27 września 2010

Trollowi Blogosfery... (odc. 2)

Czyli: dlaczego chrześcijańskie gesty nie są małpowaniem mudr?

Na pierwszy rzut oka można mieć wrażenie, że co najmniej dwie mudry są tożsame z popularnymi chrześcijańskimi gestami modlitewnymi. A że mudry są starsze, więc przychodzi myśl, że chrześcijanie – świadomie bądź nie – od wieków stosują to, czemu oficjalnie się sprzeciwiają.

Podpuszczona zaczepnym pytaniem Trolla Blogosfery, postanowiłam zwerbalizować i choć trochę uporządkować różnicę między gestami modlitwy chrześcijańskiej a hinduskimi mudrami, która odruchowo wydaje się oczywista, ale trudno tej oczywistości nadać konkretny kształt.

Zacznijmy od tego, czym jest i do czego dąży modlitwa chrześcijańska. Jest relacją między człowiekiem i Bogiem, który jest osobą. Daży zaś do pogłębienia tej relacji tak dalece, na ile jest to możliwe. Nie mówię teraz o „klepaniu paciorków”, ale o modlitwie wziętej na poważnie. Bóg jest nie tylko niedościgniony, nieogarniony i najdoskonalszy, ale także jest w tej relacji pierwszy: to On wychodzi z inicjatywą, choć w początkach modlitwy zwykle sobie tego człowiek nie uświadamia. Mimo to, człowiek pozostaje wolny: może na nią odpowiedzieć lub nie. Może chcieć rozwijać relację albo ją zignorować, czy też utrzymywać stały dystans (co w zasadzie jest niemożliwe, ale to temat osobny i tutaj zupełnie niepotrzebny).
Warto jeszcze dla naszych rozważań przypomnieć, że ten nieskończony i doskonały Bóg stał się człowiekiem, a wiec przyjął człowiecze ciało, człowiecze reakcje i w całkowicie człowieczym życiu wypełnił w sposób doskonały Boży zamysł odnośnie człowieka, a także (co jest oczywiste) nawiązał najdoskonalszą relację między Bogiem a człowiekiem. Mówię o tym dlatego, żebyśmy mieli w pamięci, że dzięki Wcieleniu i odkupieniu, człowiek nie musi się pozbywać swojego człowieczeństwa, swojej doczesności i zwyczajności, żeby wejść w relację z Bogiem.

Wracając do natury relacji z Bogiem: ponieważ szczytem relacji dla człowieka jest miłość międzyludzka, dlatego w kategoriach tej miłości opisuje się wszelkie sprawy związane z modlitwą i z relacją z Bogiem. Jest to wszystko, na co stać ludzki język w tym względzie. Dlatego też i ja przejdę od razu do tego „systemu opisu”.

Musimy sobie od razu miłość i modlitwę nierozdzielnie powiązać, żeby zrozumieć chrześcijańskie gesty modlitewne. W miłosci gesty są wyrazem, a nie katalizatorem uczuć. Przekazują drugiej osobie informację o moim stanie, moich zamiarach względem niej. Nigdy nie są pierwotne wobec miłości; to znaczy: nie da się przez określoną kombinację gestów wzbudzić, spotęgować, czy utrzymać miłości. Owszem, można dać wrażenie uczucia, rozpalić pożądanie, zawrócić w głowie, wzbudzić zaufanie (chwilowe), uwieść, ale to wszystko rozgrywa się na powierzchni, na płaszczyźnie uczuć, emocji; natomiast prawdziwa ludzka  miłość zagnieżdża się znacznie głębiej. 
Ta budzi się i rozwija się w czasie, przez podtrzymywany dialog z drugą osobą, przez szczerą „międzyosobową wymianę” tego, co jest bogactwem i ubóstwem i jednej i drugiej osoby. Oprócz tego umacnia się przez wspólne przechodzenie przez różne sytuacje życiowe, doświadczanie swoich własnych (i cudzych) granic, a przede wszystkim przez wierne trwanie przy drugiej osobie bez względu na okoliczności i przez przebaczenie.

Gesty są obecne przez cały czas, ale sa one jedynie wyrazem tego, co się dzieje między osobami. Są „językiem”. A że miłosć zawsze ma (choć trochę) charakter sekretny, więc i język nabiera takich cech. Może więc być tak, że gest dla postronnych osób nieznaczny, dla wtajemniczonych ma znaczenie ogromne, które ma swoją historię związaną z konkretnymi sytuacjami, deklaracjami, przyzwyczajeniami itp. Język ten nie jest jednak całkowicie sztuczny i wymyślony – wypływa z naturalnych odruchów wypełnionych konkretną treścią. Trudno np. odczytać pisanie sms-ów w trakcie słuchania przyjacielskich zwierzeń jako wyraz współczucia i wsłuchania lub solidny kopniak jako wyraz równie solidnej miłości (choć to ostatnie mogłoby w wyjątkowej sytuacji być wyrazem troski o przyjaciela). 
Tak więc to gesty są przyporządkowane miłości, a nie miłosć gestom, ponieważ te mogą być wieloznaczne: np. choćby objęcie ramieniem może być nośnikiem współczucia, braterstwa, radości z przebywania razem, pożądania, lęku, chłodu, dystansu, rutyny, konwencji, obrony, pocieszenia, dominacji, pobłażliwości, protekcjonalności a nawet agresji – wszystko zależy od tego, jaki „komunikat” chcemy nadać. Przychodzi mi na myśl pewne ćwiczenie „teatralne”, gdzie przez zwykłą czynność, jak np. odkręcenie kurka z woda, trzeba pokazać widzom swój nastrój.

Z drugiej strony gesty mają swoje konwencje, stopnie dopuszczalności kształtowane przez kulturę i tradycję, które warto poznać i szanować, szczególnie jeśli chce sie nawiązać głębszą relację z kimś wychowanym w odmiennej kulturze.

Weźmy jeszcze trzecią stronę: w konkretnej „mikro” sytuacji gesty mają za zadanie wywołać odpowiednią atmosferę, aby ułatwić spotkanie albo żeby być lepiej zrozumianym. Popatrzmy na siebie ot, choćby przed trudną rozmową albo odwrotnie: przed powiedzeniem Bardzo-Ważnej-I-Radosnej-Wiadomości.

I tak jest z modlitwą chrześcijańską: ma ona wszelkie wyżej wymienione cechy gestów miłości.

Trzeba jedynie dodać, że nie jest to miłość „między równymi”. Im dalej posuwa się relacja z Bogiem, tym lepiej widać, jak bardzo przewyższa nas On w miłości – tu nie można się „zrewanżowac”; wkracza się po prostu w strefę pokory i adoracji. To dlatego znalazły zastosowanie średniowieczne i starsze gesty „feudalne”, wyrażające hołd, poddanie, zależność, małość wobec majesteatu, które w dobie mentalności rewolucyjnej wyglądają bluźnierczo. Myślę jednak, że jeśli jest na tym świecie ktokolwiek godny tego, aby przed nim się ukorzyć i zgiąć kolana, to z pewnością jest nim Bóg. Zresztą, w miarę rozwijania się relacji z Bogiem, takie gesty są... potrzebami ciała, które pragnie (i słusznie) brać czynny udział w życiu duchowym.

Mimo, że gesty modlitewne  – zwłaszcza w publicznej modlitwie całego Kościoła: Mszy św., Liturgii Godzin, w nabożeństwach publicznych – są określone, nie wymagają doskonałości technicznej (nie będziemy tu wchodzić w bogaty temat gestów celebransa, ministrantów, bo post urósłby do niebotycznych rozmiarów) – dłoni zlożonych tak a tak, palców przylegających do siebie tak a tak, pochylenia pod takim a takim kątem, skłonu na tyle i tyle centymetrów. Jedność gestów ma wyrażać jedność Kościoła – Oblubienicy Chrystusa, a nie np. kumulować pozytywną energię kosmosu (podczas poszukiwań w siecii znalazłam pewien uroczy schemacik, instruujący jak należy ustawić dłonie i pochylić kark, aby modlitwa była "wysłuchana", czyli energia dostała sie do którejś z czakr). Tym bardziej, w modlitwie prywatnej, mimo iz najczęściej używa się postaw spotykanych w liturgii, można używać postaw całkowicie „prywatnych”, które odzwierciedlają uczucia modlącego się i niosą treść modlitwy. Moga być zupełnie zwyczajne, ale  czasem przybierają zupełnie nieoczekiwane formy. Weźmy św. Franciszka, który w swoim czasie modlił się przez taniec i udawanie gry na skrzypcach, kiedy indziej, rzucił się w śnieg i ulepił bałwany, wyszydzając dręczącą go pokusę posiadania rodziny, czy - wreszcie - złożony chorobą, modlił się gorąco leżąc na posłaniu. 
Miłość i sekret ma swoje  wyjątkowe prawa w modlitwie chrześcijańskiej. Gest bywa też osłoną dla intymności tego spotkania. Tak więc pochylenie się, zamknięcie oczu, zasłonienie twarzy może być, oczywiście pomocą w skupieniu, może być jego oznaką, ale też może być po prostu ukryciem twarzy rozpalonej miłością do Boga lub wielkim cierpieniem, jakie jest Mu właśnie w tej chwili powierzane.

Zupełnie inaczej ma się rzecz z mudrami. Te są techniką, mającą za zadanie wprowadzić ciało w określony stan, skumulować w odpowiednim miejscu energię itp. I mają to czynić przez samo ich wykonywanie. Rzecz więc zrozumiała, że trzeba je wykonać odpowiednio i dokładnie. To jest trochę analogiczne z ćwiczeniami rozwijającymi określoną partię mięśni. Trzeba je po prostu dobrze zrobić, a wtedy, za jakiś czas możemy spodziewać się konkretnych efektów.

I tutaj znajdujemy odpowiedź na dwa pytania:
1. dlaczego gesty chrześcijańskie nie są zakamuflowanymi mudrami,
2. oraz dlaczego nawet nieświadome powtarzanie gestów (myślę, że chodzi tu głównie o bezmyślną modę na jogę) jest niebezpiecznym oddawaniem czci obcemu bóstwu czy uczestniczeniem w obcym kulcie (jeśli akurat w jakimś systemie nie ma bóstwa).

Niech odpowiedzią na pierwsze pytanie będzie przyłożenie mudr do rzeczywistości relacji i gestów miłości: z mudrami jest tak, jakby ktoś twierdził, że obejmując daną osobę pod kątem 50 stopni w stosunku do własnego ciała (w w ramieniu) oraz 35 stopni (w łokciu) i dalszych 35 stopni w nadgarstku, ze złączonymi palcami wskazującym i środkowym oraz serdecznym i małym, zachowując siłę nacisku równą 3 kg wywoła w osobie obejmowanej stałe uczucie pokoju i bezpieczeństwa, zaś powtarzając ten gest regularnie, otworzy i uaktywni w sobie i w niej ośrodek miłości, niezależnie od jego czy jej woli.

Odpowiedź na drugie pytanie wymaga poważnego potraktowania mudr i w ogóle jogi. Tu, mogę powiedzieć, że my Europejczycy, możemy się poszczycić wielką naiwnością i bezmyślnością, traktując joge jako zespół ćwiczeń fizycznych, ewentualnie psycho-fizycznych. Potwierdzają to wielokrotnie Hindusi, w tym moja współsiostra, z którą rozmawiałam o naszej dyskusji. Przyjmujemy do wiadomości to, że jest to starożytny system ćwiczeń, ale nie przyjmujemy już do wiadomości, w jakim celu został opracowany. Zgadzamy się, że jest efektywny w sferze, którą możemy sprawdzić i w którą wierzymy (moja siostra zwracała uwagę, że ludzie zgłębiający jogę, medytację buddyjską i tym podobne, nie mają wiary ani żywej relacji z Jezusem, a więc jest w nich pustka, którą zapełniają zakamuflowanym w "nieznanych siłach" Jego przeciwnikiem). Natomiast nie zwracamy uwagi i nie zadajemy sobie logicznych pytań odnośnie sfery, która jakoby nie istnieje lub miałaby być zupełnie niegroźna i poddana naszej woli. Joga rzeczywiście działa, ale działa realizując cel, do którego została utworzona. Jest częścią hinduizmu, czy tego chcemy, czy nie.

Kiedy przeglądałam publikacje dotyczące jogi, przyszła mi myśl, że dla nas Europiejczyków jest to taka współczesna wersja magii czynionej na samym sobie. Otwieranie się na moce, które mają we mnie słuzyć moim celom. 
Wykonywanie ćwiczeń jogi, przyjmowanie określonych postaw, gestów, spełnia w niej swoje zadanie, ponieważ wystarczy po prostu to wykonywać – tak to zostało skonstruowane. Nieświadomośc w tym względzie nie polega na tym, że w ogóle i jakkolwiek złożę ręce do modlitwy, ale że praktykuję pewne ćwiczenia, nie zdając sobie sprawy albo ignorując ich właściwą wymowę, działanie i cel.

Nie wiem, czy udało mi się wyjaśnić, na czym polega ta różnica. I tak post wyszedł nieludzko długi, choć wiem, że nie napisałam wielu rzeczy, które mogłyby tutaj być pomocne... Polecam jeszcze artykuł Dariusza Pietrka o jodze i chrześcijaństwie.

Na koniec jeszcze odniosę się do „braku pewności zbawienia”, którą zagubiłam odpowiadając na pytania  w pierwszej części. Otóż moim zdaniem, ponieważ znam zjawisko, o którym mówi pan Tekieli, jest to po prostu nieścisłość. Chodzi o to, że osoba doświadcza nie „braku pewności zbawienia”, ale pewność braku zbawienia. Jest to przeświadczenie, że cokolwiek się nie stanie i tak jest się już potępionym, a wszystko w życiu jest już stracone na wieki. Szatan przez takie dręczenie prowadzi duszę pozbawioną wiary do rozpaczy (podobne udręki mogą przeżywać mistycy, z tym że w ich przypadku – ponieważ posiadają mocną wiarę – kuszenie do rozpaczy ponosi porażkę i tylko wzmacnia zaufanie Bogu ponad wszystko, nawet ponad przekonania własnego serca). Jest to też broń, której używa wobec duszy, która chce wrócić do Boga – jeśli uda mu się ją przekonać, że rzeczywiście miłosierdzie Boga nie jest nieskończone, a w jej przypadku szczególnie – to dusza wraca do szatana, do swojego opłakanego stanu dodając zgorzknienie domniemanym odrzuceniem ze strony Boga. 
To jest to, co zawierało się w słowach „brak pewności zbawienia” (przypomnę, pan Tekieli jest dziennikarzem, nie teologiem ;) ).

I to chyba tyle na ten temat... :)

15 września 2010

nabor do tylnej strazy Papieza :)

Zanim nastapi kontynuacja naszego tematu z pierwszego odcinka, jako zdeklarowana papistka i ratzingerystka, a takze jako byly mieszkaniec Londynu, goraco zapraszam wszystkich czytelnikow do duchowego wspierania wizyty naszego Ojca Swietego w Wielkiej Brytanii, (od 16 do 19 wrzesnia). Przy takiej fali protestow, skandali i (co najmniej) faux pas ze strony brytyjskich organizatorow,tudziez wslawionej skadinad pewnej znanej brytyjskiej stacji telewizyjnej, nieodparcie cisnie sie przekonanie, ze papieska wizyta jest niezwykle wazna w walce o dusze Brytyjczykow! Zatem zapraszam! 
(A sama bede takze wspierac, jak umiem, tych, ktorzy sie modla za Benedykta XVI).


MODLITWA ZA PAPIEŻA BENEDYKTA XVI  

Panie, który jesteś Źródłem wiecznego życia i prawdy, napełnij Twego pasterza Benedykta duchem odwagi i roztropności, duchem wiedzy i miłości. Spraw, by jako następca Apostoła Piotra i Zastępca Chrystusa, wiernie rządził ludem sobie powierzonym i przemieniał Twój Kościół w sakrament jedności, miłości i pokoju dla całego świata. Amen.

P/ Módlmy się za naszego Papieża Benedykta.
R/ Niech Pan go strzeże, Zachowa przy życiu, Darzy błogosławieństwem na ziemi i broni go przed nieprzyjaciółmi.
P/ Niech Twoja dłoń spocznie na Twoim świętym słudze.
R/ I na Twoim synu, którego namaściłeś.

Ojcze nasz…. Zdrowaś Maryjo…. Chwała Ojcu…

14 września 2010

Trollowi Blogowemu, ktoremu przypadkiem stalam sie matka nickowa, dedykuje... (odc. 1)

Zanim cokolwiek w temacie napisze, pragne przeprosic Czytelnikow za ten i przyszle posty, calkowicie odrabane od uroczych polskich kreseczek i ogonkow. Poki co, nie mam ochoty sciagac i instalowac polskiego ustawienia klawiatury w komputerze, z ktorego wprost wyziera wegierski i tylko wegierski...  
Wlasnie, tak przy okazji, polecam sie modlitwom Czytelnikow, bo od poczatku wrzesnia jestem szczesliwa mieszkana Budapesztu - to jest kraj mojego misyjnego poslania. Zmaganie sie z nauka wegierskiego jest, co prawda wazne i niezwykle zajmujace, ale tak naprawde przegralabym sromotnie te misje, gdybym nie pokochala i nie obdarzyla miloscia (z zyciem wlacznie) Wegrow i Wegry z takim rozmachem, jaki mial miejsce dwa tysiace lat temu na wzgorzu Golgoty. Bez laski Pana to oczywiscie i niemozliwe i wrecz zuchwale, dlatego to bardzo polecam Waszym modlitwom i siebie sama i Wegry wlasnie. A teraz - do dziela:  

(Post troche jakby osobisty, wzial sie z komentarzy do poprzedniego posta; ale mysle, ze chetnie przeczyta go nie tylko Troll Blogosfery...)


TB: Pozostaje tylko jedno pytanie: Czy widziałaś jak modlił sie pan Tekieli w pierwszej części do Ducha Świętego? Zaiste, ciekawe ma techniki.
- Tak, widzialam. Nawet po Twoich komentarzach jeszcze raz to obejrzalam. Musze powiedziec, ze mamy zupelnie inny sposob patrzenia, ale do rzeczy:

TB: (0:04 - 0:07) Najpierw widząc że zakonnik patrzy na parę sekund złożył ręce normalnie.

- Smiem twierdzic, ze jak zakonnik patrzyl, to pan Robert sobie zupelnie niepoboznie poprawial spadajace spodnie. Kiedy skladal rece do modlitwy, zakonnik wlasnie przestal patrzyc. Potem zakonnik sie znow patrzyl, pan Robert jednak najwidoczniej nie zorientowal sie w sytuacji, a zakonnik, co gorsza, w ogole nie wykazywal oznak zgorszenia, oburzenia, albo chocby zdziwienia. Czyzby nie zdarzyla sie nic takiego?...

TB: (0:08 - 1:13) potem zaraz je opuścił i przytknął do tułowia, nie na kształt gestu kapłana. Mnie się to raczej kojarzy z jakąś newage'owską techniką czerpania energii z kosmosu czy coś w tym guście. Gdzieś już coś takiego widziałem, ale nie wiem gdzie. Szukałem, googlałem nie znalazłem. W każdym razie w Kościele nie widziałem żeby tak ludzie się modlili.

- Rozumiem, ze moze Ci sie ten gest tak kojarzyc; ja akurat wole tradycyjne gesty liturgiczne, nawet w modlitwie prywatnej. Niemniej jednak, musze powiedziec, ze o ile na Mszy sw. w Polsce takiego gestu nie spotkasz, o tyle na spotkaniach Odnowy w Duchu Swietym tak; poszperalam i zamieszczam pare fotek – zeby bylo kolorowo na bialym… 
 Gest ten, z tego co wiem, jest interpretowany jako zaproszenie Ducha Swietego, prosba o Niego, otwarcie sie na Niego.
Wiecej jeszcze na ten temat w mini-wymadrzaniu sie na temat roznic w postawach modlitewnych, z ktorego chyba zrobie drugi odcinek.

TB: (1:14 - 1:48) Następnie (SIC!!!) splótł ręce w kształt jogińskiej mudry "strzała wadżra" - wszystkie palce splecione oprócz wskazującyh, te są wyprostowane. To akurat pamiętałem, bo mama mojej przyjaciółki praktykuje jogę, kiedyś przyszła i zaczęła sobie wyłamywać palce zachwalając że podobno dobrze działa na wątrobę, zaparcia i wybiela zęby. :D Rozśmieszyła mnie tylko, ale tą mudrę zapamiętałem. Mudra ta jest także opisana tutaj na samym końcu (z racji kiepskiego formatowania, radzę zaznaczyć cały tekst wciskając ctrl-a) http://www.tajemnicenatury.pl/3f.html wraz ze zdjęciem http://www.tajemnicenatury.pl/picks/mudra24.jpg

- No, musze niestety przyznac, ze „Wasc machasz jak cepem”…:) (musialam podlinkowac - taki  pojedynek...) Wiem, ze wedlug tej strony, ktora podajesz, mudra vajra wyglada bardzo podobnie do gestu Tekielego, ale tak sie sklada, ze sam Budda ma na temat tej mudry troche odmienne zdanie:

Poszukalam i znalazlam prawdziwa nazwe tejze mudry (to tak dla porzadku, jak juz sie tymi rzeczami zajmujemy…)
To mudra uttarabodhi. Moze znajoma niedokladnie zapamietala... na co jej wtedy zadziala? az strach pomyslec... :-D

TB: (1:48 - 2:00) Coś wykręca dziwnie te ręce, ale to już mogę ewentualnie uznać za normalny gest modlitewny.

- Moje wrazenia zachowania pana Roberta Tekielego podczas piesni do Ducha Swietego (prosze wlaczyc glosniki podczas ponownego ogladania, dzwiek przyda sie do wyjasnienia jednego z opisanych przez Ciebie fenomenow) sa takie, ze pan Tekieli probuje sie skupic, co nawet mimo wieloletniego doswiadczenia i modlitwy i pracy w mediach, nie jest takie proste, kiedy sie stoi na scenie „na zywo” (”na martwo” tez ;-P ). Stad tez zmiany pozycji modlitewnych – kiedy probujesz sie skupic, ale srednio Ci to idzie, najczesciej co jakis czas zmieniasz pozycje, gest, najczesciej polsiwadomie. Przy zmianach pozycji/gestow warto tez zauwazyc, ze zmieniaja sie one wraz ze zmianami melodii piosenki (tak na marginesie powiem, ze pierwsze moje wrazenie, kiedy ogladalam ten material przed publikacja, bylo takie, ze pan Tekieli myslal, ze po jednokrotnym przespiewaniu piosenka sie skonczy – a tu powtorka, upss…). Co do tego wykrecania rak… o tym jeszcze w drugim odcinku

TB: (2:00 - 2:20) Dopiero na koniec przyjmuje na chwilę pozycję kapłańską a przy 2:20, kiedy tekst modlitwy minął znowu składa na kilka sekund ręce normalnie jak hindus i katolik do modlitwy.

- O tym tez w drugim odcinku – zeby nie rwac sobie mysli :)

TB: I to wszystko jest dla mnie baaardzo dziwne.

- A dla mnie najdziwniejsze jest to, ze zajmuje sie tym postem od zupelnie niespodziewanej strony…

TB: Jak już mówiłem w innych rzeczach mnie przekonałaś, ale w kwestii składania rąk do modlitwy uważam, że w świetle tego co mówi o gestach pan Tekieli sama straciłaś swoje podstawy, bo nie argumentujesz tego tak rzeczowo i ładnie jak całą resztę. Każesz googlać i szukać. Otóż poguglałem…

- Dziekuje za diagnoze moich podstaw, jednoczesnie z przykroscia informuje, ze mija sie ona z prawda. Przykazanie pogooglania sobie bylo podyktowane wewnetrznym buntem, ktory mozna zwerbalizowac mniej wiecej tak: „Czy ten gosc nie ma internetu, nie mowiac o bibliotekach? Czy wszystkie informacje i wyjasnienia ja mu musze pisac? Niech sobie pogoogla, ja sie zamierzam wegierskiego uczyc, a nie za niego robote odwalac”. Ot, co: lenistwo zwykle i tyle.

TB: i znalazłem fragment:

"Złożenie rąk
Od XIII w. zaczął się rozpowszechniać nowy zwyczaj składania rąk z wyprostowanymi palcami. Zwyczaj ten praktykowany był tak w liturgii, jak i poza liturgię. Ten sposób składania rąk wywodzi się z frankońskiej formy składania hołdu zwierzchnikowi (tzw. homagium). Wasal ze złożonymi rękami występował przed swoim suwerenem, otrzymując od niego zewnętrzny znak inwestytury. Obrzęd ten wszedł do święceń kapłańskich, gdzie nowo wyświęcony kapłan swoje złożone ręce wkłada w ręce biskupa, przyrzekając mu i jego następcom posłuszeństwo i szacunek. W liturgii Mszy św. np. kapłan trzyma ręce złożone podczas procesji do ołtarza, podczas aktu pokutnego, hymnu Chwała na wysokości Bogu, wyznania wiary. Wierni składają w ten sposób ręce przy modlitwie, tak podczas liturgii, jak i poza nią."
http://liturgia.wiara.pl/doc/420686.Postawy-i-gesty-w-liturgii/9

- No przyznam, ze poszukiwania konczace sie na jednym fragmentcie troche mnie rozczarowaly.

TB: Świecki zwyczaj zaadoptowany przez Kościół w średniowieczu. Ale jak mówi pan Tekieli "nieświadome powielenie gestu wystarczy, by czcić obce bóstwa". Z tego wynika jasno, że od XIII w. czcimy najwyższą trójcę hinduizmu Brahmę, Sziwę i Wisznu. Dlatego uważam, że pan Tekieli sieje zabobon, albo przynajmniej "rzeczy nie do końca przemyślane".

- Alez my wcale nie powielamy tego gestu – mimo, ze dla przygodnego, a szukajacego dziury w calym obserwatora te gesty wygladaja identyczne, jest miedzy nimi gleboka roznica, ktora wyjasnie oczywiscie pozniej. Tekielemu chodzi o praktykowanie jogi „dla zdrowia” lub wymachiwanie rekami w satanistycznych gestach, zeby byc „cool”. Jak zapewne zauwazyles, ale zapomniales napisac, swiecki zwyczaj zaadaptowany w sredniowieczu wrasta w konkretna forme liturgiczna, obrazuje konkretna sytuacje modlitewna i nie jest bezmyslnym gestem, czynionym nieswiadomie, ale ma chrzescijanski charakter i znaczenie. Zeby bylo tak, jak zarzucasz, czyli ze „od XIII w. czcimy…” itd., musielibysmy sprowadzic ten gest z Indii, a nie od jakis Frankow. Wtedy musielibysmy sie rzeczywiscie zastanowic, czy aby wiemy, co robimy w czasie modlitwy… Zreszta, Twoja uwaga jest jak najbardziej sluszna, jesli chodzi o pospieszna i entuzjastyczna inkulturacje, ktora chce wlaczac do katolickiej liturgi np. tance liturgiczne – niestety, czesto jest tak, ze nie do konca wiemy, co robimy (pomijajac juz inne wzlgedy, o ktorych mozna sobie przeczytac chocby w "Duchu Liturgii" Ratzingera).
Wyjasnienie, dlaczego uwazasz, ze pan Tekieli sieje zabobon uwazam za wysoce niewystarczajace. Powod tego, moze byc dwojaki (a o trzecim nie wspomne :-D jesli chcesz wiedziec czemu, napisz na priv. ): albo nie do konca wiesz, czym jest zabobon, albo jestes niekonsekwentny w dowodzeniu ,inie doprowadzasz go do jasnych wnioskow i sie gubisz albo nie masz odwagi.

TB: I jeszcze co do zabobonów pana Tekieli, przekopiuje Ci interesujący fragment wywiadu, bo wiem, że lubisz tego kaznodzieję

- Lubie pana Tekielego, mialam nawet raz okazje sluchac go na zywo (zwialam natenczas z cwiczen na uniwerku, ale nie mam wyrzutow sumienia z powodow, ktorych upubliczniac nie bede; zreszta, byla to rowniez okazja posluchac na zywo p. Leszka Dokowicza) jako czlowieka, ktory wiele przeszedl i teraz bardzo madrze tym sluzy. 
Tu, przy okazji „kaznodziei”, rozprawie sie z Twoim… przecenianiem pana Roberta Tekielego. Tak, tak. Bo widzisz, w Kosciele Katolickim prawo do zobowiazujacego nauczania prawd wiary maja ci i tylko ci, ktorzy otrzymuja taka wladze, a otrzymuja ja z rak biskupow, ktorzy otrzymali ja od wczesniejszych biskupow, ktorzy z kolei od jeszcze wczesniejszych i tak dochodzimy do biskupow, ktorzy otrzymali wladze nauczania od apostolow, ktorym Pan Jezus osobiscie polecil glosic Ewangelie i dal im do tego moc i zeslal Ducha Swietego. Dlatego w Kosciele nie kazdy (nawet bardzo uczony teolog) moze sobie gadac co chce i podawac to jako prawde wiary (dotyczy to nawet pojedynczych biskupow, ktorym zdarza sie rozne glupoty plesc czy robic; ale o tym juz mowilismy). Nawet biskupi i papiez nie sa posiadaczami, ale straznikami i glosicielami wiary, wiec nie maja prawa niczego w niej zmieniac. 
Wracajac do terazniejszosci i naszego bohatera: pan Tekieli nie jest ani biskupem katolickim, ani nawet ksiedzem, czy diakonem, wiec nie ma sakramentalnej mocy gloszenia i wyjasniania Ewangelii – a to wlasnie jest zadanie kaznodziei w Kosciele Katolickim. Pan Tekieli jest czlowiekiem, ktory mocno sie w zyciu poparzyl, ale z tego wyszedl i teraz przestrzega innych, zeby sie nie dali tak poparzyc. To jest troche tak, jak z niektorymi pacjentami, ktorzy dlugo chorujac, a majac przy tym troche dociekliwosci, staja sie ekspertami od swojego (czy podobnych) przypadkow. I w tejdziedzinie sa bezcenni, bo zaden zdrowy nie opowie i nie przekona o sprawach zwiazanych z choroba tak, jak ten, ktory ta chorobe przeszedl. Jednak jego jezyk nie bedzie tak precyzyjny, jak lekarzy na sympozjum medycznym. I o tym trzeba pamietac: pan Tekieli nie jest teologiem i wcale nie probuje nim byc, dlatego traktowanie jego swiadectwa jako summy teologicznej jest… powiedzmy lagodnie bledem metodologicznym. 
Poza tym, nie musisz wcale wierzyc temu, co mowi pan Tekieli – nie jest dogmatem wiary; zdanie "Pan Tekieli ma zawsze racje, jesli pan Tekieli nie ma racji, patrz powyzej", choc trzeba od razu przyznac, ze ktorego egzorcysty bys sie nie spytal, bedzie Ci mowil mniej wiecej to samo. A to juz sa ludzkie i z doswiadczeniem (lekarze) i z realna wladza powierzona przez Kosciol do walki z szatanem.

TB: i na pewno jesteś ciekawa co ma do powiedzenia :D

Podczas dyskusji promującej najnowszy numer "brulionu" - pisma, które wylansowało najgłośniejsze nazwiska młodej literatury ostatnich 10 lat - jego szef, Robert Tekieli, powiedział na Zamku Ujazdowskim: Był czas, że czytałem tylko trzy książki. W swoim piśmie ogłosił m.in., że w tekstach Kazika znalazł tylko trzy nieprawdziwe zdania.
BOGNA ŚWIATKOWSKA - Jakie to były książki?
ROBERT TEKIELI - (śmiech) Dobre.
BŚ - Ale tytuły.
RT - Biblia, Dzienniczek siostry Faustyny, a trzeciej nie powiem.
BŚ - A te trzy nieprawdziwe zdania u Kazika?
RT - "Mieszkam w Polsce, coś tam meneli wielu, jutro spotkają się w kościele". To nieprawda, menele nie chodzą do kościoła. Jeśli ktoś tego nie wie, nie zna naszego kraju.
BŚ - Drugie?
RT - "Jutro, coś tam zabiją mnie za kształt mojego nosa". Nieprawda. W Polsce, jak sama dobrze wiesz, nikt nie zabija za kształt nosa. Maćka Chmiela ktoś tam napadał w autobusie, ale to nie dlatego, że miał taki a nie inny kształt nosa, tylko dlatego, że miał okulary. A ludzie,
którym się nie poszczęściło i nie trafili na studia, tylko do wojska, nie lubią studentów. Zabójca Tomka Jaworskiego to powiedział wprost. Poziom antysemityzmu w Polsce jest o wiele niższy niż np. we Francji. Jesteśmy poniżej średniej europejskiej i zawsze byliśmy. Żydzi do nas uciekali, mieli tu jedyną poza swoim krajem prawdziwą, autentyczną kulturę. Chasydyzm wydał naprawdę wielkie dzieła.
BŚ - A trzecie?
RT - Trzeciego nie powiem.
BŚ - Trzeciej rzeczy nie mówisz. Chciałam cię zupełnie poważnie zapytać o znaczenie, jakie ma dla ciebie trójka.
RT - Żadne. Numerologia była 2-3 tysiące lat temu pewnym przybliżeniem świata, ale w kręgu naszej cywilizacji powstała nauka. I nauka, i poezja służą do przybliżania prawdy, a te wszystkie odpitagorejskie czy jeszcze szamańskie dziedziny wiedzy przegrywają z nauką. Numerologia, jak wszystkie tego typu dziedziny, ma w sobie bardzo niebezpieczny chwyt. Z naprawdę dużym prawdopodobieństwem można np. powiedzieć, że ludzie, którzy robią dobre interesy, mają inne cyfry w dowodach osobistych, paszportach, od tych, którzy robią złe interesy. Mają inne numery telefonów i to mogę udowodnić sięgając do notesu. Ale to nie jest dowód na nic. Szamanizm, czarostwo, wicca, gnostycyzm, kabała, astrologia i wszystkie te dziedziny mieniące się zagubioną wiedzą, tu można wymieniać cały spis treści encyklopedii new age'u, one wszystkie mają jeden szkopuł. Kiedy zaczyna ci się wszystko zgadzać, pomagać w interesach: masz dwóch ludzi do wyboru i wybierasz tego, który ma lepsze cyfry w numerze telefonu, w pewnym momencie zaczynasz się zdawać nie na własne sumienie, nie na własną wolę, i w chwili, kiedy podejmujesz pierwszą moralnie złą decyzję, opierając się o tego typu
podpowiedzi, jest to pierwszy krok do zguby. Ja wykonałem kilkanaście kroków na tej drodze. Z Tomkiem Budzyńskim, prof. Andrzejem Wiercińskim, Jerzym Prokopiukiem i Lechem Emfazym Stefańskim zakładaliśmy klub Gnosis. Zbyszek Sajnóg doszedł do końca tej drogi, jest w sekcie Niebo. Wielu ludzi znam, którzy zajmowali się w swoim czasie poezją czy czymś tam i zaszli w różne taroty i inne tego typu inicjacyjne sprawy, no i na przykład umieją na odległość przesuwać przedmioty. No, ale koszta tego są dziesięciokrotnie większe.

Koniec cytatu. Jak widzisz gość ma poważny problem z wymienianiem trzeciej rzeczy w kolejności. Jednocześnie ze zręcznością godną polityka pytanego o podwyżkę podatków oraz obniżkę emerytur unika na ten temat jednoznacznej odpowiedzi. Numerologia nie ma dla niego żadnego znaczenia, ale trzeciej rzeczy w kolejności nie wymieni i nie powie dlaczego. Numerologia nie ma dla niego żadnego znaczenia, ale wciąż nie wiemy, jaka to była trzecia książka i trzecie kłamstwo Kazika.

- Ja nie widze, ze on ma „powazny problem z wymienieniem trzeciej rzeczy” – to jest jeden wywiad, ktorego lektura w calosci (no, niestety… musialam sie pofatygowac…) pokazuje, ze prowadzacy wywiad maja z gory upatrzone zalozenia, do ktorych chca dojsc. Przy okazji co raz widac takie „droczenie sie” – i to wg mnie jedna z takich akcji w tym wywiadzie. Czy zarchiwizowales jeszcze jakies inne numerologiczne zachowania pana Tekielego? Jesli nie, to pozostaje najprostsza interpretacja: ze pan Tekieli po prostu nie chce powiedziec, co jeszcze czytal, oprocz Biblii i czego jeszcze nie chcial powtorzyc za Kazikiem. Moze to ze wzgledu na tresc, moze z jakiegos innego… Jesli dalej nie daje Ci to spokoju, proponuje osobiscie sie skontaktowac; w kazdym razie miej na uwadze, ze proba „wkrecania” rozmowcy w upatrzone wczesniej slepe uliczki i podsuwanie wnioskow czytelnikowi to wytarta metoda dziennikarzy (naprawde, dziennikarstwo to jest zawod, ma swoje metody, a jak mowi krolewicz w bajkach kabaretu Potem, „idealy to piekna rzecz, ale ta siodma gora i siodma rzeka cholernie daleko…”) i warto byc troszke podejrzliwym nie tylko w stosunku do rozmowcy, ale i do prowadzacego wywiad.
A to, ze p. Tekieli z miejsca sie rozwija na temat numerologii jako takiej – to normalne. Kazdy zajmujacy sie jakims tematem ma taki odruch – ja tez mam takie tematy, na ktorych automatycznie sie rozkrecam ;)

TB: No dobra, to ostatni post trola blogosfery ;-) w temacie pana Tekieli. Odpowiedz chociaż na to, bo już sam nie wiem co sądzić o tym człowieku. Nie będę już dalej ciągnął tego tematu. Najpierw cytat:

"Gdy po trzynastu latach przystąpiłem do spowiedzi, mocno mnie wytrzepało. Od półtora roku zdarza mi się fizykalnie reagować na Eucharystię. Nie wiesz, co to znaczy spotkać się z kimś takim. Człowiek istnieje w czterech wymiarach. Ma serce, duszę, umysł i moc. Trzydzieści dwa lata żyłem będąc świadomym tylko trzech z tych wymiarów… Tak jakbyś uruchomił czwarte oko… poruszenia duszy…
Jeszcze długo to, co mówię, będzie wywoływało uśmiech. Ale za 10–15 lat nastąpi zmiana. Szkoły zostaną wyrwane z rąk ideologów oświeceniowych, świeckich kapłanów. I wróci średniowiecze, jedyny integralny okres w historii Europy. Wystarczy popatrzeć na gotyckie katedry… Nie ma piękniejszych rzeczy…
Źródło: wywiad Tomasza Platy, „Machina”, październik 1996."
Niepokoi mnie to, że w jednym zdaniu przekonuje ludzi o swej bliskości z Bogiem, by kilka słów dalej wprowadzić naukę, która jest odstępstwem od nauki Kościoła. Bo z tego co wiem to Kościół uczy, że człowiek ma duszę i ciało, tak? Więc... herezja? I o co chodzi z tym czwartym okiem?

- Tu znow sie powtorze: nie traktuj pana Tekielego jak teologa, bo on ani nim nie jest, ani nie pretenduje do takiego miana. Wiec nie przedstawia tu antropologii, tylko dzieli sie swoim doswiadczeniem, opisywanym tak po prostu. Herezji tu nie ma (sprawdzam zawsze materialy pod tym katem, na ile mi moje rozeznanie teologiczne pozwala; a i inni teologowie tez tu czasem zagladaja, wiec uwazamy, zeby badziewia tu nie szerzyc); jest luzny sposob wypowiadania sie. 
I tak: znasz historie pana Roberta? Wiec wiesz, ze „dysponowal” (pisze w cudzyslowie, bo ludziom tylko do pewnego czasu sie wydaje, ze moga to kontrolowac i miec nad tym wladze”) ponadprzecietna moca parapsychiczna. A wiec mamy „moc” w czlowieku. Swiadomosc „ciala” – nie ma z tym problemu, skad ja mial, prawda? „Serce” – to zycie psychiczne, nikt nie zaprzecza, nawet w takich srodowiskach, jakich sie obracal wczesniej pan Tekieli, ze czlowiek prowadzi zycie na poziomie psychicznym. Natomiast „dusza” – to sie wydaje wielu ludziom jakims teoretycznym wymyslem chrzescijanskich myslicieli. Tymczasem modlac sie, przystepujac do sakramentow, doswiadczasz, ze mozesz prowadzic zycie duchowe – cos znacznie glebszego i bardziej zywotnego, jesli moge tak powiedziec, i od „ciala” – zycia na poziomie potrzeb i mozliwosci cielesnych, i od „serca” – potrzeb i mozliwosci psychicznej natury czlowieka, i nawet od „mocy” – calego swiata zjawisk parapsychicznych, ktorych w swoim czasie doswiadczyl pan Tekieli. 
Tekieli nie mowi, z czego sklada sie czlowiek, tylko mowi w jakich wymiarach rozgrywa sie zycie czlowieka.
”Czwarte oko” – z tego, co wiem w jodze i ezoteryce, chodzi o otwarcie „trzeciego oka” (prosze, pogooglaj sobie, co?...). Tu Tekieli robi do niego aluzje, a mowiac o „czwartym” chce dac do zrozumienia, ze to wiecej, niz sie joginom snilo.

TB: Gdyby nie Ty, pojęcia bym nie miał, że jest ktoś taki jak pan Tekieli, więc skoro wniosłaś tą wiedzę w moje życie, to chociaż ją poprostuj, jeśli potrafisz, bo ja widzę 10 prawd i jedno kłamstwo, 10 słusznych uwag i jedno przeinterpretowanie. Jak łyżka dziegciu w beczce miodu.

- Zrobilam, co i  jak potrafilam.
Pan Tekieli – poki co – nie glosi badziewia, nigdy nie mozna do konca zycia byc pewnym siebie (pan Polak ongis byl czlonkiem Papieskiej Akademii Teologicznej, kiedy jeszcze byl ksiedzem Weclawskim), dlatego nie kanonizujemy za zycia, a po smierci jeszcze skrupulatnie sprawdzamy i czekamy na cud – znak „z tamtej strony”, ze wszystko bylo OK. Ale tez warto pamietac, do sluchania i przestrzegania czego Kosciol nas obowiazuje, a do czego nie. Pan Tekieli „z recyklingu” daje swiadectwo i sluzy doswiadczeniem, ostrzegajac innych i wyjasniajac do czego prowadza rozne zjawiska. Podobnie jak Leszkowi Dokowiczowi, nie trzeba mu wierzyc, ale sa powody, zeby myslec, ze jednak warto…

A wymadrzac sie na temat gestow modlitewnych bede w nastepnym odcinku – ten juz jest wystarczajaco dlugi, godzina tez jest jakas pozno-wczesna, a jutro od rana znow po wegiersku... 

Poza tym – musze sobie przeciez zapewniac ogladalnosc, przynajmniej Twoja… ;)