8 sierpnia 2026

Cywilizacja nam zaginęła, czyli poziom poezji we krwi.

Parę dni temu siedziałam w Sanktuarium w restauracji, kiedy podszedł do mnie nieznajomy mężczyzna. Spytał wprost: „Czy mogę Siostrze podarować wiersz?”

„Tak, oczywiście” – odparłam, starając się sprawić wrażenie, że całe zajście jest najzwyczajniejsze na świecie i niemal codziennie ktoś zatrzymuje mnie, żeby mi recytować wiersz.

Niestety, z zaskoczenia, nie zapamiętałam nawet autora owego wiersza. Sam tekst był prosty, współczesny, o samotnej modlitwie w pustym kościele.

Porozmawialiśmy jeszcze chwilę i – jakby nigdy nic – wrócił do swojego stolika.

Ot, i tyle. 

A ja zostałam z pytaniem: Gdzie zagubiła nam się cywilizacja, która potrzebuje poezji, jak wody, bo głębi życia codziennego nie da rady opisać prozą?

O Irańczykach, potomkach stParożytnych Persów mówią, że do dziś poezja jest naturalną częścią ich języka, niezależnie od statusu, czy wykształcenia. Być może to ostatni naród na Ziemi, który nie uległ ogólnemu otępieniu na nieopisane bogactwo rzeczywistości. Ostatni z odpowiednio wysokim poziomem poezji we krwi.

Język jest zwierciadłem serca i głowy – wrażliwości i intelektu. Nie ma co kruszyć kopii o to, że przecież istnieją bardziej wymagający przedstawiciele gatunku i że przecież nie wszyscy są tacy…

Są, ale coraz bardziej nieliczni: jak wybryki natury, która ogólnie – karleje.

Bo jeśli dla wyrażenia wewnętrznego stanu coraz częściej wystarczy odpowiednio odmieniony wulgaryzm albo treściowe pustaki typu „six-seven”, to jaki wiatr musi hulać po naszej pustce wewnętrznej?

I nie chodzi mi o jednostki, o tendencje, o statystyki. Nie. Chodzi mi o złożone z ludzi środowisko, w którym młody człowiek się wychowuje, dojrzewa, uczy się rozpoznawać, nazywać, przeżywać, badać, rozmyślać, być głodnym piękna i prawdy, brzydzić się złem i kłamstwem i pragnąć  umieć ubrać to w słowa, a w poezję zaklęte – odczytać.

Słowem rozwijać i pogłębiać tę wrażliwość, która odróżnia człowieka od zwierząt.

Nie tylko na lekcjach coraz uboższej literatury. Wszędzie, na każdym poziomie życia. Od rodziny, przez szkołę, sklep aż do kościoła. Bo przecież nawet na poziomie liturgii i duchowości oswoiliśmy się już w słowie i w muzyce z płycizną sacro-polo.

Cywilizacja nam zaginęła. Ale nie wtedy, kiedy przestaliśmy powszechnie używać pełni języka i próbować kiełznać własne życie i śmierć za pomocą poezji. Straciliśmy ją wtedy, kiedy przestaliśmy mieć tego potrzebę. Kiedy do przekazania każdej informacji zaczęły nam wystarczać łatwo dostosowujące się do jakiegokolwiek kontekstu językowe cztery gitarowe chwyty.