacznę tracić, to się nie skończy tak długo, póki nie stracę siebie. Będę tracić najpierw coś małego, mało ważnego, jak choćby plany na słoneczny dzień, kiedy się rozpada. (stopniowo, z każdym kolejnym zdaniem, zniża głos do szeptu) Potem przyjdzie czas, kiedy zabiorą mi ulubioną piosenkę, kiedy nie wolno mi będzie jeść tego, co lubię. Zaraz też będzie trzeba wyrzucić najwygodniejsze buty, a po nich pozbyć się moich nawyków. Kiedy zacznę tracić znajomych, będzie to znak, że wkrótce stracę przyjaciół, ba, nawet wrogów. Ale samotność to jeszcze nie koniec. Nie, oczywiście, że jeszcze mam wiele do stracenia: JA zacznę znikać dla siebie samego... (silniejszym głosem) Ale, może się ostanę! Może się ostanę, jeśli oddam pierwszy, zanim stracę. Tak jak ona. Może... kiedy oddam wszystko inne, zabiorą mi tę jedną jedyną niepotrzebną mi rzecz? Mój strach? Tylko komu oddać życie wariata?... (siada na brzegu łóżka z nogami pod brodą – w pozycji embrionalnej)

SIOSTRA
(podchodząc do Paranoika, obejmując go ramieniem albo gładząc po głowie)
Myślisz o tym, że za każdym razem, kiedy Jeanne pragnęła wstąpić do zakonu, nie udawało jej się to, a kiedy uciekała jak najdalej od świata, miała być właśnie wprowadzona na salony? Albo że została jednak uchroniona od świata, ale w najokrutniejszy sposób – przez ukrywane przed ludźmi samobójstwo jej ojca, po którym razem z matką wycofały się całkowicie z życia towarzyskiego? Wtedy oddała się na ofiarę Bogu za zbawienie duszy ojca. Biedna. Zaprawiła się w cierpieniu i w ofierze jeszcze bardziej, kiedy drżała o zbawienie swojego brata, hulaki, który się spalił. Czy masz pojęcie, jak bardzo poważnie Bóg potraktował jej ofiarę?
(Paranoik oczekująco spogląda na Siostrę. Maniak orientuje się, że Siostra wie więcej, niż się spodziewał)

MANIAK
Zaraz, zaraz... Siostrzyczko nasza najmędrsza... To znaczy, że ty JĄ znasz? Znaczy, też o niej słyszałaś? No.... Siostrzyczko... To ty nam powiedz coś więcej, przecież widzisz, że umieram z braku informacji o mojej bohaterce. Każde twoje słowo, Siostro moja złota, jest na wagę złota po prostu. No mów, mów coś, miej litość...

SIOSTRA
(kontynuuje, odwracając się w stronę Maniaka)
Razem z matką poświęciły część swojej fortuny najpierw na wybudowanie kościoła w Japonii, ale wkrótce zorientowały się, że potrzeby są niezmierzone....

MANIAK
No, tak, tak i zaczęły sponsorować naukę seminarzystom. To już wiemy.

SIOSTRA
Tak, zresztą nie tylko one. Zaczęły szukać innych. A ponieważ Joanne była niezwykle zdolną, dobrze zorganizowaną i zdecydowaną kobietą, wkrótce krąg osób pomagających misyjnym seminariom duchownym przybrał konkretną formę.

MANIAK
Tak, tak. To też wiem z tych listów. Domyśliłem się, że to poważna organizacja. Gdzieś, w którymś liście, było coś o (z namaszczeniem) Papieskim Dziele. I to mnie jeszcze bardziej zapaliło – przecież „papieskie” znaczy praktycznie tyle, co powszechne, niezależne od nikogo innego! No i wyobraź sobie, Siostrzyczko moja najbystrzejsza, ile ja mógłbym zrobić dla świata, gdybym tylko mógł kierować tym dziełem! No, oczywiście razem z Jeanne.

PARANOIK
(nieco ponuro)
Długo byś się nie nacieszył...

MANIAK
Co? Coś ty znowu wymyślił? Oczywiście, że bym pracował najlepiej jak potrafię i na efekty Jeanne nie musiałaby długo czekać. Szybko by się przekonała, jaką ma we mnie cenną pomoc. Nieocenioną! (nieco urażony) Nie znasz mnie. Tu w szpitalu przecież nie mogę pokazać moich prawdziwych możliwości. To jasne jak słońce.

PARANOIK
(z lekkim zniecierpliwieniem) Nie o to chodzi.... W jej życiorysie, który czytałem, pisali, że niedługo po śmierci matki przekazała to całe dzieło w inne ręce, ponieważ przeczuwała chorobę. Siostro, co to była za choroba?

SIOSTRA
Hm, to dość delikatna sprawa... Nie wiem, czy mogę wam zdradzić.

MANIAK
(zrywając się ku Siostrze)
Ależ Siostrzyczko moja tajemnicza! Przecież poza mury szpitala tego nie wyniesiemy. Co ja mówię, nawet poza ściany naszej sali! Powiedz wszystko, wszyściutko, wszyściusieńko, co wiesz o tej niezłomnej niewieście.

SIOSTRA
(spoglądając na Paranoika, powoli akcentując każde słowo)
Właśnie sęk w tym, że ona oddała wszystko, zanim wszystko jej zostało zabrane.

PARANOIK
(z lękiem i niepokojem)
O czym ty, Siostro, mówisz?

SIOSTRA
O tym, co przeczuwasz.
(cisza, po chwili cicho, ale zdecydowanie dodaje)
Chodźcie ze mną, coś wam pokażę.
(w wyakcentowanej ciężkiej ciszy wychodzą ze sceny; światło)



SCENA VI

UJAWNIENIE

Babcia, Paranoik, Maniak, Siostra

Na łóżku leży Babcia, na scenę wchodzi Siostra, za nią niepewnie wchodzą Paranoik i Maniak

SIOSTRA
(odwracając się do Paranoika i Maniaka)
Chodźcie, chodźcie tu bliżej.

MANIAK
(rozjaśnia się na tyle, żeby przełamać napięcie z poprzedniej sceny)
A... ale mnie Siostro najmilsza przestraszyłaś. Za nic nie mogłem dojść, gdzie nas prowadzisz. A tu po prostu do naszej cichutkiej babci Joasi. (z miną lokalnego zbawiciela świata przy czynnościach rutynowych) Znowu trzeba ja rozbawić? Zawsze taka smutna i zamknięta i jakby się trochę bała wyjść z łóżka. Zaraz szybciutko ją rozerwiemy troszkę. Takie bezradne stareńkie biedactwo ta nasza Joasia. (rozczula się)
(Zaaferowany własnymi pomysłami od razu rusza do Babci, pochyla się nad nią. Tymczasem Siostra wyciąga wielką kartę pacjenta.)

SIOSTRA
Nie powinnam tego robić, ale po dzisiejszej rozmowie chciałabym wam przedstawić naszą Babcię z imienia i nazwiska. Spójrz. (Daje kartę Paranoikowi. Ten wpatrzony najpierw w kartę, potem w Babcię powtarza bezmyślnie)

PARANOIK
Jeanne Bigard! (po chwili, w szoku) Jeanne Bigard...

MANIAK
(zajęty rozśmieszaniem Babci)
A, tak, tak, masz rację. Tak się zająłem Babcią, że omal nie zapomniałem o bohaterce mojego życia, o wyzwolicielce moich marzeń! Siostro moja tajemnicza, coś mówiłaś o przedstawianiu... Co chciałaś nam przedstawić? Babcię Joasię? Ależ na imię ma Joasia, to wszyscy wiemy. Znamy ją od lat bardzo dobrze.

PARANOIK
(patrząc na Maniaka)
Jeanne Bigard.

MANIAK
(skonfundowany, próbuje zapanować nad niezręczną sytuacją)
A ty, co się tak zaciąłeś, jakbyś wpadł w katatonię? (śmieje się nerwowo z własnego żartu, poważnieje) Co ma jedna do drugiej?

PARANOIK
(podaje mu kartę) Sam sobie przeczytaj.

MANIAK
(czyta, zamiera) Nie... nie... nie, nie, to niemożliwe... jak to...? Jak to się stało?... To jakaś pomyłka, to na pewno jakiś spisek! Siostrzyczko moja najmędrsza, wytłumacz mi to wszystko!... (cisza, Siostra wzrokiem potwierdza. Maniak w osłupieniu patrzy na Babcię) Jjjak... jak długo?

SIOSTRA
Prawie dwadzieścia osiem lat.

MANIAK
Czyli przez ten cały czas, kiedy Dzieło się rozwijało na całym świecie, ona tutaj... (kończy pytanie pozawerbalnie, pokazując na łóżko)

SIOSTRA
Tak. Ale... chciałabym, żebyś rzucił okiem jeszcze na te listy. (podaje mu kilka)

MANIAK
(czyta z przejęciem)
"Są chwile, gdy moja głowa jest tak zmęczona i pochłonięta, iż lękam się, że całkowicie stracę panowanie nad sobą.” Prosiła, by przyszedł ją wyspowiadał i poleciła mu Dzieło św. Piotra Apostoła. „To, co się ze mną dzieje, obciąży je. Niech Ojciec zrobi wszystko, co możliwe, by temu zaradzić. Ojciec mi mówi, że mi się polepszy. Być może z pewnego punktu widzenia, ale wiem dobrze, że mój organizm jest ciągle pod wpływem choroby, która rozpoczęła się w Caen. I najbardziej żałosne jest to, że, mimo mojej zmęczonej głowy, zdaję sobie sprawę z mojego nieszczęśliwego stanu. Wprawia mnie to w rozpacz, martwię się i widzę przed sobą długie lata męczarni z każdego punktu widzenia. Gdyby Ojciec wiedział jak bardzo cierpię... Cały czas mówię Bogu, że w Nim pokładam nadzieję. Ale nie mogę przeszkodzić mojej biednej głowie myśleć o tym wszystkim.”
„Pozostawiam dobremu Bogu decyzję, gdzie mam zakończyć życie. Niech raczy tak zaaranżować wydarzenia, bym je dokończyła w ciszy i prawdziwym upokorzeniu”
(podnosi głowę znad listu)
Ona... ona jest... jedną z nas...
(odkłada listy, podchodzi do łóżka, gładzi głowę Babci. Listy podnosi Paranoik)

PARANOIK
(Czyta dalej)
„To za dwie dusze: mojego ojca i brata ofiarowałam się cierpieć i od tej chwili cierpienie mi zawsze towarzyszyło. Mam nadzieję…”
(przekłada listy)
„Ściągnęłam na siebie dużo utrapień i ciężkich przeżyć. Niczego jednak nie żałuję i nigdy nie myślałam, by wyrwać się z rąk, którym się powierzyłam z miłości…”
(czytając podchodzi w stronę widzów)
„Bardzo cierpię, ale jeżeli jest to cena, by małe ziarno gorczycy miało zakiełkować i wzrastać, będę winna jak odrzucę cierpienie…”
Może i jest matką wielkiego dzieła, ale jest... tutaj jest... prawdziwym ziarnkiem gorczycy, sensem szaleństwa, przyjęciem zniknięcia... i patronką wariatów.

(światło)

KONIEC

7 marca 2013

Do źródeł - marsz!

W naszej wspólnocie reaktywowałyśmy (dawno już temu) czci- i pielęgnowania godny zwyczaj wspólnego czytania pism naszej bł. Matki Założycielki. Wiele razy zmogłam zacną pokusę zacytowania jej na łamach bloga. Tym razem  jednak (a może i w przyszłości wielokrotnie) pozwolę sobie podzielić się słowami, które dziś usłyszałam:




8 lipca 1896r.
Oto nasze drogie siostry w drodze do Kongo. Biedne drogie dzieci! Żadna nigdy nie podróżowała przez morze, ale to są dzielne i odważne misjonarki. Jestem pewna, że zniosą swoje doświadczenie jak prawdziwe małe amazonki Maryi Niepokalanej. (...) To jest pewne, że one wyruszają zdobywać dusze i teraz moim natchnieniem jest prosić naszego Pana o dużo dusz. Dusz, dużo dusz! Taka jest moja modlitwa na te dni. Módlcie się ze mną, moje dzieci, modlitwa jest tak odpowiadająca duchowi naszego Zgromadzenia, że nie może nie podobać się Niebu, jeśli wychodzi z ust Franciszkanki Misjonarki Maryi. Zresztą, cóż ma wartość na ziemi, jeśli nie zbawienie nasze i bliźnich? Reszta jest złudzeniem i szaleństwem. Starajmy się nie być głupimi i dopełniajmy w nas, według słów św. Pawła, braki udręk Jezusa Chrystusa.

9 lipca 1896r.
Chciałabym, aby pochłaniał nas zapał miłości Bożej, podtrzymywany doskonałą uległością Jego świętej Woli. Starajmy się być wszystkie pogrążone w tym zbawiennym pożarze, który pożera tak szybko wszelką domieszkę miłości własnej. Proście dla mnie o tę łaskę, moje ukochane dzieci i bądźcie pewne, że wasza Matka pragnie gorąco i ponad wszystko, abyście były pocieszycielkami godnego uwielbienia Serca Pana Jezusa.

15 lipca 1896r.
Nie znacie, jakie myśli przyszły mi co do naszych chorych: po otrzymaniu łaski powołania Franciszkanek Misjonarek Maryi, po wysiłkach w naśladowaniu Boskiego Baranka, aby uczynić z Niego naszego Oblubieńca, zanadto zapominamy, że wybrałyśmy powołanie Misjonarek Adoratorek i Ofiar za Kościół i dusze. Nasze siostry, dobre zresztą, za dużo szukają swej przyjemności, a nie dosyć chwały bożej i ofiary. I to zmusza Pana Boga do przypomnienia nam o celu założenia Zgromadzenia. I Bóg uzupełnia niedobór, wybierając liczbę ofiar, przede wszystkim wśród młodych i niewinnych. Gdybyśmy były bardziej wspaniałomyślne, choroby mniej by nas dotykały. Bardzo bym chciała, żeby nasze siostry to zrozumiały. Jeśli czyniłyby więcej dobrowolnych ofiar, Pan Bóg nakładałby mniej tych, których nie można uniknąć.

16 lipca 1896r.
(...) Dziś święto Matki Bożej z Góry Karmel, módlmy się do Niej. To jedno z Jej najdawniejszych wezwań, a ja bardzo lubię dawne nabożeństwa. Trzeba, żeby każdy miał swój pociąg. I jak zamiłowanie do nowości ma o wiele więcej zwolenników, ja zachowuję mój pociąg, nie starając się go zwalczać. Kocham Matkę Boską z Góry Karmel. Przywilej odpustu sobotniego jest mi miły. Wyobrażam sobie często, że szkaplerz był w rodzaju fartucha u żydowskich kobiet i wiem, że w niektórych starych książkach znaleziono dokumenty na to. I dlatego Maryja powinna lubić ten ubiór, gdyż jest on szczególnym wspomnieniem jej pokory i jej zajęć. Nośmy nasz szkaplerz z miłością i jeśli splamimy go materialnie, starajmy się go duchowo zachować niepokalanym. Błogosławiona Franciszkanka Misjonarka Maryi, która zachowuje swoje sumienie bez zmazy.

"Dziennik Matki do swych córek"

26 stycznia 2012

Dlaczego jedyny? (autoreklama)

Zdarzyło mi się. Wydałam książkę. Powstała ona jako praca magisterska pod dźwięcznie brzmiącym tytułem: "Jedyność i powszechność tajemnicy zbawczej Jezusa Chrystusa jako podstawa dialogu międzyreligijnego według deklaracji Dominus Iesus". Mimo tego nadaje się jednak do czytania :)

Kiedy postawiłam temat-tezę nawet nie spodziewałam się tego, że badania zaprowadzą mnie w sam środek nie tylko wielkiego współczesnego sporu teologicznego, ale w sam środek wielkiego kryzysu w teologii. I że będę musiała to jakoś ogarnąć, zrozumieć, uporządkować (przynajmniej w dziedzinie, którą opisywałam).
Pisanie pracy magisterskiej, zamiast być nudnym ciułaniem zdań nie swoich, stało się często mrożącym krew w żyłach poznawaniem korzeni, zakresu, działania, perspektyw i w pewnym sensie bardzo praktycznych przejawów kryzysu w teologii i w Kościele. Ja sama,  pod wpływem lektur bohaterów mojej książki, ze skraju modernizmu w te pędy skierowałam się ku niezmiennej od 2000 tysięcy lat nauce Kościoła Katolickiego i w ten sposób stałam się gorliwą ratzingerystką.

Przyznaję, książka jest teologiczna i choć starałam się pisać ludzkim językiem, w wielu miejscach wymaga solidnych żuchw intelektualnych, żeby móc przeżuć co-autor-chciał-powiedzieć. Ci, którzy ją czytali jako pracę magisterską, przemyślnymi wysiłkami zmusili mnie do wydania tejże.



W ramach reklamy pozwolę sobie zamieścić fragment przedmowy, napisanej przez x. Zbigniewa Chromego:

Książka, którą czytelnik otrzymuje do rąk obszernie podejmuje temat dialogu międzyreligijnego w kontekście katolickiej nauki o jedyności i powszechności zbawczej Jezusa Chrystusa, ukazując tę naukę jako niezbędny warunek dialogu chrześcijaństwa z innymi religiami. Praca ta jest twórczym komentarzem do wspomnianej wyżej deklaracji Dominus Iesus. Przekazuje ona obok katolickiego punktu widzenia, także ujęcie pluralistycznej teologii religii w jej trzech klasycznych wariantach, referując poglądy R. Panikkara, J. Hicka i P. Knittera – głównych przedstawicieli nurtu pluralistycznego. To stosunkowo niewielkie dzieło jest doskonałym wprowadzeniem w złożoną problematykę dialogu międzyreligijnego, mogącym stanowić swego rodzaju elementarz dla osób pragnących poznać złożone kwestie dotyczące teologii religii.
x. dr Zbigniew Chromy
A jako przystawkę - fragment wstępu:
Dlaczego deklaracja korygująca błędy doktrynalne została potraktowana na jako punkt zwrotny (tudzież krytyczny) całego dialogu międzyreligijnego? (...) Czy deklaracja o jedyności i powszechności zbawczej
Jezusa Chrystusa i Kościoła wskazuje pozytywne wyjście z sytuacji, którą krytykuje, i może być dokumentem inspirującym do dalszego rozwijania dialogu międzyreligijnego?
i zakończenia:
Propozycje Dominus Iesus dla dialogu międzyreligijnego nie dorównują śmiałym perspektywom wizji pluralistów. Przypominają raczej dreptanie w miejscu, a nawet zawracanie. Ale wydaje się, że również ta powściągliwość jest wyrazem troski o dialog międzyreligijny aby przede wszystkim zachowywał swój charakter chrześcijański. Na pytanie, czy treść dokumentu może być inspiracją dla teologów zajmujących się dialogiem międzyreligijnym – wydaje się, że trzeba mimo wszystko odpowiedzieć twierdząco. Właściwie w odniesieniu do opcji pluralistycznej kryje w sobie wręcz rewolucyjne wezwanie do zgoła innego niż Hickowski „przewrotu kopernikańskiego”: do szukania rozwiązania paradoksu dialogu międzyreligijnego i misji wiernej ortodoksji wewnątrz paradoksu bóstwa i człowieczeństwa Jezusa Chrystusa, a nie poza nim. Wiąże się to z zawróceniem i pewnym „marnotrawstwem” części dotychczasowych wysiłków, ale jak zauważa we wstępie do „The Great Divorce” C.S. Lewis:
„Próba [małżeństwa Nieba z Piekłem] zasadza się na przekonaniu, że rzeczywistość nigdy nie każe nam stanąć przed wyborem ostatecznym „albo-albo” (…); że zwyczajny rozwój, przystosowanie albo udoskonalenie w jakiś sposób przemienią zło w dobro, bez żądania od nas ostatecznego i całkowitego wyrzeczenia się wszystkiego, co chcielibyśmy zatrzymać. To przekonanie uważam za katastrofalny błąd (…). Nie żyjemy w świecie, gdzie wszystkie drogi są promieniami koła i jeśli podążać którąś dostatecznie długo zbliżają się do siebie, żeby w końcu spotykać sie w jednym punkcie (…). Dobro, kiedy dojrzewa, staje się coraz bardziej różne nie tylko od zła, ale i od innego dobra. Nie sądzę, żeby wszyscy, którzy wybierają złe drogi przepadli, ale myślę, że ich ratunek jest w zawróceniu na dobrą drogę. Ostateczny wynik może okazać się dobry, ale tylko wtedy, jeśli się wróci do miejsca, w którym został popełniony błąd i zacznie się jeszcze raz z tego samego miejsca, a nigdy przez zwyczajne brnięcie dalej. Zło może być cofnięte, ale nie może rozwinąć się w dobro”

Zainteresowanych moją książką proszę o kontakt mailowy (zakładka "o mnie") - jakoś się dogadamy ;)

18 listopada 2010

Słowo z Chile 4

Nieco spóźnione przez niespodziewaną małą wycieczkę do Polski (ale już jestem z powrotem w Buadpeszcie, wciągnięta w wir nauki węgierskiego), ale przez to, że sa wiadomościami z pierwszej ręki, warte są nawet tak późnej publikacji.

27 października 2010

Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii

Zupełnie zapomniałam się zareklamować... ;) Na temat misji wymądrzam się w październikowym "Różańcu":


Myśl ta gryzła mnie przez lata: Ludzie, którym chcę głosić Chrystusa, nie chcą Go ani znać, ani być przez Niego zbawieni. Dlaczego więc Bóg posyła mnie na misje? Dlaczego pragnę jechać na misje? Po co pchać się tam, gdzie mnie nie chcą? Te dwa pytania zrodziły się we mnie jakieś dwanaście lat temu, kiedy zakochałam się w Bliskim Wschodzie.  

Nowina – Dobra czy własna? 

Trudno jest Kościołowi wytłumaczyć się z misji głoszenia Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego. Współczesny człowiek wolałby raczej umieścić Kościół obok innych religii na półeczce w wielkim supermarkecie świata. Co więcej, najlepiej, żeby chrześcijaństwo było – jak to się w języku informatycznym mówi – kompatybilne z innymi religiami i filozofiami. No i ważny jest sukces. Jeśli już koniecznie Kościół musi głosić Dobrą Nowinę, to powinna być ona atrakcyjna i skuteczna; powinna być receptą na sukces.

Tymczasem misja Kościoła zupełnie nie spełnia tych oczekiwań. Można powiedzieć, że zawsze była niepopularna: „Tak więc, gdy Żydzi żądają znaków, a Grecy szukają mądrości, my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan, dla tych zaś, którzy są powołani, tak spośród Żydów, jak i spośród Greków, Chrystusem, mocą Bożą i mądrością Bożą” (1 Kor 1, 21-24).

Niektórzy próbują coś majstrować przy Ewangelii tak, żeby bardziej pasowała do wielkiego supermarketu religii, ale ich nauka przestaje być wypełnianiem misji Kościoła. Mówią tylko we własnym imieniu, głoszą własną „nowinę”. Są i tacy, którzy dają się przekonać, że dzisiaj nie wypada „narzucać” innym religii przez misje. Jednak prędzej czy później mają poważne problemy ze swoją własną wiarą: albo ją tracą, albo wykoślawiają. Prawda jest taka, że jeśli Kościół, chrześcijanie, przestaliby głosić Jezusa Chrystusa takim, jaki jest, przestaliby być sobą, a po pewnym czasie zniknęliby z powierzchni ziemi. 

Być znakiem… zapytania 

Kiedy próbujemy wytłumaczyć, dlaczego głosimy Jezusa Chrystusa całemu światu, zwykle przychodzą nam na myśl słowa Jezusa: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody” (Mt 28, 19). To prawda, mamy obowiązek czynić to, co nakazał Jezus, do końca świata. Św. Paweł mówi nawet: „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii” (1 Kor 9, 16). Misjonarze zauważają, że Pan Bóg błogosławi za hojność i ten Kościół, który wysyła wielu misjonarzy, najczęściej ma wiele nowych powołań, a ten, który myśli tylko o sobie, szybko odczuwa ich brak.

Ale misyjność to nie tylko suchy obowiązek. To coś znacznie bardziej tajemniczego i w pewnym sensie nieokiełznanego. Wystarczy wspomnieć reakcje osób, z którymi stykałam się w czasie nauki w londyńskim college’u: Hassan z Tunezji miał dużo pytań odnośnie do Kościoła katolickiego i innych wyznań chrześcijańskich, Miriam z Bangladeszu intrygował mój zawsze jednakowy strój, Jana z Czech drążyła temat Pisma Świętego i możliwość poznania Boga, Koreańczyk Kim, mimo iż jest buddystą, był zainteresowany możliwością odpuszczenia grzechów. Nie starając się nawet o to, sama w sobie jestem znakiem zapytania dla innych, bo okazuje się, że nie można wobec Chrystusa pozostać obojętnym, kiedy znamy się już wystarczająco długo. Chrystus jest rzeczywiście najgłębszą odpowiedzią na pytania i niepokoje moich kolegów i koleżanek. 

Miłość, która przynagla 

Istnieje też druga strona misji, a właściwie samo źródło. Żeby je zobaczyć, trzeba zejść do serca Kościoła: do miłości Trójcy Świętej, a konkretnie do Jej pragnienia, aby każdy człowiek został włączony w Jej miłość. Trzeba byłoby mistyka, żeby opisać żar tego pragnienia. Doświadczenie nawet jego odrobiny sprawia, że chrześcijanin – misjonarz będzie zdolny do największych poświęceń, żeby tylko zdobyć jakąś duszę dla Jezusa. Nigdy nie zgodzi się na położenie największego szczęścia tutaj na ziemi, a nieogarnionego w niebie, jakim jest życie życiem Jezusa Chrystusa, na półce wraz z innymi „produktami religijnymi”. Nie pozwoli mu na to jego miłość do Jezusa Chrystusa, który pragnie – poprzez misjonarzy – przyciągnąć do siebie każdego człowieka.

Trzeba na koniec dodać, że działania, głoszenie, rozmowy i spotkania to zaledwie początek. Nie byłyby one tak skuteczne, gdyby nie czerpały ze skarbca Kościoła, jakim są modlitwy i cierpienia znanych i nieznanych świętych ofiarowane w intencji misji. Św. Teresa od Dzieciątka Jezus zrozumiała to doskonale, odkrywając swoje miejsce w sercu Kościoła. Ja, znając opowieści wielu misjonarzy, a sama stawiając pierwsze kroki na węgierskiej ziemi, mogę powiedzieć, że jeżeli jesteśmy zdolni nieść imię Jezusa Chrystusa na krańce ziemi, to tylko dzięki miłości Trójcy Świętej i mocy modlitwy tych, którzy o nas pamiętają. Bo misja Kościoła jest także tajemnicą wymiany duchowych darów, którą – mam nadzieję – w całej okazałości poznamy w niebie.

15 września 2010

nabor do tylnej strazy Papieza :)

Zanim nastapi kontynuacja naszego tematu z pierwszego odcinka, jako zdeklarowana papistka i ratzingerystka, a takze jako byly mieszkaniec Londynu, goraco zapraszam wszystkich czytelnikow do duchowego wspierania wizyty naszego Ojca Swietego w Wielkiej Brytanii, (od 16 do 19 wrzesnia). Przy takiej fali protestow, skandali i (co najmniej) faux pas ze strony brytyjskich organizatorow,tudziez wslawionej skadinad pewnej znanej brytyjskiej stacji telewizyjnej, nieodparcie cisnie sie przekonanie, ze papieska wizyta jest niezwykle wazna w walce o dusze Brytyjczykow! Zatem zapraszam! 
(A sama bede takze wspierac, jak umiem, tych, ktorzy sie modla za Benedykta XVI).


MODLITWA ZA PAPIEŻA BENEDYKTA XVI  

Panie, który jesteś Źródłem wiecznego życia i prawdy, napełnij Twego pasterza Benedykta duchem odwagi i roztropności, duchem wiedzy i miłości. Spraw, by jako następca Apostoła Piotra i Zastępca Chrystusa, wiernie rządził ludem sobie powierzonym i przemieniał Twój Kościół w sakrament jedności, miłości i pokoju dla całego świata. Amen.

P/ Módlmy się za naszego Papieża Benedykta.
R/ Niech Pan go strzeże, Zachowa przy życiu, Darzy błogosławieństwem na ziemi i broni go przed nieprzyjaciółmi.
P/ Niech Twoja dłoń spocznie na Twoim świętym słudze.
R/ I na Twoim synu, którego namaściłeś.

Ojcze nasz…. Zdrowaś Maryjo…. Chwała Ojcu…

5 kwietnia 2010

Słowo z Chile 3

Przed Świętami dostałam od o. Adama ten oto list: 

Kochani Przyjaciele Mojej Misji:

Czas Wielkiego Postu ma dla nas, w tym roku, szczególną wymowę. Wciaż mamy przed oczyma, w pamięci i sercu tragedię naszcyh Braci z Południa. Trzesienie ziemi wstrząsnęło nie tylko ziemią, ale przede wszystkim naszym sercem.
Wszystkie uroczystości Wielkiego Tygodnia obchodzimy w kontekście i klimacie wydarzenia z dnia 27 lutego. Symbole, gesty i słowa pomagają nam nie uśpić naszej czujności, solidarności i hojności dla tych, którzy stracili wiele lub wszystko.
W czasie procesji w Niedzielę Palmową krzyż niosła kobieta, której brat zginął pod gruzami w Curico. Jej syn niósł głowę anioła, którego wydobyłem spod gruzów naszej światyni w tym właśnie mieście. Nasz ołtarz (jak zobaczycie na zdjęciach) jest symboliczny.
Od kilku lat, moim parafianom przybliżam temat DOMU. Mówimy o Dużym domu, czyli naszej Ojczyźnie i o Małym domu, czyli mojej rodzinie, gdzie przeżywamy nasze życie codzienne. Są takie chwile, kiedy w jednym i drugim Domu ktoś przychodzi na świat, świętujemy urodziny, a wśród nich także urodziny Jezusa. Sa też i inne chwile – smutne i wywołujące nostalgię, kiedy ktoś się z nami żegna i odchodzi, czasami na zawsze. Wtedy przypomina nam się Wielki Czwartek. Ale też są i takie dni, kiedy nie mamy nawet gdzie się spotkać czy pożegnać, uściaść i wypić wspolnie herbatę czy zjeść talerz zupy; nie możemy, bo nie mamy już domu. Straciliśmy wiele, ale nie straciliśmy wiary i nadziei.
Kiedy pytamy, dlaczego ziemia tak właśnie na spotraktowała, czujemy, bardziej, niż kiedy kolwiek indziej, mocny uścisk Jezua, który razem z nami upada i powstaje pierwszy, by nas poddźwignąć. O tym mówiłem do wiernych na Mszy w Curico, na południu, kiedy odwiedziłem mojego współbrata Pepe. Sprawowaliśmy Mszę w „wypożyczonym” kościele, bo nasz nie nadaje się do świętych obrzędów. Było poludnie. Mówiłem do zgromadzonych o naszej solidarności i wspólnocie z nimi. My z pólnocy łączymy się z nimi, tu na Półudniu. Mówiłem im o tym, jak biedni dzielą sie z biednymi. Nad drzwiami wejściowymi wisiał obraz Bożego Miłosierdzia. Przekrzywiony od wtórnych wstrząsów, które nawiedzają wciąż południe. Pokazałem palcem na obraz-Jezua i powiedziałem: „Ten Jezus Miłosierny...” Nie dokończyłem. W tym samym czasie ogromny wstrząs poruszył całym kościołem i nami wszystkimi. Okrzyk wydobył się z piersi wiernych. Ktoś wołał „Amen, Amen, Amen”, tak jakby chciał powiedzieć: „Niech szybko się supokoi, zakończy!”. Trzymałem się pulpitu. Każdemu waliło mocno serce. Chwila trwała wieczność. Nikt nie ruszych sie z miejsca. Czekaliśmy w napieciu, aż przestanie nami trząść. Gdy tak się stało, z ulgą mogłem dokończyć poprzednią myśl. Pokazując jeszcze raz na Jezusa Miłosiernego, dokńczyłem: „Ten Jezus Miłosierny nas ocali. Nie bójcie sie!”.
Wczoraj przeżywaliśmy wielki Czwartek. Mały Leo, który jest autystą, razem z mama był w czasie trzęsienia ziemi na płudniu. Jedynie co pamięta z okropnej nocy, że było mu bardzo zimno. W czasie Eucharystii przyniósł w darze koc dla swojego nieznanego brata z poludnia, by nie czuł zimna. Nie mieliśmy 12 Apostołów. W tym roku ich zabrakło. Kilka kobiet, których rodziny ucierpiały z powodu trzęsienia, reprezentowały wszystkich innych, którym Jezus dziś i codziennie umywa nogi, zwłaszcza te, brudne z pyłu, kurzu i błota, z pamiętnego lutowego dnia. Mieliśmy też ryt obmycia rąk. Każdemu umyto ręce jako symbol służby i pokory, która pomaga nam trwać w nieustannym geście solidarności z ofiarami trzęsienia.
Dziś Wiellki Piątek. Obrzędam towarzyszyć nam będą dwie dłonie figury Serca Pana Jezusa, które wyciągnąłem spod sterty gruzu, kamieni i śmieci ze światyni w Curico. Te dłonie nas obejmują. Czujemy to. I pomagają nam nieść Krzyż, na którym dziś zawiśnie flaga Chile.

Kochani, ograniam Was wszystkich modlitwą w tym czasie ŁASKI, tak samo jak obejmowałem moich braci i siostry w czasie Eucharystii, którą sprawowałem w samotności we wspomnianym już wielokrotnie kościele Matki Bożej z Góry Karmel w Curico. Wśród gruzów, w połmroku i z wewnętrznym lękiem, bo w każdej chwili może nastąpić kolejny wstrząs, widziałem wśród zgliszczy wszystkich tych, których obejmuje zawsze Jezus w czasie swojej Ofiary: biednych i bogatych, starych i młodych, świętych i grzeszników. Razem z nimi ON został przywalony ciężkim gruzem, ale teraz w tajemnicy swojej Miłości i Zmartwychwstania, podnosi nas, stawia na nogi i daje tchenienie do NOWEGO ŻYCIA.

Tego Boskiego Oddechu Wam żecze na te Święta.
I dziękuję w imieniu wieeeeeeeeeeeeelu moich braci Chilijczyków za Wasze wspacie duchowe i materialne. Może dzięki temu kupimy jeden koc więcej, jak zrobił to Leo, by nikt na południu nie odczuwał zimna, które już teraz nadchodzi niebawem.

Robimy tyż miesce dla Was wśród nas, byście, tak, jak i my, poczuli uścisk DŁONI naszego POŁAMANEGO CHRYSTUSA, dziś już ZMARTWYCHWSTAŁEGO w naszej NADZIEI, MIŁOŚCI i WIERZE.

Z błogosławieństwem.

o. Adam

6 marca 2010

słowo z Chile 2

Świeżo otrzymany list od o. Adama:


Chile-Copiapo, 4 marca 2010
    Kochani Rodacy: 

    Od czasu do czasu myślą i pamięcią przybywam do Ojczyzny. Pokonuję w ten sposób prawie 15 tys. km, by znaleźć się na polskim wybrzeżu i popatrzeć na słońce, które ukrywa swą nagość, zanurzając się w morskiej otchłani, przedzieram się przez kosodrzewinę, by wspiąć się po górskiej perci, towarzyszę wzrokiem zimnym prądom, gubiącym się w meandrach Zawiśla, niekiedy zatrzymuję się, by wypić z przyjaciółmi dobrą kawę w kawiarence „Pod Słodką Borówką” na wrocławskim rynku, wsuwam się niepostrzeżenie w zacisze nawy gnieźnieńskiej katedry, by powierzyć Stwórcy wszystkich tych, którzy towarzyszą mojej misji.

    Należę do Zgromadzenia Misjonarzy Klaretynów. Od kilku lat żyję i pracuję na kontynencie Ameryki Południowej. Nade mną rozciąga się niebo z Krzyżem Południa na pierwszym planie i całkiem innymi konstelacjami gwiazd niż te, do których Wy jesteście przyzwyczajeni. Wokół  mnie góry, pod nogami  piach. Dziś chodzę po ulicach, których nazwy w niczym nie przypominają nazw ulic wrocławskich, brzmią obco w językach Indian – np.   Copayapu czy Colipi. Zamiast pięknej katedry ze strzelistymi iglicami widzę małe, odrapane domy, najczęściej zbudowane z adobe, czyli cegły zrobionej z budulca, którym jest błoto, woda i słoma lub sucha trawa. Na ulicach zamiast klombów kolorowych kwiatów spotykam, a czasami nawet potykam się o wałęsające się, bezpańskie psy. Horyzont z kolei wypełniają góry i pagórki, pomarszczone jak papier, przygnębiające jednostajną szarością. Za to niebo codziennie jest lazurowe, bez jednej chmury. To w jakiś sposób rekompensuje monotonię barw, do których przywykłem przecież w Ojczyźnie. Moje miasto nazywa się Copiapo i leży na skraju pustyni Atakama, najbardziej suchej ziemi na świecie, w kraju, o którym już na pewno wielokrotnie słyszeliście – w Chile. 

    Gdy posłano mnie do Copiapo, musiałem jechać 12 godzin autobusem ze stolicy Santiago. Po przyjeździe oczom moim ukazał się widok, który na początku szokuje i przygnębia: bieda i ubóstwo otulone w kolor szarości. Tak  na pierwszy rzut oka wygląda pustynia i  miejscowości na jej obszarze. Deszcz pada u nas co 8 lat.
    Chile jest jednak cudownym krajem, pięknym i bogatym, przy czym bogactwo należy do garstki ludzi, większość żyje bardzo ubogo. W hymnie narodowym śpiewamy, że Chile to „kopia Raju”. I tak jest  rzeczywiście – na obszarze, który ciągnie się przez prawie 5 tysięcy kilometrów (to odległość od Moskwy do Lizbony!), znajduje się wszystkiego po trochu: góry, pustynię, wulkany, ocean, jeziora, rzeki, lasy...

Natura jest dobrem, z którego korzysta wielu ludzi, nie zawsze jednak jej prawa pozwalają czuć się bezpiecznie i żyć spokojnie. Wszyscy Chilijczycy wiedzą, że żyją w „strefie ognia”, z którego nie spoób uciec, i przed którym nie zawsze da się uchronić. W swojej historii naród chilijski doświadczał wielu kataklizmów: trzęsień ziemi, powodzi, tsunami, wybuchów wulkanów (z najwyższymi na świecie!); poddawany był też wielu zawirowaniom politycznym i ekonomicznym, w czasie których ginęły setki, a nawet tysiące ludzi. Bliższe i bardziej konkretne informacje o Chile znajdziecie w innych źródłach, takich jak encyklopedie, książki geograficzne czy internet. Ja zaś chcę Wam opowiedzieć w skrócie o tym, czym żyjemy ostatnio, co też jest głównym motywem mojego listu do Was.
    Piszę  w imieniu wielu tysięcy Chilijczyków (ośmielę się nawet twierdzić, że w imieniu wielu milionów), którzy są dla mnie jak Rodacy. Od początku mojego pobytu tutaj, pokochałem ten kraj i traktuję go jak moją drugą Ojczyznę. Z krwi i kości jestem Polakiem, z czego jestem dumny, lecz czuję się też Chilijczykiem „de corazon”, czyli w sercu. Bliski mi jest każdy skrawek najczystszego na świecie tutejszego nieba; uwielbiam tutejszą kulturę i tradycję; nauczyłem się języka moich sąsiadów, znajomych i wiernych, którym posługuję jako misjonarz. Dzięki temu mogę ich rozumieć, cieszyć się z nimi, przeżywać ich radości i smutki. Nigdy bym nie uciekł z tego kraju, nawet gdyby ziemia potrzęsła nami najmocniej, jak tylko potrafi. To jest już moja ziemia. 

    To ona właśnie, kilka dni temu, potrząsnęła nami tak mocno, iż skutki tego odczuło prawie 8 milionów ludzi. Statystyki mówią, że w Chile występuje około 200 wstrząsów sejsmicznych w ciągu miesiąca. Większość z nich jest dla ludzi nieodczuwalna, rejestrują je jedynie specjalistyczne urządzenia. Od momentu, kiedy wprowadzono  je do użytku, w Chile odnotowano jedne z największych trzęsień ziemi w historii ludzkości. Najmocniejsze wystąpiło w roku 1960 w mieście Valdivia na południu Chile. Osiągnęło 9,5 stopnia w skali Richtera (skala mocy wstrząsu według tego pomiaru kończy się na 10 stopniach). Od tamtej pory miało miejsce wiele innych trzęsień, których efektem były zniszczenia materialne i setki zabitych ludzi. Przedostatnie zdarzyło się w roku 1985, zginęło wówczas około 200 osób.
    Ubiegły rok dla tysięcy ludzi z południa Chile był wprost katastrofalny. Odezwał się tam wulkan Chaiten, uważany za nieczynny (statystyki wymieniają około 3000 wulkanów na obszarze Chile, w tym prawie 500 uznanych jest za czynne). Zniszczył ogromny obszar ziemi. Ludzie musieli opuścić swoje domostwa prawie na zawsze; liczne miejscowości zamieniły się w „miasta widma”. 

    Obecny rok rozpoczęliśmy równie nieszczęśliwie. W historii i ludzkiej pamięci na zawsze zapisze się dzień 27 lutego, godzina 3,34 nad ranem. Podziemne ruchy tektoniczne wywołały trzęsienie ziemi wynoszące w skali Richtera 8,8 stopnia. Jest to piąte trzęsienie ziemi w historii pod względem mocy. Wystąpiło na przestrzeni około 1000 km. Nigdy dotąd wstrząs nie obejmował tak wielkiego obszaru. Oblicza się, że jego siła była 700 razy większa od trzęsienia na Haiti, którego świadkami byliśmy jeszcze tak niedawno.
    Ja mieszkam około 1300 km od miejsca, które uznaje się za epicentrum wspomnianego trzęsienia. Do wstrząsów nieco już „przywykłem”, choć zawsze jestem niespokojny, nigdy bowiem człowiek nie wie, jak mocny i jak długi będzie wstrząs. Przeżyłem już momenty, kiedy jedynym sposobem ratunku była ucieczka z domu na ulicę. W rzczywistości są to sekundy, w czasie których musisz zareagować właściwie, by nie zostać przygniecionym i zawalonym stertą kamieni, adobe czy innych części walących się domów, gdy „temblor”, czyli wstrząs, zamieni się w „terremoto”, czyli prawdziwe trzęsienie ziemi. 

    Pamiętnej nocy 27 lutego spałem spokojnie jak wiele rodzin i znajomych. Obudziły mnie odgłosy ruszających się ścian i mebli; mój dom zaczął się kołysać. Obrazy na ścianie przypominały wahadło ściennego zegara. Trwało to ponad minutę, co od razu czyniło go podejrzanym; zazwyczaj wstrząs nie przekracza kilku lub kilkunastu sekund. Dziwne kołysanie „na fali” powoli się uspokajało. Układałem się ponownie do snu, gdy mnie obudził telefon moich znajomych. Ostrzegali, że powinienem jak najszybciej schronić się w bezpiecznym miejscu; oni, całą rodziną, stali już na ulicy w oczekiwaniu na to, co może nastąpić. 

    Zgasło  światło. Tak zwykle dzieje się przy większych wstrząsach. System odcinania prądu jest automatyczny i ma na celu zapobieganie pożarom oraz innym tragediom z tym związanych. Następnie urwała się łączność we wszystkich telefonach stacjonarnych i komórkowych. W ciemnościach nie sposób było porozumieć się z kimkolwiek, nikt też nie miał dokładnych wiadomości o kosekwencjach doznanego wstrząsu. Ktoś ze znajomych otworzył radio na baterie. Stacje chilijskie nie działały. Dochodziły do nas jedynie relacje zza wysokich Andów, z Argentyny. Dowiedzieliśmy się, że południe kraju, począwszy od stolicy kraju Santiago, objęło silne trzęsienie ziemi. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że ogrom kataklizmu przechodził wszelkie wyobrażenia. W kilkanaście sekund tysiące ludzi straciło dach nad głową, setki z nich zginęło pod gruzami walących się domów. W ciemnościach nocy wydobywały się krzyki i wołania o pomoc tych, którzy pozostali jeszcze przy życiu. Ludzie uciekali na oślep, donikąd. Nikt nie wiedział, gdzie i jak może się ocalić. Rodzice zaczęli rozpaczliwie poszukiwać swoich dzieci, które jeszcze przed chwilą spały spokojnie w domach, a teraz albo były pod gruzami, albo zagubione krzyczały o pomoc. Ocalone dzieci wołały swoich rodziców i najbliższych. 

    Ludzie w wielu miejscowościach nadmorskich nie zdąrzyli jeszcze ochłonąć po uderzeniowej fali wstrząsu, gdy nastąpiła kolejna, tym razem od strony Oceanu. Ocean Spokojny tej nocy stał się niespokojny, bardziej niż kiedykolwiek dotąd. Ogromne fale tsunami wdzierały się w głąb lądu, niszcząc wszystko na swojej drodze, a potem wciągając za sobą w otchłań całe domostwa i ludzkie życie. Był to jeden z ostatnich dni lata, kończyły się wakacje. Wielu turystów korzystało jeszcze w odpoczynku w nadmorskich miejscowościach. Jedni zdążyli uciec, innym się to nie udało – Ocean „połykał” ich, niczym wielki morski potwór, w obecności zrozpaczonych sąsiadów, przyjciół i pozostałych członków rodzin. O świcie oczom ocalałych ukazał się wielki „księżycowy krajobraz”. Co kilka godzin powtarzały się kolejne wstrząsy, choć już z mniejszą mocą (w ciągu kilku dni, począwszy od pierwszego, było ich około 150!). Każdy z nich wywołuje panikę i strach. I tak jest do dziś. 

    Minęło zaledwie kilka dni  od sobotniego trzęsienia, którego siła przesunęła oś Ziemi o 8 cm, a dwie wyspy na Oceanie podniosły się o dwa metry. Na znacznym obszarze południowej części Chile, w dużych miejscowościach, takich jak: Concepcion, Constitucion, Talca, Curico, a także w wielu mniejszych, sytuacja wciąż jest dramatyczna; sceny, jakie docierają do nas poprzez relacje telewizyjne są prawdziwie dantejskie. Ludziom brakuje wody i żywności. Śpią, a raczej czuwają, na ulicach. Wołają rozpaczliwie o pomoc, przede wszystkim dla dzieci. Setki poszkodowanych wymagają natychmiastowych interwencji lekarskich; szpitale w większości zawaliły się. Powoli dociera pomoc międzynarodowa, ale wciąż za wolno i za mało. Przypomnę tylko: prawie 1.5 miliona ludzi nie ma domów. 

    Kochani Rodacy. Piszę Wam o tym wszystkim nie dlatego, by zrobić na Was wrażenie. Dużo wiadomości dociera do Was z radia, telewizji, prasy czy internetu. Każdy je odbiera po swojemu: jedni reagują na to bardziej wrażliwie, inni mniej, jeszcze innym jest to po prostu obojętne. Nie mnie to oceniać. Osobiście nie potrafię spokojnie przyglądać się wszystkiemu, siedząc z założonymi rękami, co najwyżej ocierając rękawem oczy pełne łez, z wyrazem   żalu i smutku na twarzy. Wiem, że reakcja musi przybrać inny wymiar. W naszej parafii w Copiapo, podobnie jak i w innych, jak we wszystkich szkołach oraz wielu organizacjach i zakładach, rozpoczęliśmy akcję pomocy. Jest ona jednak niewystarczająca. Dlatego też ośmielam się zwrócić o pomoc także i do Was, o pomoc konkretną i na miarę Waszych możliwości. 

    Chile w swojej historii wielokrotnie już podnosiło się z ziemi, którą – jak już wspominałem – uważają za „kopię Raju”, ale która czasami zamienia się też w prawdziwe „piekło”. Chilijczycy wielokrotnie pokazali, że potrafią  się wzajemnie wspierać, solidaryzując się z najbiedniejszymi i najbardziej  poszkodowanymi. Cierpienie, ból i śmierć mogą odebrać nadzieję jednym, ale też są w stanie  wyzwolić w innych cały ich ludzki  potencjał dobra. Tak  działo się i tak się zawsze dzieje w historii narodów, ludów i całego świata. Tak też będzie i tym razem w mojej drugiej Ojczyźnie – wszyscy jesteśmy o tym przekonani. Pomoc nadchodzi ze wszystkich stron. Ludzie biedni podają rękę innym ludziom biednym – i to jest chyba najbardziej optymistyczne. 

    Chcę Was zachęcić, byście przyłączyli się do tych, którzy w geście solidarności podają nam rękę. Żyjemy bardzo daleko od Was, ale jest to tylko odległość geograficzna, kilometry bowiem w tej sytuacji nie mają znaczenia; najważniejsze jest to, byście byli gotowi do pomocy. Nie chcę Wam podpowiadać, co i jak trzeba robić, by zebrać kilka groszy, za które potem kupimy żywność, wodę, koce, namioty, odzież, lekarstwo, mleko i pieluchy dla małych dzieci. To na początku jest najpilniejsze. Wiem, że macie dużo dobrej woli – skonkretyzujcie ją. Tak naprawdę nie jest ważne, ile ofiarujecie – dziś każdy grosz  dla nas i moich Rodaków z południa Chile ma wartość życia, które walczy ze śmiercią. Razem potrafimy zrobić wiele. Razem potrafimy zmienić ten świat, dając innym – których nawet nie znacie, nigdy nie widzieliście i chyba nigdy nie poznacie – radość na powstanie z trzęsącej się wciąż ziemi, a także wiarę w to, że „trzeba spieszyć się kochać ludzi, bo szybko odchodzą”. Dzięki temu odległość między nami tak bardzo się zmniejszy, że poczujecie uścisk dłoni wdzięczności Waszych braci i sióstr z Chile. 

    Niełatwo jest prosić o pomoc, wiedząc, że wokół Was potrzeb wciąż jest tak wiele. Niełatwo jest wyciągać rękę, która czeka nie tylko na kromkę chleba i kubek wody, ale przede wszystkim na „kawałek” ludzkiego serca. 

    O to SERCE z pokorą Was proszę, Młodzi Przyjaciele, w imieniu milionów Chilijczyków, pamiętny słów polskiego Wieszcza, które brzmią jak odpowiedź na ewangeliczną prośbę Jezusa o miłosierdzie: „Miej SERCE i patrzaj w SERCE”. 

    Krzyż  Południa na chilijskim niebie pozwala nam wciąż wierzyć, że KRZYŻ CHRYSTUSA ostatecznie zwycięży.  

    Czas, by zakończyć ten list. Jest godzina 320 nad ranem. Myślę o Was, bo w tej chwili budzicie się i wstajecie, by udać się na lekcje czy do pracy. Myślę także o tych, którzy jeszcze nie śpią, bo nie mają gdzie i boją się kolejnego wstrząsu. Ja zaraz udam się na spoczynek – oni jednak nie...  

    Pozdrawiam Was serdecznie. Z błogosławieństwem,  

    o. Adam Bartyzoł 
     misjonarz klaretyn 
  
 
Numer i nazwa konta dla tych, którzy usłyszą nasz 
KRZYK NADZIEI O POMOC 
Adam Bartyzoł
ul. Poborzańska 7
03-368 Warszawa
Multibank
Rachunek złotówkowy: 59114020170000420207410873
Rachunek walutowy USD: 47114020170000451200600635
Rachunek walutowy EUR: 52114020170000431200600643

z dopiskiem: „Trzęsienie ziemi w Chile”.

Adres dla „Western Union”

Adam Bartyzol
Chacabuco 441
Copiapo-Chile

(informacja o wpłacie na „Western Union” pod adres: chilejesus@gmail.com).